Dziecko „na uwięzi”

fot.mykidpod.com

fot.mykidpod.com

Każdy rodzic miewa czasami takie chwile, że nagle zdaje sobie sprawę z tego, iż nie wie dokładnie, gdzie znajduje się jego pociecha. W zatłoczonym sklepie czy gdzieś na ulicy chwila nieuwagi wystarczy, by dziecko zginęło z pola widzenia, co zwykle powoduje panikę.

Firma KiLife z Utah wpadła na prosty pomysł, który dla wielu rodziców będzie zapewne zbawienny. Produkuje mianowicie urządzenie o nazwie Mykidpod. Jest to coś, co przypomina zakładany na przegub ręki zegarek. Wyposażony w takie urządzenie maluch staje się „elektronicznie związany” z rodzicem lub opiekunem poprzez połączenie Mykidpoda protokołem Blutootha z aplikacją zainstalowaną w smartfonie dorosłego. Gdy dziecko oddala się na odległość większą od zdefiniowanej, Mykidpod wydaje z siebie głośny (95 decybeli) alarm dźwiękowy. Zasięg urządzenia wynosi 60 metrów, a głośność alarmu jest zmienna, w zależności od preferencji użytkownika. Istnieje też droższa wersja tego urządzenia, które posiada rozmaite dodatkowe funkcje, które jednak nie są niezbędne.

W sumie jest to bardzo ciekawy pomysł. Mykidpod kosztuje 35 dolarów, a zatem niemal każdy może sobie na nie pozwolić. Niestety obawiam się, że prędzej czy później na rynek trafi również pokrewne urządzenie o nazwie Myhusbandpod, które będzie miało znacznie większy zasięg i które będzie w stanie wytropić męża w najbliższym barze, gdzie z „zegarka” wydobędzie się głośny alarm typu „wracaj do domu, pijaku”.

Andrzej Heyduk

Na skróty przez technikę

* Niemieccy prawodawcy rozważają możliwość instalowania w samochodach zdolnych do jazdy bez kierowcy czegoś w rodzaju „czarnych skrzynek”, podobnych do tych, jakie stosuje się w samolotach. Zamiary te wynikają z obaw, że w przypadku kolizji drogowych z udziałem takich samochodów nie wiadomo dokładnie, co było przyczyną wypadku. Niedawno głośno było o tragicznym wypadku z udziałem samojezdnego samochodu Tesla. Zginął w nim technik, który nie prowadził pojazdu, a jedynie obserwował jego działanie. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno mogliśmy liczyć wyłącznie na malucha z losowania.

* Akcje firmy Netflix spadły o 15 proc., ponieważ okazało się, że wielu kinomanów rezygnuje z jej usług, a nowych subskrybentów przybywa mniej niż się spodziewano. Przyczynę tego zjawiska upatruje się w zapowiedzianej podwyżce cen. 20 milionów ludzi już wkrótce płacić będzie miesięcznie o dwa dolary więcej niż dotychczas. Z kina Netflix na szczęście można zawsze wyjść do własnej kuchni i nalać sobie drinka, by zapomnieć o podwyżce.

* Koncern Microsoft przyznał, że sprzedaż systemu operacyjnego Windows 10 „nie jest taka, jak się spodziewano”. Plany przewidywały sprzedaż miliarda licencji Windows 10 do roku 2018, ale jak dotąd sprzedano ich 350 milionów, a wielkie firmy zdecydowanie odmawiają na razie porzucenia Windows 7. W przypadku użytkowników indywidualnych Microsoft natrętnie przypomina wszystkim o konieczności zrobienia upgrade, ale naród się wzbrania. Istnieje nawet darmowy program do usuwania owych „zachęt”. Być może do roku 2018 program ten zostanie skopiowany przez miliard użytkowników.

* Mocno zirytowani pasażerowie brytyjskiej kolei Southern Rail postanowili się dość efektownie zemścić. Grupa jeżdżących na tych trasach programistów skonstruowała grę o nazwie Southern Rail Tycoon, w której chodzi o niedopuszczenie do wchodzenia do poruszającego się ślimaczo pociągu personelu kolei. Irytacja pasażerów wynika z faktu, że rośnie dramatycznie liczba spóźnionych pociągów i odwołanych kursów. Jestem pewien, że pokrewna gra o nazwie PKP Tycoon cieszyłaby się jeszcze większym wzięciem.

Categories: Technologie, Technology

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*