Chorzy na smutek

Sinead O’Connor fot.Jean-Christophe Bott/EPA

Sinead O’Connor fot.Jean-Christophe Bott/EPA

 

Choroba psychiczna może dotknąć każdego, tak samo jak grypa, cukrzyca, czy złamanie nogi. Na depresję i chorobę dwubiegunową chorują kobiety i mężczyźni, biedni i bogaci, starzy i młodzi. To choroby demokratyczne. Osoby chore psychicznie łączy jedno – mogą i powinny się leczyć.

Wsiadam na rower. Jest majowy poranek. Wyjeżdżam z parkingu i po kilku minutach jestem w lesie. O tej porze oprócz kilku niemogących spać dziarskich staruszków i żylastych biegaczy szlifujących formę przed kolejnym maratonem towarzyszą mi ptaki. Maj, choć zimny, wybucha zielenią i zaprasza rześkością. Jest tak świeżo, że mam ochotę wziąć wolne i przedłużyć tę przejażdżkę do południa. Żwirowe alejki kuszą krętymi zakrętami, powietrze wdziera się szczypiącym chłodem do nosa, uszu, oczu i płuc. Pedałuję w kierunku Morton Grove, hotelu, w którym trzy dni wcześniej zameldowała się irlandzka piosenkarka Sinead O’Connor. Do hotelu nie dojadę, zatrzymuję się na polanie, siadam na piknikowej ławce, piję wodę z bidonu. Przypominam sobie moje psychiczne dołki, momenty, kiedy wydawało mi się, że mam dość. Ale żadne z moich przeżyć nie pozwala mi poczuć wspólnoty doświadczeń z chorą na depresję Sinead. Żaden wewnętrzny głos nie podpowiada mi, abym zaszył się w hotelowym pokoju, naciągnął na głowę kołdrę, wziął końską dawkę leków i tracąc świadomość, marzył, by już nigdy się nie ocknąć. Wracam. Przez wiosenne alejki, zimny maj. Mijam młode mamy na rolkach pchające wózki z dziećmi w polarowych śpioszkach. Nic tu po mnie, o depresji wiem tyle, ile wyczytałem w książkach, obejrzałem w smutnych filmach. Niewiele, zgoła nic.

Psychiczny roller coster

O 49-letniej Sinead O’Connor od lat robi się głośno nie z powodu nowych płyt, przebojowych singli i poruszających koncertów. Piosenkarka pojawia się w mediach, opowiadając o osobistych perypetiach, próbach samobójczych, ewentualnie – by obrzucać błotem innych celebrytów. O’Connor twierdzi, że od lat cierpi na depresję i zespół stresu pourazowego. Zaprzecza, jakoby chorowała na chorobę dwubiegunową, choć jest z tą chorobą zdiagnozowana.

– Przy chorobie dwubiegunowej okresy depresji występują na zmianę z okresami manii, czyli euforii. W manii człowiek traci wszelki krytycyzm co do swoich możliwości, wydaje mu się, że może dokonać wszystkiego, że jest niezastąpiony, wyjątkowy. Dużo mówi, nie śpi, robi dziesięć rzeczy na raz, nie zauważa upływu czasu. Po manii przychodzi depresja, tym większa i silniejsza, im większa była mania. Kiedy z hiperszczytu chory wpada w hiperdół, zjazd w depresję może skończyć się samobójstwem – tłumaczy psychoterapeutka Agnieszka Samul. I dodaje: – Sinead O’Connor może mówić, że diagnoza jest błędna, właśnie wtedy, kiedy nie bierze leków i wchodzi w manię. To typowy dla choroby dwubiegunowej proces. Pacjenci „dwubiegunowi” negują chorobę i potrzebę leczenia.

Choroby dwubiegunowej nie da się wyleczyć, można ją zaleczyć, ale tylko pod kilkoma warunkami. Przede wszystkim chory musi mieć świadomość choroby. Tymczasem pacjent w manii najczęściej jest przekonany, że nie jest chory. Wręcz przeciwnie, świetnie się czuje, ma mnóstwo energii i wigoru. Ma entuzjazm, nie odczuwa żadnego lęku. Pacjenci w manii często odstawiają leki, w wyniku czego otwierają sobie drogę do osunięcia się w poważną depresję.

Piosenkarka ma za sobą przynajmniej dwie próby samobójcze: w 1999 r. próbowała zabić się w swoje 33. urodziny; w 2012 r. była hospitalizowana po przedawkowaniu leków w hotelu, w którym zameldowała się pod fałszywym nazwiskiem.

W lutym 2016 r. Sinead O’Connor zamieszkała w domu przyjaciół w podchicagowskim Wilmette. Piosenkarka przyjechała do USA, by odzyskać spokój i stabilność psychiczną po burzliwej sądowej batalii o prawa do opieki nad dziećmi, toczonej z jej byłymi mężami. Piosenkarka ma za sobą cztery małżeństwa, jest matką czwórki dzieci.

Zaginięcie Sinead O’Connor w Wilmette wzbudziło spore zainteresowanie wszystkich lokalnych mediów. Na zdjęciu: ekipy telewizji przed posterunkiem policji w Wilmette fot.Matt Marton/EPA

Zaginięcie Sinead O’Connor w Wilmette wzbudziło spore zainteresowanie wszystkich lokalnych mediów. Na zdjęciu: ekipy telewizji przed posterunkiem policji w Wilmette fot.Matt Marton/EPA

15 maja ok. godz. 6 rano piosenkarka wsiadła na rower i pojechała na przejażdżkę, z której nie wróciła do domu w Wilmette. Nazajutrz rano została uznana za osobę zaginioną. Lokalna policja rozpoczęła poszukiwania, sprawę nagłośniły najpierw chicagowskie, a następnie ogólnokrajowe i światowe media. Piosenkarka odnalazła się 16 maja po południu w hotelu w miejscowości Morton Grove, skąd została przewieziona do szpitala. Nie wiadomo, czy bezpośrednią przyczyną jej tajemniczego zniknięcia były problemy psychiczne, ale w dniu jej odnalezienia O’Connor opublikowała na Facebooku następujący post: „Wszyscy chcecie, żebym się zabiła, modlicie się, żebym umarła”. A także: „Musiałam uciekać do Ameryki, zostawiłam za sobą wszystko i wszystkich. Taki jest los Irlandczyków z zaburzeniami psychicznymi”.

Ból włosów

– Dochodzisz do takiego stanu, że nie jesteś w stanie wstać z łóżka, nawet po to, żeby zrobić sobie krzywdę, bo to wymaga wysiłku. Nie ma nic oprócz totalnego zmęczenia – mówi Łukasz, 38-latek zmagający się z kliniczną depresją od blisko dziesięciu lat. – Niewiele da się zrobić, podczas ataku depresji głowa boli mnie tak, jakby coś miało ją rozsadzić, gardło jest tak ściśnięte, że nie mogę mówić i ledwo oddycham. Czekam wtedy, żeby przeszło. Przechodzi, po kilku godzinach, kilku dniach. Ale wraca i za każdym razem jest gorzej.

Łukasz wyszedł ze szpitala psychiatrycznego dwa miesiące temu, po swojej pierwszej próbie samobójczej. Wsypał wszystkie leki, jakie miał, do reklamówki, te na depresję, niepokój, bezsenność. Dodał pół opakowania leków na nadciśnienie. Gdyby wtedy zażył je wszystkie, nie doszedłby do szpitala, choć to niecała mila od domu, w którym mieszka z rodzicami. Łyknął połowę, bo zabrakło mu coli do popicia. Pomyślał też, że gdyby jednak się obudził, nie będzie musiał dzwonić do lekarzy po kolejne recepty, wybierać się do apteki, prosić matkę o drobne, żeby wykupić generyki antydepresantów i uspokajaczy, bo choć Medicaid pokrywa koszty leków, wymaga pięciodolarowej dopłaty.

– Kiedy dowlokłem się na izbę przyjęć, miałem ciśnienie 80/40. Powiedziałem, że wziąłem tabletki, że mam depresję i chciałem się zabić. Po płukaniu żołądka pięć dni trzymali mnie na kardiologii, z obserwatorem przez całą dobę. Żebym czegoś sobie nie zrobił, bo ludzie podobno potrafią wykazać się dużą determinacją, żeby przestać żyć. Po kilku dniach przenieśli mnie na psychiatryczny. Standardowo, leki uspakajające w dawce, która nie zrobi z człowieka zombie, ale wyluzuje wystarczająco, żeby dotrwać do wieczora. A na noc coś na sen.

Z psychiatrą Łukasz rozmawiał przez dziesięć minut, śmieje się, że po tylu testach, ewaluacjach i psychiatrycznych wywiadach sam mógłby przyjmować pacjentów. Lekarz potwierdził wcześniejszą diagnozę – depresja kliniczna. Zalecenia – tabletki powstrzymujące wchłanianie serotoniny, czyli antydepresanty, psychoterapia, zero alkoholu, narkotyków, ruch na świeżym powietrzu, dieta bogata w mikroelementy. Przy zastosowaniu się do tych zaleceń Łukasz powinien w ciągu miesiąca odczuć wyraźną poprawę. Ale nie czuje, szału, jak mówi, nie ma. Może dlatego, że na psychoterapię go nie stać, sportu nie lubi, a zdrowe jedzenie mu nie smakuje. Za to napić się lubi, choć ostatnio sporadycznie, bo fundusze nie pozwalają. Pozostają antydepresanty, kolejna już, najnowocześniejsza generacja. Ale nie na tyle nowoczesna, żeby naprawdę chciało się żyć.

Na kliniczną depresję choruje w Stanach Zjednoczonych blisko 15 mln osób, czyli nieco mniej niż siedem procent populacji. Zaburzenia nastroju, w tym depresja, są trzecią najczęstszą przyczyną hospitalizacji Amerykanów. 90 proc. samobójców to osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne, głównie depresję

Demokratyczna choroba

Depresja jest chorobą społeczną – według danych National Alliance of Mental Illness (NAMI) na kliniczną depresję choruje w Stanach Zjednoczonych blisko 15 mln osób, czyli nieco mniej niż siedem procent populacji. Zaburzenia nastroju, w tym depresja, są trzecią najczęstszą przyczyną hospitalizacji Amerykanów. 90 proc. samobójców to osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne, głównie depresję. – Nie przychodzi znienacka, rozwija się w człowieku, rośnie przyczajona. Depresja jest chorobą demokratyczną, dotyka kobiet i mężczyzn, w różnym wieku, bez względu na status społeczny, wykonywany zawód, zasobność portfela. Do końca nie wiadomo, co ją powoduje, choć wiele wskazuje, że osoby, które przeżyły w dzieciństwie traumatyczne wydarzenia, są na depresję podatne. Czasami występuje bez wyraźnych przyczyn, czasem uaktywnia się w wyniku przykrych zdarzeń: rozwodów, czy śmierci bliskich. Depresja jest chorobą śmiertelną, nieleczona może skończyć się samobójstwem chorego – mówi psychoterapeutka Agnieszka Samul. – Depresję trudno jest zrozumieć komuś, kto jej nie doświadczył. Miałam pacjentkę w ciężkiej depresji, która leżąc w łóżku, nie była w stanie przewrócić się na drugi bok, to przekraczało jej możliwości do tego stopnia, że na boku, na którym leżała, dostała odleżyn. Zdrowemu człowiekowi ciężko jest to sobie wyobrazić.

Wstyd i fanaberie bogaczy

Choroby psychiczne to takie same choroby jak dolegliwości somatyczne, można je leczyć, jak leczy się zapalenie płuc, czy złamaną nogę. Jednak wizycie u psychiatry czy psychologa najczęściej towarzyszy wstyd. Chory jest przekonany, że nieumiejętność poradzenia sobie z objawami depresji jest oznaką słabości. Od rodziny i znajomych słyszy „weź się w garść”, „przestań się użalać”, „zmień się”. Sęk w tym, że chory nie potrafi się zmienić, ponieważ za jego objawami stoi zaburzenie. Siłą woli nie da się pokonać depresji, podobnie jak nie da się nią nastawić złamanej kończyny.

Sinead O’Connor fot.Balazs Mohai/EPA

Sinead O’Connor fot.Balazs Mohai/EPA

– Depresja często jest możliwa do wyleczenia. Po kilku miesiącach przyjmowania leków objawy ustępują i chory może funkcjonować bez leków, szczególnie jeśli wspomoże się psychoterapią. Niestety depresja jest chorobą nawrotów, zdarza się, że po okresie utrzymywania się dobrego nastroju objawy depresji powracają – tłumaczy Samul. – W polonijnym środowisku wciąż istnieje stygmat choroby psychicznej, ale powoli widać zmiany. – Ludzie przychodzą coraz częściej i otwarciej mówią o swoich problemach. Istnieje też przeświadczenie, że korzystanie z leczenia psychologicznego jest zbytkiem dostępnym dla bogatych. Nie jest to prawda, każdy może swoje życie zmieniać na lepsze, próbować czuć się lepiej. Warto, w końcu mamy przecież jedno życie – dodaje.

Z kołdrą na głowie

Łukasza znam od wielu lat. Obserwowałem, jak z nieco zagubionego, ale nieźle funkcjonującego młodego człowieka stał się cieniem samego siebie. Od kilku lat nie jest w stanie pracować, utrzymać się, bez pomocy rodziny wylądowałby na ulicy. Wiele razy powtarzałem mu to co inni: weź się do roboty, przestań się mazgaić, zrób coś ze swoim życiem. Dopiero po latach, kiedy sfrustrowany przestał rozmawiać z kimkolwiek, w skrajnej rozpaczy, trafił do psychiatry. Takich jak Łukasz jest wśród nas wielu. Leżących w pokojach z zaciągniętymi zasłonami, z kołdrą na głowie, pijących wódkę i biorących narkotyki, żeby choć przez chwilę poczuć się lepiej. Szkoda, że aby zauważyć ich istnienie i pomyśleć o ich dramacie potrzebujemy irlandzkiej piosenkarki, która nie wraca z rowerowej przejażdżki.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

Categories: Społeczeństwo

Comments

  1. Jolanta
    Jolanta 22 maja, 2016, 17:31

    Depresja to czesta choroba w dzisieszym swiecie ,podobnie jak nowotwory ,jak nie dac sie depresji i ja leczyc ??? , to dobrze ze ZW ,publikuje taki problem.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*