Zmarnowane lata – Ameryka od środka

Przed rokiem prezydent Bush zgromadził w Annapolis przywódców większości państw arabskich oraz Izraela, by przedyskutować perspektywy zakończenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Po obradach Bush oświadczył, iż “jest bardzo prawdopodobne” to, że na Bliskim Wschodzie nastąpi przełom, zanim jeszcze zakończy on swoje urzędowanie. Nie wiem, skąd się brał ten optymizm, ale wiadomo już dziś, że był zupełnie nieuzasadniony. W Gazie znów trwają krwawe porachunki między Hamasem i izraelską armią, a giną nie tylko ci, którzy strzelają, ale także kobiety i dzieci.

Nie można się dziwić Izraelowi, że reaguje na nieustanne ataki Hamasu na przygraniczne miejscowości, ale nie można również dziwić się Palestyńczykom, dla których Gaza – na skutek izraelskiej blokady – stała się wielkim obozem koncentracyjnym, w którym normalne życie jest niemożliwe. Szukanie w tych warunkach winnych i pokrzywdzonych już dawno przestało mieć sens, a każdy nowy atak natychmiast powoduje odwet, co napędza od lat cykl śmierci, przemocy i cierpienia.

To, co dzieje się obecnie w strefie Gazy, jest tragicznym komentarzem do praktycznie nieistniejącej, amerykańskiej polityki bliskowschodniej. Przez siedem lat administracja Busha interesowała się niemal wyłącznie Irakiem oraz Iranem. Nie było żadnych nowych inicjatyw, żadnych negocjacji pod naciskiem ze strony USA oraz żadnych rozmów z Syrią, bez której uczestnictwa nie może być mowy o trwałym pokoju w tej części świata. Z Białego Domu płynęły nieustannie słowa o budowaniu demokracji irackiej, która pozostaje do dziś mrzonką. Płynęły też ostrzeżenia o narastającym zagrożeniu ze strony Iranu. Nie było natomiast niczego konkretnego dla Palestyńczyków, którzy zresztą i tak już dawno doszli do wniosku, że Ameryka nie jest bezstronnym negocjatorem, lecz stronniczą podporą Izraela.

Konferencja przed rokiem miała posmak rozpaczliwego gestu ze strony prezydenta, który nie chciał przejść do historii jako ktoś, kto sprawy bliskowschodnie praktycznie ignorował. Jest jednak za późno. Każdy kolejny nalot izraelski na gęsto zaludnione więzienie zwane Gazą i każda akcja odwetowa Hamasu to bezpośredni rezultat zmarnowanych przez ekipę Busha lat, jej nieporadności, zacietrzewionej proizraelskości, niechęci do prowadzenia negocjacji z wrogimi USA rządami.

Na wieść o izraelskich nalotach w Gazie Biały Dom natychmiast opowiedział się po stronie Izraela, obarczając winą za powstałą sytuację wyłącznie Hamas. Jest to postawa, która jak zwykle świadczy o stronniczości waszyngtońskiej administracji i jej tendencji do wygodnej trywializacji zawiłych konfliktów. Prawdą jest to, iż przez ostatnie 6 miesięcy Hamas ostrzeliwał przygraniczne terytoria izraelskie. Jednak w wyniku tych ataków nie zginęła ani jedna osoba. Reakcja ze strony Izraela to naloty na niezwykle gęsto zaludniony teren, gdzie nie sposób uniknąć wielu ofiar wśród ludności cywilnej. Efektem jest śmierć ponad 300 osób, z których mniej niż 30 procent to członkowie Hamasu.

Przerażające jest również to, że rząd izraelski zdaje się nadal sądzić, iż skomasowane ataki zbrojne są w stanie doprowadzić do likwidacji Hamasu. Podobny był cel inwazji na Liban, która dla Izraela zakończyła się fiaskiem i wzmocnieniem wpływów Hezbollah. A każdy krwawy atak izraelski to narodziny nowych zastępów potencjalnych terrorystów arabskich, czyli młodych ludzi, którzy nie mają niczego do stracenia.

Nowy Rok na Bliskim Wschodzie zostanie przywitany bardzo tradycyjnie – strzałami, eksplozjami, setkami rannych, wzajemnymi pogróżkami, itd. Wszystko bez zmian, przy niemal całkowitej bierności ze strony Białego Domu.
Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*