Za co jesteśmy wdzięczni Ameryce?

Za co jesteśmy wdzięczni Ameryce?

Obchodzimy Święto Dziękczynienia, czas składania wyrazów wdzięczności za wszystko dobre, co się wydarzyło w naszym życiu. Dziękujemy za zdrowie, za rodzinę, dobrobyt. Dziękujemy Bogu, opatrzności, rodzicom, dziadkom, dzieciom. Za co my, imigranci jesteśmy wdzięczni Ameryce? Oto opinie kilkunastu przedstawicieli chicagowskiej Polonii.

fot. archiwum

fot. archiwum

Agnieszka Włodarek, samotna matka – Przez kilka lat mieszkałam jako imigrantka w Niemczech. Niby życie spokojne, nic szczególnego. Jednak kiedy już któryś raz z rzędu niemiecka staruszka zwróciła mi w sklepie uwagę, że w Niemczech do dzieci mówi się wyłącznie po niemiecku, to nie zastanawiałam się długo. W kilka dni spakowałam manatki i wróciłam za ocean. Mieszkam już tutaj kilkanaście lat i takiego zdarzenia nie miałam ani razu. I za to cię kocham, Ameryko!

Mateusz Nycz, menedżer jednego ze sklepów dużej sieci handlowej – Za co jestem wdzięczny Ameryce? Za bardzo wiele, ale tak naprawdę za to, że nie tylko dała mi dobrą pracę, ale dała mi dom, w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Także za to, że pozwoliła mi być sobą. Jako imigrant nigdy nie musiałem ukrywać się ze swoją polskością, ani z tym kim jestem. Zapewniła mi byt i samorealizację zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym.

Jania G., pracownica utrzymania czystości – Dziękuję Ameryce za wspaniałego męża, cudowne dzieci i piękny dom. Dziękuję za dobrobyt, który mnie otacza. A najważniejsze, że do osobistego i rodzinnego sukcesu mogłam dojść własnymi rękami. To jest możliwe praktycznie tylko w tym kraju.

Małgorzata Sz., urzędniczka biurowa – Jestem wdzięczna za społeczną akceptację, za tolerancję indywidualną, za edukację i za ukształtowanie osoby, którą teraz reprezentuję.

Jacek B., bankowiec – Nie jest łatwo odpowiedzieć na takie pytanie. Nie wyjeżdżając z Polski, na pewno wiele bym nie stracił. Pewnie nie byłbym gwiazdą, ale nie wiodłoby mi się gorzej niż tutaj. Przyjeżdżając do tego kraju, myślałem, że osiągnę więcej, niż planowałem, ale gdzieś po drodze coś nie do końca się udało. Czy jednak coś temu krajowi zawdzięczam? Przypuszczam, że najbardziej wdzięczny jestem za umiejętność komunikowania się w języku angielskim. Prawdopodobnie w Polsce uczyłbym się tego języka, ale osiągnięcie dobrych rezultatów zajęłoby znacznie, znacznie więcej czasu. Nabyte tutaj doświadczenie bankowe i językowe pozwala mieć nadzieję, że będę mógł kontynuować karierę w dziedzinie bankowości w jakimkolwiek miejscu świata. To sobie najbardziej cenię. Życie w tym kraju dało mi też inne spojrzenie na świat. Inny pogląd poszerzający moją tolerancję, akceptację wszędzie obecnej w tym kraju różnorodności. Cieszę się również z tego, że mogłem zwiedzić Amerykę, bo to rzeczywiście piękny kraj. Można go zwiedzać bez końca…

Maria K., emerytka, sybiraczka – Ameryce zawdzięczam stabilizację życiową. Po ciężkich przeżyciach syberyjskiej tułaczki mogłam się osiedlić w tym kraju, który mi przez wszystkie lata pomagał z każdej możliwej strony. Mogłam sprowadzić rodzinę, wychować dzieci, teraz wychowuję wspaniałe wnuki, a obecnie na stare lata mam zapewnioną emeryturę i, co ważne, dobrą opiekę medyczną. Na swoje 80. urodziny otrzymałam dyplom uznania od ówczesnego prezydenta G.W. Busha. I jak tego kraju nie kochać?

Jadwiga T., bankowiec – Ameryce zawdzięczam fakt, że moje horyzonty myślowe znacznie się poszerzyły. Jako bankowiec mam kontakt z przedstawicielami wielu warstw społecznych, grup etnicznych czy mniejszości rasowych. Każdego dnia mam okazję poznawać, jak żyją inni, nie tylko z mojej klasy społecznej czy finansowej. Właśnie tutaj otworzyły mi się szeroko oczy i nauczyłam się współżyć z ludźmi z praktycznie wszystkich kultur świata. W Polsce żyłabym w zamkniętym kręgu ludzi, podczas gdy tutaj miałam i wciąż mam szansę poznawać odmienne narodowości, odmienne zwyczaje, odmienne tradycje. To nieocenione doświadczenie…

Basia S., nauczycielka – Tylko w Ameryce mogę sobie układać życie tak, jak chcę i jak sobie zaplanuję. Ciężka praca jest najczęściej w miarę dobrze wynagradzana, co pozwala na życie osobiste i rodzinne według własnych marzeń i pragnień. Ale Ameryka okazuje się być szczególnie pomocna mnie, matce trójki dzieci, w tym dwojga niepełnosprawnych. Pozwoliła je wychować i wykształcić na porządnych ludzi, którzy napotykają na szereg barier w codziennym życiu, a jednak mogą w miarę normalnie żyć. Nie boję się powiedzieć, że chyba nigdzie indziej na świecie nie ma tylu ułatwień i usprawnień, nie ma takiej pomocy dla niepełnosprawnych jak w Stanach Zjednoczonych. I między innymi za ten fakt jestem temu krajowi niezmiernie wdzięczna.

Elżbieta i Józef W., emeryci – Jesteśmy wdzięczni za długie lata udanego rodzinnego i zawodowego życia. Za fakt, że w jesieni życia, mając wystarczającą emeryturę, nie musimy liczyć się z groszem, że mamy świetną opiekę medyczną, co pozwala na rzeczywiście godne życie. To właśnie Amerykanie wyciągnęli do nas pomocną dłoń, gdy przed wielu laty wylądowaliśmy w tym kraju tylko z jedną walizeczką w ręku. Choć czasem było ciężko, to jednak zawsze mieliśmy spokój i stabilizację, mieliśmy pracę, wykształciliśmy syna, a teraz możemy pomagać w wychowywaniu wnuków. Wnuków urodzonych już w kraju, który dał nam szczęście i z całą pewnością będzie dla nich najlepszym na świecie miejscem do życia.

Płk Marian Prusek, weteran wojenny, emeryt – W krótkich żołnierskich słowach mogę powiedzieć, że najbardziej cieszę się z tego, że w Ameryce ustabilizował się mój status uchodźcy politycznego. Po pięciu trudnych, niepewnych latach pobytu w Anglii na preferencyjnych warunkach przyznawanych byłym żołnierzom przyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Już na miejscu uporządkowało się moje życie. Skończyłem studia, zdobyłem zawód, znalazłem pracę. Potem jednak postanowiłem służyć temu krajowi, wstępując do amerykańskiej piechoty morskiej. Podczas wojny koreańskiej odsłużyłem kilka lat, by się odwdzięczyć za wspaniałe przyjęcie, z którym się spotkałem i za możliwość urządzenia sobie życia. Po przejściu do cywila znalazłem pracę w belgijskich liniach lotniczych, założyłem rodzinę, miałem dzieci. Miałem to szczęście, że realizowałem się zawodowo w tej dziedzinie, w której się uczyłem – w lotnictwie. Gdy po ponad 20 latach usiłowano mnie przenieść do Nowego Jorku – odmówiłem. Wiedziałem, że swoje szczęście znalazłem w Chicago, gdzie mieszkam z rodziną do dzisiaj i gdzie swoje życiowe marzenia realizują moje dzieci.

Jan Krawiec, były redaktor naczelny „Dziennika Związkowego” – Po pobycie w niemieckich obozach koncentracyjnych zostałem uwolniony przez Amerykanów i wtedy doszedłem do wniosku, że nie będę wracał do Polski po to, by znaleźć się w sowieckich obozach koncentracyjnych. Nie miałem możliwości, by gdzieś wyjechać. Dobrze się złożyło, że dzięki ustawie Trumana Ameryka zgodziła się przyjąć 20 tys. byłych polskich żołnierzy. W tej grupie znalazłem się ja i po wylądowaniu na ziemi amerykańskiej rozpocząłem cywilne życie. Imałem się różnych zawodów. Wykonywałem ciężką pracę fizyczną, by w końcu zacząć parać się dziennikarstwem, o którym zawsze marzyłem. Pracowałem w różnych polonijnych gazetach chicagowskich do samej emerytury. Wykonywałem zawód, który zawsze kochałem, choć wynagrodzenie niejednokrotnie było niewystarczające. Mogłem tutaj realizować swoje marzenia i plany życiowe. Jednak najbardziej jestem wdzięczny za to, że Ameryka przyjęła do siebie mnie uchodźcę i przytuliła „jak swojego”, na co nie mogłem liczyć w swej starej ojczyźnie.

Wanda G., nauczycielka – Jestem wdzięczna za zwykłe codzienne sprawy, które być może w takim zakresie nie mogłyby się wydarzyć gdzie indziej. Dziękuję za to, że mogłam skończyć studia, zdobyć szanowany i dobrze płatny zawód, za pracę, której nigdy nie utraciłam, za to, że mogłam utrzymać rodzinę oraz wychować i wykształcić dzieci. Wkrótce przechodzę na emeryturę i z mężem szukamy domu na Florydzie. Zamierzamy się przenieść z zimnego Chicago do cieplejszego klimatu. Czy jest jakiś inny kraj, który by pozwalał na taką skalę realizować siebie?

Joanna Pietruszewska, konserwator zabytków – W Polsce niegdyś nie była znana prywatna praktyka w konserwacji zabytków. Można było pracować tylko na zlecenie muzeów, co praktycznie bardzo ograniczało dostęp do obiektów historycznych. W Ameryce wraz z mężem, również restauratorem zabytków, znaleźliśmy rynek, który nam dosłownie zapiera dech w piersiach. Zdobyliśmy dostęp do prywatnych kolekcji, których w takiej liczbie nie ma nigdzie indziej na świecie. Możliwość odnawiania starych obrazów i rzeźb, sama szansa obcowania z obiektami liczącymi czasem kilkanaście stuleci, nie da się porównać z niczym. Tylko na amerykańskim rynku możemy się najpełniej realizować w naszym zawodzie i za to jesteśmy wdzięczni, że żyjemy i pracujemy w tym wspaniałym kraju.

Wysłuchał: Andrzej Kazimierczak

a.kazimierczak@zwiazkowy.com

Categories: Polonia

Comments

  1. KICIUS
    KICIUS 28 listopada, 2013, 00:38

    A ja jestem wdzieczny Ameryce za to,ze moja zona pasozyt poszla w sina dal…Thanks 🙂

    Reply this comment
  2. lester
    lester 28 listopada, 2013, 11:52

    Dzienkujemy Panie Boze za wszystkie laski ktore na nas zeslales,blogoslaw nas oraz calo Ameryke.

    Reply this comment
    • KICIUS
      KICIUS 29 listopada, 2013, 01:40

      ….ortografia to twoja domena….nieuku…podstawowka i jeszcze do tego wieczorowa.

      Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*