Ostatni lot…

Ta tragedia wstrząsnęła całą Polską i Polakami na całym świecie. Nowoczesny samolot hiszpański transportowy CASA, będący na wyposażeniu polskiego lotnictwa wojskowego, uległ katastrofie podczas schodzenia do lądowania na lotnisko w Mirosławcu. Nikt nie ocalał. Śmierć poniosło dwudziestu oficerów i podoficerów lotnictwa, w tym jeden generał. Na miejsce tragedii pośpieszył premier Donald Tusk, a następnie prezydent Lech Kaczyński.

Sprawa bulwersuje nadal. Nie tylko bowiem nie wiadomo co było przyczyną dramatu, ale nawet nie udało się przeprowadzić skutecznej identyfikacji szczątków ofiar na podstawie kodu DNA, co uniemożliwia ich pochowanie. Póki co polegli zostali awansowani przez ministra obrony narodowej o jeden stopień oficerski.

W Chicago była pora lunchu, gdy zadzwonił telefon. Damian Kuźma, trzydziestotrzylatek, stolarz budowlany siedział przy stole z żoną Edytą i czteroletnią córeczką Mają. Gdy usłyszał głos z Polski, myślał, że dzwonią z urodzinowej kolacji jego ojca, kończącego akurat 67 lat. Zmroziło go natychmiast. Z rodzinnego Lipska koło Zamościa dzwonił starszy brat Krzysztof. Powiedział, że zdarzyła się katastrofa samolotu pilotowanego przez ich brata Roberta, a wszycy najprawdopodobniej zginęli. Trzeba czekać na potwierdzenie. Niestety po dwóch godzinach najgorsze stało się faktem.
Damian zadzwonił do LOTu” i kupił bilet na pierwszy samolot do Warszawy. Pozostali bracia, trzydziestoletni Grzegorz w Szkocji i pięć lat młodszy Radosław w Anglii, też już wiedzieli i robili rezerwacje.

Porażeni
Najpierw wiadomość zwaliła w Krakowie z nóg żonę Roberta, Małgorzatę. Mieszkali tam, od kiedy jej mąż przeniósł się do tutejszej jednostki ze Świdwina.

Nie wystarczały mu oficerskie szlify po szkole dęblińskiej, chciał mieć jeszcze studia cywilne. Poszedł na zaoczne studia na Politechnice Warszawskiej. Dojazdy okazały się jednak tak czasochłonne i skomplikowane, że poprosił o przeniesienie do Krakowa, skąd miał bliżej.

Do Świdwina ściągnął go podpułkownik Andrzej Andrzejewski, dziś generał, który razem z nim poległ . Zawsze marzył o odrzutowcach i wierzył, że to będą jakieś nowoczesne maszyny zachodnie: grippeny, mirage czy F-16, ale póki co musiał latać na Su-22. Z drugiej jednak strony chciał mieć tytuł magistra renomowanej uczelni, dlatego w Krakowie musiał przesiąść się na samoloty transportowe. Żona jako pierwsza dowiedziała się od Małgorzaty. Zaraz później jej rodzice, Marian i Maria Draganowie w Szewni Dolnej, też niedaleko Zamościa.

Nazajutrz u całej rodziny zjawili się dziennikarze. O ile o poczynaniach lokalnego „Dziennika Wschodniego” rodzina wypowiada się z szacunkiem, o tyle nie może wyjść ze zdumienia, jak w posiadanie ślubnego zdjęcia Małgorzaty i Roberta wszedł jeden z brukowców i upublicznił na okładce bez wiedzy i zgody rodziny. Reporter tej gazety u Kuźmów był, oglądał rodzinne fotografie, ale nikt mu ich nie dawał…

Sen o lataniu
Legendarny dowódca Dywizjonu 303, pułkownik Wojciech hrabia Kołaczkowski, mówił mi kiedyś, że latanie na człowieka… przychodzi. Po prostu. Nie wiadomo skąd, może z nieba. Masz te swoje pięć-sześć lat i wiesz, że będziesz latał. Kropka. Tak było z Robertem. Od małego konstruował latawce, potem sklejał modele samolotów. Gdy tylko osiągnął wymagany limit wieku zapisał się do Aeroklubu Ziemi Zamojskiej na kurs szybowcowy. Pierwszym, który uniosł Roberta w powietrze był instruktor Józef Kwaśniak. Od pierwszego spotkania z chłopakiem nie miał watpliwości, że będzie z niego znakomity pilot.
Robert miał jasny plan. Wiedział, że pójdzie do Liceum Lotniczego w Dęblinie, a stamtąd do „Szkoły Orląt”. Stało się jak chciał… Podczas nauki zawsze był w ścisłej czołówce. Adam Kuźma wspomina, jak kiedyś otrzymał telefon, że ma się stawić w Dęblinie, ale bez szczegółów. Jechał z mieszanymi uczuciami, ale okazało się, że chodzi o uroczystość, na której jego syn zaprezntowany został jako prymus.

Świata oblatanie
W Krakowie Robert Kuźma latał najpierw na rosyjskich transportowcach An-26. Żeby móc latać za granicę uczył się angielskiego, który jest międzynarodowym językiem kontroli lotów. Przeszedł bardzo trudny, trzystopniowy kurs zakończony egzaminami. Zaczął latać.

W 2003 roku, kiedy Polska zakupiła w Hiszpanii samoloty CASA, por. Kuźma był jednym z pierwszych przeszkolonych do ich pilotowania. Przyprowadzał maszyny z Sewilli do Krakowa. Tu je oblatywał. Potem kilkadziesiąt razy pilotował w lotach do Iraku i Afganistanu i z powrotem. Z ostatniej takiej wyprawy wrócił w piątek, przed środową katastrofą.
Robert kochał tę służbę. Opowiadał w jak trudnych warunkach przychodziło lądować czy startować. Czasami w czasie piaskowych zadymek czy pod ostrzałem. Chwalił CAS, jako maszynę nowoczesną i bezpieczną.

TV szał
Dla rodziny Kuźmów najgorsze było to czekanie przed telewizorem, na potwierdzenie, tego, czego się spodziewali. Na ekranach rozgrywał się pokaz natarczywości i bezduszności reporterów. Ganiali za wszystkimi, próbowali wyszarpywać jakieś informacje, które potem używali do atakowania innych rozmówców. Szukali jakiegoś odpowiedzialnego za katastrofę. Z dala od szacunku dla tragedii ludzkiej. Dla najbliższych pilota było to bardzo przykre, doświadczenie. Podobnie jak późniejsze rajdy mediów na ich dom w Lipsku oraz dom porucznika w Krakowie. Jedna ze stacji dosłownie chciała watrgnąć, by nagrać zrozpaczoną wdową po pilocie.

Czarna skrzynka życia nie odda…
Tak uważa Genowefa Kuźma. Do prawdy o tragicznej środzie pod Mirosławcem powinna jednak wszystkich zbliżyć, tym bardziej, że – jak twierdzą wojskowi – ten rejestrator lotu zachował się w dobrym stanie. Wszystko jest teraz przed speckomisją, która ma sprawę wyjaśnić do samego końca. I – jak zapewnia minister obrony Klich – bez zamiatania czegokolwiek „pod dywan”.

Jest co. Media bulwersował fakt awarii systemu automatycznego naprowadzania ISL, jaki muszą mieć wszystkie lotniska NATO-wskie, a takim jest Mirosławiec. Urządzenie, jak ze zdumi eniem dowiedziały się media, nie jest sprawne od sześciu lat, czyli od kiedy założyła jej firma amerykańska. Jednak występujący w telewizji oficerowie lotnictwa twierdzą, że tak naprawdę można sobie bez tego ISL dobrze radzić. Kwiatek do kożucha?

Mieszkaniec Zamościa, który w przeszłości był związany z tamtejszą Szkołą Techniczną Wojsk Lotniczych obawia się, że z takiego gadania nic dobrego nie może wyniknąć. Kuźma może zostać wpasowany w rolę kozła ofiarnego.
Skoro samolot CASA jest ekstra, skoro system ISL jest do lądowania na nim „bez znaczenia”, jak mówią jacyś spece w telewizji, skoro pogoda była słaba, ale nie beznadziejna, a pas oświetlony, to co zostaje? Czynnik ludzki, a dalej można sobie dośpiewać – więcej słowo już nie powie.

Dogięcie do pasa…
Pisze natomiast „Dziennik”. Dotarł do jakiejś mapy sytuacyjnej, na której oznaczono miejsce upadku samolotu i tor podchodzenia do lądowania
„[…] CASA upadła około kilometra od początku pasa, na tory kolejowe, ale nie w tzw. osi pasa, czyli linii biegnącej przez jego środek oraz dwie radiolatarnie naprowadzające, jedną położoną bliżej lotniska, drugą dalej. Wrak leży około 320 metrów na lewo od tej linii. Co to oznacza? Że pilot samolotu, aby wylądować w Mirosławcu, musiał wykonać co najmniej jeszcze jeden manewr korygujący lot – skręt czy jak to mówią lotnicy, dochylić, dogiąć się do pasa. […] „Coś się musiało zdarzyć, że CASA nie doleciała do pasa startowego, i to wyjaśnia komisja. Pod uwagę brany jest każdy szczegół. Również to, w którym miejscu rozbił się samolot” – mówi „Dziennikowi” płk Wiesław Grzegorzewski, rzecznik prasowy Sił Powietrznych. „Ale sprawny samolot jest w stanie, mówiąc żargonem lotniczym, dogiąć się do pasa”.

Gazeta cytuje też Grzegorza Hołdanowicza, następnego już eksperta lotniczego, który się wypowiada w sprawie. Uważa, że […] samo miejsce upadku samolotu pozwala wykluczyć hipotezę, że CASA, podchodząc wzdłuż osi pasa startowego, za wcześnie dotknęła ziemi. Jeśli nawet podchodziła prawidłowo, coś ją z tego toru wytrąciło. „Było to wydarzenie na tyle nagłe, że piloci nie poinformowali o niczym wieży kontrolnej, i miało takie skutki, że samolot zmienił kurs, uderzając w ziemię 300 metrów od właściwego toru podejścia”.

O wiele klarowniejszy jest inny z rozmówców „Gazety”.
„Piloci wojskowi to najwyższej klasy specjaliści. W ich przypadku pomyłka, tzw. błąd człowieka, jest wysoce nieprawdopodobny” – tłumaczy Andrew Brookes, ekspert International Institute of Strategic Studies w Londynie.

„Znacznie bardziej prawdopodobna jest awaria techniczna samolotu, coś, co w krytycznej fazie lotu sprawia, że tracimy kontrolę nad maszyną. W sytuacji, gdy wciąż nie są znane okoliczności wypadku, wielkim błędem byłoby przerzucanie winy na pilotów” – dodaje Brookes.

Podkreśla, że co więcej, w tym przypadku w grę nie wchodzą czynniki, które zwykle odgrywają wielką rolę w katastrofach spowodowanych „błędem człowieka”. Tu była polska załoga lądująca na polskim obiekcie, więc nie mogło być nieporozumień językowych. Piloci zapewne znali i swoją maszynę, i jej wyposażenie, a także lotnisko i jego okolice. Brookes uważa, że bardziej prawdopodobna więc wydaje się awaria techniczna samolotu.

Tymczasem nie chodzi tu o maszynę, która ma pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat. CASA C-295 to wypróbowany, wysokiej jakości sprzęt, któremu piloci ufają. „Ale jednak i takiemu może się przydarzyć awaria: wystarczy, że podczas lądowania w krytycznej chwili zawiedzie jeden z silników albo wskaźnik wysokości” – zaznacza Brookes w rozmowie z „Dziennikiem”.
Do Polski przyleciała już z Sewilli ekipa producenta samolotu i została dopuszczona do prac komisji badającej przyczyny katastrofy.

Rodzinne gniazdo
Kuźmowie niosą swój krzyż z wielką godnością. Proszą, by mówić o sercu jakie otwierają im wszyscy. Zaraz po tragicznej wieści przyszedł do nich wójt Gminy Zamość Ryszard Gliwiński i obiecał wsparcie we wszystkim, co może. Był miejscowy proboszcz ks. Józef Dudek. Modlił się, obiecał wyprawienie godnego pochówku Robertowi. Rodzina nie chciała, aby miał pogrzeb w Krakowie.
„Robert i Małgosia postawili tam dom, ona ma pracę, kieruje sklepem. Nie mają jednak dzieci i nie wiadomo, jak się dalej losy potoczą. Tu, w Lipsku, Robert spocznie w rodzinnym grobie” – mówi matka.

Niestety nie można podać dokładnej daty. W Szczecinie dokonywane są testy DNA mające zidentyfikować szczątki zwłok.

Dom rodziny Kuźmów jest solidny, wystawiony trzydzieści lat temu jeszcze w epoce gierkowskiej. Wtedy Adam pracował jeszcze w lokalnej SKR, a Genowefa w tutejszej szkole. Teraz jest tu cała rodzina. Z Wysp Brytyjskich dolecieli Grzegorz i Radek. Obaj kawalerowie. Pierwszy pracuje w pieczarkarni w Edynburgu, drugi o godzinę od Londynu, w domu opieki. Jest Damian z Chicago. Dotarła właśnie jego żona z córeczką. Najstarszy Krzysztof był na miejscu w dniu tragedii, ale większość roku pracuje w Niemczech, w gospodarstwie rolnym i przy zbiorze winorośli. Jego żona Maria uczy w miejscowej szkole, do której chodzi ich córka, piętnastoletnia Klaudia.
„To nasze gniazdo rodzinne. Urodziłam pięciu synów i nigdy, gdzie by nie byli, nie zapominali o nas rodzicach i zlatywali w święta czy na inne okazje rodzine. Teraz, żeby pożegnać Roberta…” – mowi matka.

Mieszkańcy Lipska mówią o przeznaczeniu. Przytaczają fakt, że Robert Kuźma wcale nie miał owej feralnej środy lecieć, a być u ojca na urodzinach. W ostatniej chwili zastąpił kolegę, który przechodził badania lekarskie. Zwracają uwagę na co innego. Jak jest możliwe, że samolot nie był w ogóle ubezpieczony, bo za drogo, a pilot, jak chce być ubezpieczony, musi płacić sam. Gdzie tu szacunek dla człowieka i żołnierza?

Co do szans wyjaśnienia przyczyn katastrofy też są sceptyczni. „My tu ludzie niewielcy, a tam, panie, wojsko, fabryka samolotów, nowoczesne lotnisko… Oby się nie skrupiło na Robercie”.

Może nie…
Patryk Małecki

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*