REKLAMA

REKLAMA

Ogłoszenia(773) 763-3343

Strona główna Na bieżąco Przyjaciele wspominają śp. Ewę J. Milde

Przyjaciele wspominają śp. Ewę J. Milde

-

Śp. Ewa Joanna Milde, animatorka polonijnej kultury w Chicago, zmarła 24 lipca br.

Ewa Milde razem z mężem Bogdanem Łańko założyła i prowadziła w Chicago Kabaret ,,Bocian”, Teatr ,,Proscenium” oraz program radiowy ,,Na Serio”  na stacji WPNA 1490 AM. Wyemigrowała do USA mając za sobą bogaty dorobek artystyczny.

REKLAMA

Urodziła się w 1944 r. w Skierniewicach. Aktorka, absolwentka skierniewickiego LO im. B. Prusa, ukończyła studia na Wydziale Aktorskim PWSTiF w Łodzi. Początkowo występowała w teatrze w Koszalinie, w Szczecinie i w Kaliszu. W latach 1971-1982 była aktorką warszawskiego Teatru Ateneum. Zagrała w wielu filmach, m.in. w serialu „Czterdziestolatek”, „Alternatywy 4”, także w kultowym filmie „Miś” oraz w „Tulipanie” i „Królowej Bonie”.

Do Chicago przyjechała w 1987 r. i od początku związała się z polonijnym radiem i sceną artystyczną. W 1988 r. pojawiała się wraz mężem Bogdanem Łańką w polonijnej radiofonii na stacji WPNA 1490 AM w programie „Na serio”, a w 1997 r. także z Bogdanem założyła literacki kabaret Bocian.

W czasie odbywającego się w ubiegłym roku w Chicago I Kongresu Teatru Polskiego w uznaniu wieloletniej pracy artystycznej Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w Ameryce przyznało Ewie i Bogdanowi swoją pierwszą nagrodę.

W Muzeum Polskim w Ameryce w imieniu swoim i żony odebrał ją Bogdan Łańko. Stan Ewy już wówczas nie pozwolił jej na to, by osobiście przyjąć wyróżnienie.

(Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w Ameryce/Facebook)


Przyjaciele wspominają śp. Ewę J. Milde


Beatrix Czerkawski:

Wyrażam moją najgłębszą solidarność z Panem Bogdanem Łańko – w tak bolesnej chwili – poprzez moje krótkie świadectwo doświadczenia erudycji oraz porywającego patriotyzmu śp. Ewy Milde. Moja Mama, wielka patriotka Alexandra Drozdz-Czerkawski regularnie słuchała nocną porą programu radiowego „Na Serio”. Wyjątkowo ceniła sobie „Prasowanie”, gdzie polskie aktualne problemy, omawiane w artykułach polskiej prasy Pani Ewa po mistrzowsku czytała! Swoją poetycką, czasami dramatyczną interpretacją oraz wyśmienitą dykcją Pani Ewa dodawała nam otuchy i nadziei w nie tak dawnych trudnych czasach „pedagogiki wstydu i przemysłu pogardy”. Uczyła nas, jak z podniesioną głową „być wiernym i iść” – parafrazując Herberta. Pani Ewa odeszła od nas na tydzień przed 76. rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. Niech razem z naszymi Bohaterami, tam w Niebie, nasza Gladiatorka Słowa i Wspaniała Polska Patriotka cieszy się Bożą Nagrodą i Szczęściem Wiecznym! Szanowna Pani Ewo – Requiescat in Pace!

Liliana Para-Piekarska:

Tak bardzo trudno mi mówić o Ewie w czasie przeszłym. Nawet teraz, gdy wchodzę do Jej domu, mówię: „Cześć Ewuńku” – tak, jakby tam cały czas była. Z moim mężem Andrzejem byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni z Ewą, Bogusiem i ich rodziną. Od lat spędzaliśmy razem wszystkie święta, uroczystości rodzinne i nie tylko, bo nie tylko próby, występy i kabaret  „Bocian” nas łączyły. Łączyły nas też codzienne sprawy, kłopoty, zwierzenia i niejednokrotnie rozmowy do późnej nocy. Ewa była znakomitą aktorką, osobą z ogromnym poczuciem humoru. Była też wielką patriotką. Przede wszystkim jednak była mi przyjaciółką, jakiej nigdy wcześniej nie miałam. Zdarzało się, że wpadałam do niej, kiedy potrzebowałam się wygadać, wypłakać albo miałam tzw. doła. Zawsze po takiej „terapii” czułam się lepiej. Co jakiś czas lubiłyśmy robić wypady po ciuchy potrzebne na scenę albo prywatne. Jedna drugiej doradzała, co będzie dobre albo kupowałyśmy dla siebie nawzajem. Kiedy na 4 lata wyjechaliśmy do Polski, podczas każdej wizyty tutaj pomieszkiwaliśmy u Ewy i Bogdana i już w drodze z lotniska czuliśmy się tak, jakbyśmy wracali do domu, bo wracaliśmy do naszych przyjaciół.

Beata Mamok:

Ewę poznałam bliżej, kiedy zrodził się pomysł nagrania dysku z moją poezją. Spośród wielu aktorów, którzy wyrazili zgodę, znalazła się Ewa Milde. Podchodziłam do niej z lekką tremą i obawą, choć nie bez wiary. A Ewa, aktorka takiego kalibru, ze szczerym zainteresowaniem i entuzjazmem zgodziła się na udział w nagraniu poezji. Później prezentacja książki i wieczór autorski, również z jej udziałem. Wieczór niezapomniany.

I tak przez ponad 20 lat przyjaźń kwitła i zakorzeniła się. Ewy wielkość nie polegała tylko na wspaniałym kunszcie aktorskim, ona opanowała kunszt człowieczeństwa, kunszt przyjaźni i doceniania, podkreślania tego, co najlepsze w człowieku, wrażliwości na ból, krzywdę, na niesprawiedliwość. Zawsze gotowa do pomocy, wspierająca, pełna życzliwości.

Uwielbiała przebywać wśród przyjaciół, ale i poznawać nowych ludzi. Przeżyliśmy z nią niezliczone ilości spotkań, czy to po spektaklach czy prywatnych, świątecznych, urodzinowych lub tych bez okazji – upiększała nam życie i trzymała nas razem. Na spotkaniach zawsze królowała „Przypalanka” Ewy produkcji.

Serce Ewa dzieliła między Polskę i Amerykę. Za Polską tęskniła nieprawdopodobnie, na co dzień żyła wydarzeniami w kraju, cierpiała z powodu nieciekawych sytuacji, jakie się tam rozwijały, potrafiła trzeźwo ocenić kto jest za a kto przeciw dobru jej ukochanej Ojczyzny. A pojechać nie mogła, bo bała się latać samolotem. Kiedyś wymyśliłam, że pojedziemy na Alaskę, tam wynajmiemy psi zaprzęg, którym pokonamy zamarznięta Cieśninę Beringa, potem pociągiem przez Rosję do samej Warszawy. Pomysł przyjęła i on cały czas czekał na realizację… A teraz przed nią podróż samolotem, niestety.

Będzie mi brakować godzin spędzonych na spotkaniach, telefonicznym bajdurzeniu, wycieczek na Jewerly Shows, gdzie zapatrzone w błyski brylantów rodziły się w nas różne pomysły artystyczne. Przez ostatnie 4 lata Ewa coraz rzadziej brała udział w życiu towarzyskim. Powoli kontakt zaczął ograniczać się do krótkich wizyt w domu i rozmów telefonicznych.

Ewa do końca była dzielna i nie narzekała, nie skomlała choć nie akceptowała tego, że coś, cokolwiek to jest, może ją tak zniewolić. Nasza przyjaźń trwała do ostatniego Jej oddechu.

Usnęła błogim snem, który przeniósł Ją w wymiar nieskończonej radości, szczęścia i wolności od ziemskich niedomagań.

Może nawet wraz z Januszem Pliwko już kombinują jak założyć „Niebiański Kabaret Bocian”.  Ewa, do zobaczenia… Tęsknię za Tobą.

Barbara Kożuchowska:

W każdym języku są pewne zwroty i przysłowia, które określają charakter osoby.

W polskim mamy na przykład powiedzonko „i do tańca i do różańca” albo „można z nią konie kraść”. To jest Ewunia – nic dodać, nic ująć. Lojalność, zaufanie, solidność, dotrzymywanie danego słowa. To była Ewunia – nic dodać nic ująć. Ewa (i Boguś) w swoim prywatnym życiu, ale też społecznym i towarzyskim, to właśnie para  „do tańca i do różańca”. Oni oboje to nasza pamięć narodowa, czuli na nasze narodowe i kościelne rocznice, obchody, pamiątki. Czuli na cierpienie i potrzeby innych. Ich dom był zawsze otwarty, gościnny, życzliwy, pełen dobrego humoru, ciekawych rozmów i dyskusji. Radość życia. To była Ewunia – nic dodać, nic ująć.

 

Władysław Byrdy:

Z Ewą Milde, mogę powiedzieć, że znaliśmy się od kilkudziesięciu lat. Ewa przyleciała do Stanów w tym samym, 1987 roku, w którym i ja postawiłem pierwsze kroki na amerykańskiej, chicagowskiej ziemi. Jakoś nigdy nie udało nam się razem zagrać na scenie, choć próbowaliśmy „szlifować” nasze aktorstwo w tych samych kierunkach, bo i Ewa grała w kabarecie „Bocian”, ja zaś gościnnie wtedy w kabarecie „To Tu”. Ewa zagrała w wielu sztukach na polskiej, chicagowskiej scenie, ja zaś próbowałem swoich sił, nie tylko na polskiej scenie, ale i w różnych amerykańskich teatrach tu w Chicago. Ostatnie lata, mogę powiedzieć, że przez chorobę Ewy nasza znajomość nabrała trochę osobistego charakteru. Często odwiedzałem Ewę w Ośrodku Rehabilitacji w Park Ridge, potem w jej domu. Kiedy mąż Ewy, Bogdan, mój bliski kolega zwrócił się do mnie z prośbą czy mógłbym raz w tygodniu pobyć z Ewą kilka godzin w domu, kiedy on będzie w pracy, zgodziłem się bez wahania. Z takich bardzo sentymentalnych, radosnych momentów pamiętam jeszcze, kiedy Bogdan zadzwonił do mnie i w trakcie rozmowy nagle usłyszałem głos Ewy, która takim silnym jeszcze wtedy głosem zapytała mnie, czy mógłbym upiec sernik. Odpowiedziałem, że tak, mogę. W czwartek przywiozłem upieczony serniczek z czekoladą i wiórkami kokosowymi na wierzchu. Ewie bardzo smakował ten sernik, choć zaraz stwierdziła, że ona bardziej lubi z galaretką i owocami. Dobrze, następnym razem będzie z galaretką i owocami –  odpowiedziałem. Kiedy przyniosłem ten jej upragniony sernik, zjadła ze smakiem taki duży kawałek i jeszcze poprosiła o jeden. Powiem szczerze, że bardzo się ucieszyłem z tego powodu, bo to był okres, w którym Ewa czasami traciła apetyt i nie jadła za dużo. Takim miłym akcentem było jeszcze kiedy zwróciłem się do Ewy o autograf dla syna mojego przyjaciela w Polsce, który chyba oglądał wszystkie filmy z jej udziałem. Autograf z krótką dedykacją był już wtedy wielkim wyzwaniem dla Ewy, bo przychodziło to jej z dużym trudem, ale z kilkoma przerwami i po godzinie dedykacja wraz z autografem w końcu pojawiła się na zdjęciu, które wybrałem z Internetu i wydrukowałem w pobliskiej aptece Walgreens. Kiedy Ewa z trudem zmagała się z pisaniem dedykacji i autografem na tym zdjęciu, zauważyłem na jej twarzy wielką satysfakcję, że jest ktoś, tam daleko w Polsce jej wielbicielem. Chłopak, kiedy dowiedział się o tym, że Ewa podpisała dla niego zdjęcie i to jeszcze z krótką dedykacją był wielce uszczęśliwiony i bardzo zaskoczony tą niespodzianką w dniu jego urodzin. W ostatnich już dniach przed śmiercią kontakt z Ewą był już coraz trudniejszy. Jeszcze w ostatni czwartek tj. 23 lipca, kiedy przyszedłem do Ewy na te kilka godzin, przeczuwałem, że Ewunia po prostu powoli od nas odchodzi. I nie myliłem się. Następnego dnia Ewa odeszła na zawsze do Domu Ojca.

 

Stanisław Wojciech Malec:

Kiedy patrzę wstecz – radości, smutki, rozterki. W Chicago wspólnie z wieloma świetnymi, zdolnymi aktorami przyszło mi z radością być, pracować, tworzyć. Mam też wrażenie, że polscy aktorzy byli i są potrzebni chicagowskiej polskiej społeczności.

I oto odeszła Ewa Milde. Przez tyle lat byliśmy w przyjaźni, chociaż nie zawsze było nam po drodze. Ewuniu, to był radosny i ważny dla mnie czas tworzenia. Zawsze chyliłem czoła przed Twoim talentem.

Kocham i żegnam z żalem.

 

Agata Paleczny:

Ewa – kobieta o niezwykłym intelekcie i równie niezwykłym, inteligentnym poczuciu humoru.  Z charakterystycznym, uwodzącym, ciepłym, niskim głosem.  Poznałyśmy się bliżej w trakcie pracy w kabarecie  „Bocian” . Ewa była jego siłą napędową, miała fantastyczne pomysły, inspirowała nas wszystkich. Była świetną aktorką i pokazywała to w każdym swoim wejściu na scenę, w piosenkach i scenkach, ale i w tzw. konferansjerce, błyszcząc elokwencją, dowcipem i zaskakującymi ripostami. Uwielbiałam ją w tej roli. Dziękuję ci Ewo za pięć pięknych lat wspólnego tworzenia, ze szczególnym naciskiem na spektakle Agnieszkowe.

„(…) Jeszcze zdążę wam zaśpiewać, opowiedzieć. (…)

Jeszcze zdążę zapomnieć i wspomnieć…”

Już NIE zdążysz… Szkoda…

 

 

Krzysztof Arsenowicz:

Czy odejście osoby bliskiej akceptujemy? Tak! Natomiast trudno się z tym pogodzić, tym bardziej, że Ewa była/jest osobą, od której można było się nauczyć nie tylko zawodu, ale również myślenia o zawodzie. Początek każdego artysty, to  „kochaj to co robisz”  – to zawsze słyszałem od Henryka Bisty, Jerzego Gruzy, Danuty Baduszkowej. Tak myślą ludzie oddani sztuce. Taka była i jest Ewa Milde. Ewa, dziękuję.

 

Julitta Mroczkowska:

Ewę, Bogusia i mnie połączyło głębokie uczucie jakie żywiliśmy dla Feliksa Konarskiego Refrena. Była to fascynacja nie tylko jego urokiem osobistym, ale rodzajem twórczości i epoką, którą reprezentował. Ewa należała do tych „starych dusz”, które czuły klimat i atmosferę przedwojennych kabaretów. Z ogromnym wdziękiem prezentowała repertuar często zapomniany, a w jej wykonaniu na nowo podbijający serca publiczności. Miała ogromne poczucie humoru i potrafiła śmiać się z samej siebie, co nieczęsto zdarza się, zwłaszcza wśród aktorów. Była ciekawa ludzi, gościnna i towarzyska, a jednocześnie ogromnie zdyscyplinowana i kreatywna w pracy na scenie. Bardzo sobie cenię fakt, że miałam wiele okazji współpracy na niwie artystycznej oraz możliwości przebywania w gronie jej najbliższych znajomych. Ewuniu, będzie mi Ciebie brakowało.

 

Władysław Rymsza:

W piątek wieczorem zakończyła swój ziemski żywot Ewa Milde, aktorka. Odejście Jej nie było nagłe, przygotowywała do tego nas i siebie od kilku już lat walcząc z chorobą. Była osobą niezwykłą. Gdybym miał wymienić, co w Niej ceniłem najbardziej, to powiedziałbym, profesjonalizm i patriotyzm. Profesjonalizm na scenie to rola George Sand w „Lecie w Nohant” i dziesiątki innych ról granych w warszawskim Teatrze Ateneum, z którym związana była przez wiele lat. Profesjonalizm, to także Jej obecność w kabarecie „Bocian”, czy przed mikrofonem w studiu radiowym. Patriotyzm obecny i widoczny przy kolejnych rocznicach wybuchu Powstania Warszawskiego i Święcie Niepodległości. To także patriotyzm codzienny: miłość i szacunek dla języka, kultury i tradycji. Odwiedzałem Ewę w szpitalu, przynosiłem Jej plasterki bagietki z łososiem i kawiorem, które z apetytem zjadała. Wprawiało Ją to w dobry humor i wtedy prowadziliśmy godzinne rozmowy o teatrze. Ewa już grała w Ateneum, kiedy ja jeszcze studiowałem i wolny czas poświęcałem na dwa teatry, Ateneum kierowane przez Janusza Warmińskiego i Współczesny kierowany przez Erwina Axera. Teatry te były cenione przeze mnie najbardziej. Rozmowy nasze sporadycznie były przerywane wizytami personelu szpitalnego, który pomagał utrzymać sprawność ruchową Ewy. Oprócz fizykoterapii była też socjoterapia. Tej Ewa nie lubiła najbardziej. Terapeuta zadawał pytania w języku angielskim, na które żądał szybkiej odpowiedzi, również po angielsku. Ewa błagalnym wzrokiem prosiła, aby nie męczyć ją infantylnymi pytaniami, które sprawiałyby jej trudność, nawet gdyby były zadawane po polsku. Pamiętam jedno z nich: proszę wymienić znane pani zwierzęta domowe. Ewa szybko odpowiedzia „Breżniew”. Widząc skonfudowaną twarz terapeutki i moją, pośpieszyła z następującym wyjaśałnieniem:  „Znajomi moi mieli niezwykle brzydkiego kota. Nazwali go Breżniew i wyobraźcie sobie, że imię to niezwykle pasowało”. Było to ostatnie pytanie socjoterapeutyczne zadane tego dnia. Ceniliśmy Jej poczucie humoru, inteligencję, skromność i wiedzę. Jej i tego wszystkiego co miała, będzie nam brakowało.

 

Małgorzata Kot:

Legenda na dotyk, klasa sama w sobie. Przystępna, inteligentna, obdarzona ogromnym poczuciem humoru, mądrością, a jednak pomnikowa. Głos brzmiący w uszach – w radiu i na żywo, charakterystyczny, rozpoznawalny. Pierwsze nasze spotkanie odbyło się dawno temu, pod koniec lat 90. na kabarecie „Bocian” jeszcze w Eugene Fireside. I zapamiętałam z niego ten wspaniały klimat niebanalnego wydarzenia kulturalnego – środowiska przychodzącego na występy, pomocy sobie przy sprzedawaniu biletów, usadzaniu gości, rozmów nawet szczątkowych, ale brzmiących znaczeniem. Mistrzyni pointy, dowcipnie kontrapunktująca rozmowę. Pięknie słuchała pytając. Okazywała nam, muzealnikom i naszym sprawom wiele wyrozumiałości. Często razem z Bogdanem Łańką odwiedzali nas, starali się uczestniczyć w naszym muzealnym życiu, doceniali, chwalili, dodawali skrzydeł.  Brakowało Jej, gdy już nie mogła uczestniczyć w spotkaniach i imprezach osobiście, ale Bogdan Łańko zawsze pięknie starał się istnieć na nich za dwoje. Cieszę się, że właśnie w Muzeum Polskim w Ameryce we wrześniu 2019 roku, podczas I Kongresu Teatru Polskiego w Chicago została Im Obojgu wręczona nagroda przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w Ameryce w uznaniu wieloletniej pracy artystycznej. Pamiętam owacje na stojąco i wzruszenie, jakiego doznaliśmy wszyscy myśląc o Nich Dwojgu. W Archiwum MPA znajdują się dokumenty dotyczące „Bociana” i z pietyzmem przechowamy także te dotyczące Ewy Milde. Wyrazy szczerego współczucia dla Bogdana Łańki, Przyjaciół i Bliskich Ewy. Niech Aniołowie zabiorą Ją do raju.

Jerzy S. Kenar:

Zadzwonił do mnie Bogdan. Przez długi czas jedliśmy razem zupę życia z jednej miski. O śmierci Ewy już wiedziałem. Bogdan poprosił mnie o pośmiertny odlew jej twarzy. Dla mnie Ewy już nie ma. W trumnie to tylko  „left over” naszego bytu tutaj… Ewa odleciała na pięknym utkanym z życia dywanie. Wokół niej pastelowe myśli, talent. Kolorowe zdarzenia i niuanse z krawędzi, które układały poezje jej życia.

To jest moja „Maska Ewy”. Przylatuj do nas nad Chicago i opowiadaj, co tam słychać – co tam się dzieje.

Ewa Irzyk-Adamska:

Ewa ponad wszystko lubiła się śmiać. Miała gruntowną wiedzę o świecie, sztuce i muzyce. Była utalentowana. W pracy zawodowej zdyscyplinowana i ogromnie ciesząca się scenicznymi sukcesami kolegów. Ewa była skromna. Miała wspaniałe poczucie humoru , wypowiadała się krótko, a Jej lapidarne wypowiedzi miały cudowne puenty!

Nigdy nie grzeszyła nadwyżką refleksji nad uczuciem. Była prostolinijna, szanowała ludzi, kochała Polskę. Żyła nią poprzez codzienne umiłowanie języka polskiego, literatury polskiej i historii Polski. Rozkoszowała się polskością, a zanurzając się w nią nabierała sił. Nic też dziwnego, że w czasie pobytu w szpitalu, a później w ośrodku rehabilitacji, recytowała mi na głos Inwokację lub fragmenty Maratonu Ujejskiego aby się upewnić, czy Jej głowa nie uległa w chorobie „popsowaniu”. To był dla Ewy test najwyższej rangi.

Ewy wyczucie koniunktiwu, Jej literacki smak sprawiały, że przywracała słowom ich pierwotne znaczenie. Rozmowa z Nią była przyjemnością.

Była w pewnym stopniu nieśmiała, ale kochała ludzi i zapewne dlatego razem z Bogdanem stworzyli jedyne w swoim rodzaju miejsce spotkań Cafe Lura. Zawsze podkreślała, że bez Bogusia nic nigdy nie doszłoby do skutku. Kochała Go bardzo, ceniła.

Była melomanką. Uwielbiała Mozarta, Chopina i Kilara. W kuchni i przy stole była hedonistką. Mięso nigdy nie było za tłuste a kawioru zazwyczaj za mało. I tak też było w Sylwestra 2019. Ewa zajadała się czarnym chlebem z kawiorem siedząc na szpitalnym łóżku, a my (Boguś , Mira, Lila i Andrzej Piekarscy) pożeraliśmy wzrokiem Jej zadowoloną pysię. Razem z Bociankiem – tak czule nazywała Bogdana  – hodowała warzywa i kwiaty. Kisiła najlepsze w świecie ogórki i robiła słynne Nalewki Ewki.

Mój Boże, będzie mi Jej ogromnie brakowało. Szczególnie zaś Jej śmiechu, intelektu i daru zupełnie nadzwyczajnego widzenia piękna w drugim człowieku, przyrodzie i w szczerym sprawiedliwym postępowaniu ludzi. Tego, co się nazywa wewnętrznym kompasem.

Ewuniu, będziesz teraz chodziła po niebieskich łąkach, gdzie z całą pewnością w szumie traw i kwiatów odnajdziesz dźwięki szopenowskich tonów. Pozostaniesz w moim sercu na zawsze. Twój Irzyk.

Materiał udostępniony przez Ewę Uszpolewicz-Figurski, sekretarz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Ameryce

 

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

śp. Andrzej Pityński

śp. Andrzej Pityński

śp. Andrzej Pityński

śp. Andrzej Pityński

śp. Michael Schneider

REKLAMA

REKLAMA

Enable Notifications.    Ok No thanks