Rozkładówka do lamusa

Rozkładówka do lamusa

„Playboy” bez golizny! Nim przemyślałem ten pozornie karkołomny ruch wydawców, wydał mi się on równie absurdalny co bezmięsne kurczaki lub wino bez alkoholu. Można, ale po co? Jakże to, „Playboy” bez rozkładówek i kobiecych aktów, dozwolony od lat trzynastu?

Dokładnie tyle lat miałem, kiedy w sposób absolutnie niespodziewany i nagły stałem się po raz pierwszy w życiu właścicielem numeru „Playboya”. W roku 1987 moja mama była w Stanach i przysyłała paczki. Ich nadejście i rozpakowywanie to był rytuał. Ojciec otwierał i wyciągał pachnące innym lepszym światem skarby. Podniecenia związanego z tym doświadczeniem próżno szukać współcześnie. Przyszła paczka! Ojciec rozciął pudło i wyjął gruby plik gazet, wsadzony do paczki zapewne w celu zabezpieczenia zawartości przed zniszczeniem. Wręczył mi je i powiedział: „Przejrzyj i przynieś, jak znajdziesz coś fajnego”. Dostał z powrotem „National Geographic”, jakieś magazyny sportowe i kilka wydań „Chicago Tribune”. „Playboy” wylądował za szafką, w najciemniejszym kącie mojego pokoju. Na przejrzenie magazynu poczekałem do drugiej w nocy, musiałem mieć pewność, że ojciec śpi. Latarka, kołdra na głowę. To nie było kiepskiej jakości zdjęcie na ostatniej stronie „Razem”, tylko poważna amerykańska rozkładana erotyka. Następnego dnia wyniosłem pismo z domu, ryzyko wpadki było zbyt duże. Nie tylko moje podwórkowe notowania wzrosły. Na poszczególnych stronach zrobiłem wśród chłopaków spod bloku niezły interes, wzbogaciłem się o kilka resoraków i trochę czystej gotówki.

Potem czasy zaczęły dynamicznie się zmieniać. Najpierw „Dziennik” zastąpiły „Wiadomości”, kilka lat później MTV przestało puszczać muzykę, za to History Channel zaczął emitować programy o starożytnych kosmitach. Pożegnanie „Playboya” z nagimi biustami i pośladkami to też swoista popkulturowa rewolucja. Choć bardziej – przemyślana strategia. Wydawca uzasadnił swoją decyzję zalewem treści erotycznych i pornograficznych dostępnych w internecie. Rzeczywiście, ktoś kupujący współcześnie „Playboya” dla dreszczyku seksualnej przyjemności albo jest staroświeckim zgredem… albo jest staroświeckim zgredem. Internet, głupcze! Toć tam dla chętnych, zupełnie za darmo czekają gigatertrabajty aktów seksualnych we wszelkich możliwych konfiguracjach. Playmate miesiąca wygląda przy współczesnych gwiazdach porno niewinnie jak Pipi Pończoszanka.

W nowoczesnym biznesie jedna z podstawowych zasad przetrwania brzmi: „Albo się zmieniasz, albo zostajesz reliktem poprzedniej epoki, jesteś z tyłu i gryzą cię psy”. Hugh Hefner, stary wyjadacz w medialnej grze, wie co robi. Nie wiedzą, co mówią internetowi trole, którzy przewidują, że kolejnym krokiem wydawcy będzie zamieszczenie zdjęć kobiet w burkach, a w konsekwencji (jakże chora to logika) – rozkładówek z kozami. Czarne bzdury.

„Playboy” pozbywa się stygmatu pisma sprzedawanego w świerszczykowej folii, które kupujesz z lekkim zażenowaniem, ryzykując spojrzenie kasjerki zarezerwowane dla erotomanów. Jako takie nie mogło trafić do poczekalni dentystycznych, kawiarni ani miejsc pracy. W dobie zalewu wulgaryzacją, pornografią i powszechnym zidioceniem „Playboy” postanowił postawić na rozrywkę inteligentną, nieco wysublimowaną i jestem pewien, że śmiałą. W czasach, gdy obyczajowe oburzenie jest równie rzadkie co misie panda, zdecydował się na konserwatywny ruch w stronę nowoczesności – dobre dziennikarstwo i literaturę piękną. W końcu i w tym „Playboy” czuje się świetnie, na jego łamach pisywali najlepsi, wśród nich Nabokov i Vonnegut.

Modelki pozostaną na łamach, ale nie będą marzły w czasie sesji fotograficznych. Będzie co czytać, będzie komu, bo po pismo sięgną zapewne również ci, którzy dotychczas omijali je szerokim łukiem, pohukując o nieprzyzwoitości lub przedmiotowym traktowaniu kobiet. Zawiedzeni będą tradycjonaliści i niezinformatyzowani wciąż żądni dreszczyku emocji emeryci. I żołnierze, bo ciężko w koszarowej szafce zawiesić laptopa czy tablet.

Grzegorz Dziedzic

fot.Santi Carneri/EPA

Categories: Dziedzic

Comments

  1. Zbigniew
    Zbigniew 19 października, 2015, 14:45

    Co tygodniowe felietony to zly pomysl. Pan Redaktor przed kazdym weekend-owym wydaniem denerwuje sie ze musi cos napisac. Pisze „na sile” co odzwierciedla sie w jakosci felietonow. Moze DZ powinien zmienic forme i redaktorzy powinni pisac wtedy kiedy maja cos do napisania, kiedy maja ciekawy temat a nie pisac „na zamowienie”. Mam nadzieje ze chociarz troche ulzylem Panu Redaktorowi tym wpisem. Pozdrawiam i zycze fajnych, ciekawych i interesujacych felietonow ktore czytelnicy beda czytali z przyjemnoscia.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*