Triumf biurokracji lub zmowa – cement na kartki

Gospodarka polska notuje świetne rezultaty, ale poszczególne jej sektory dostają zadyszki. Przykładem jest przemysł cementowy.

Producenci betonu w Polsce nie są w stanie sprostać zapotrzebowaniu. Sprzedaż betonu towarowego skoczyła o 50 procent w stosunku do 2006 r. To za mało, by zaspokoić głód firm budowlanych. Niebawem betonu może być jednak mniej. Producenci cementu, podstawowego materiału do jego produkcji, wprowadzają limity na dostawy. Rosną koszty w budowlance. Ręce zacierają pośrednicy i importerzy.

Najpierw były to limity miesięczne, ostatnio – tygodniowe. Na przykład wielka firma budowlana Hydrobudowa 1 otrzymuje od swojego głównego dostawcy, cementowni Górażdże już o 35 procent cementu mniej, niż potrzebuje.
Betoniarnia Hydrobudowy wytwarza 60 tys. m sześc. betonu rocznie. Pół roku temu cementownia poinformowała spółkę, że zamówienia na cement przekraczają o 1 mln ton jej zdolności produkcyjne. Będzie ona mogła produkować więcej, ale za dwa, trzy lata.

Zdaniem Górażdży, limity mają tylko zapobiec kolejkom, a każdy, kto złoży zamówienia na początku roku, będzie mógł je zrealizować w całości, ale w ściśle określonych terminach. Jeżeli miesięcznie klient odbiera od cementowni 100 tys. ton cementu, to w ciągu tygodnia będzie mógł odebrać maksymalnie 25 tys. ton. Może się to kłócić z harmonogramem prac budowlanych.
Dla producentów betonu to bardzo zła sytuacja – ciążą na nich zawarte już dawno kontrakty z firmami budowlanymi. Betoniarnie tracą więc odbiorców. Firmy budowlane też mają kłopot, bo brak budulca na czas oznacza dodatkowe koszty związane choćby z wydłużonym okresem dzierżawy szalunków.
Producenci betonu szukają ratunku u pośredników. Trzeba im jednak zapłacić o 20-25 proc. więcej.

Przedstawiciele cementowni uspokajają, że obecna sytuacja to efekt spiętrzenia zamówień w sezonie budowlanym. W tym roku branża wyprodukuje 17 mln ton cementu, a jej obecne średnioroczne zdolności produkcyjne wynoszą 18-19 mln ton rocznie. Będzie więc mieć w rezerwie około 1 mln ton. Zdaniem szefów cementowni, nie dzieje się nic niepokojącego. Bilansowo rachunek się zgadza, problem jest tylko z dopasowaniem dostaw do grafika potrzeb klientów. Po prostu w ciągu ostatnich dziesięciu lat była nadwyżka w produkcji cementu i to cementownie czekały na klienta. Teraz jest odwrotnie.
Ale zdaniem budowlanych, rezerwa, jaką mają cementownie, istnieje tylko w teorii. Te 19 mln ton branża mogłaby wyprodukować, gdyby zakłady działały 12 miesięcy w roku, wykorzystując w pełni zdolności produkcyjne. Ale produkcję cementu cechuje sezonowość. Dodatkowo jeden miesiąc w roku firmy przeznaczają na remonty.

W warunkach wolnego rynku, braki powinny zostać wypełnione importem. Tymczasem podobne do polskich problemy są w tym roku udziałem wszystkich sąsiadów i dotychczas import był tylko symboliczny.

Czy limity to element ograniczenia podaży i ostudzenia rynku, czy jedynie próba zapanowania nad chaosem w sprzedaży? Może to wyjaśnić postępowanie antymonopolowe, które wobec branży cementowej wszczął Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w grudniu 2006 r. Urząd podejrzewa ją o zmowę cenową. Postępowanie nie zostało jeszcze zakończone. Groźba ewentualnych sankcji nie uchroniła rynku przed wzrostem cen cementu w tym roku. Ostatnie podwyżki były w kwietniu.

Wkrótce jednak powinno dojść do, choćby przejściowej, stabilizacji. Do Polski już płyną statki z cementem z Kanady, Republiki Południowej Afryki, a nawet z Chin. Co więcej, firmy z tych krajów oferują cement po korzystnych cenach.
Na tle sytuacji na rynku cementu wręcz groteskowo wygląda przypadek firmy Atlas. Branża budowlana liczyła mianowicie, że deficyt cementu złagodzi długo oczekiwana inwestycja polskiego inwestora. Oto bowiem Grupa Atlas, jeden z czołowych producentów materiałów dla budownictwa, ogłosiła, że chce wybudować od podstaw cementownię. Miała ona ruszyć w 2010 r. i wytwarzać 1-1,2 mln ton cementu rocznie. Byłaby to pierwsza nowa cementownia w Polsce od ćwierć wieku, w dodatku jedyna z kapitałem krajowym (wszystkie cementownie, co do jednej, zostały bowiem sprzedane po prywatyzacji wielkim firmom zagranicznym). Okazuje się jednak, że cementownia, która miała dać pracę 150 osobom, może w ogóle nie powstać.

Jeszcze w czerwcu 2006 r. Atlas wystąpił o przyznanie promesy dotyczącej limitu emisji dwutlenku węgla dla nowej cementowni. Minął ponad rok i do dzisiaj jej nie otrzymał. Gorzej, nie ma pewności, czy w ogóle ją otrzyma, mimo że rynek budowlany dusi się z braku cementu.

Otóż Polska otrzymała od Unii Europejskiej limit emisji dwutlenku węgla na lata 2008-12 zbyt mały nawet dla istniejących producentów. Możliwości wejścia nowych firm na rynek jakby w ogóle nie dostrzeżono i nie przewidziano. Polska podjęła biurokratyczną i prawną walkę o zmianę zatwierdzonych już limitów, ale postępów nie widać.

W takiej sytuacji Atlas nie jest w stanie sporządzić biznesplanu, nie można wziąć kredytu, nie pozyska inwestora. Polska firma już poniosła znaczne koszty związane z przygotowaniem inwestycji i zakupem gruntu, które pochłonęły ponad 30 mln zł. Firmie mogą także uciec zamówienia związane z inwestycjami planowanymi przed mistrzostwami EURO 2012.

Jeśli nawet Atlas otrzyma w końcu konieczne zezwolenia, to i tak limit uprawnień do emisji dwutlenku dostanie jedynie na okres 2010-12.
Atlas powstał w 1991 r. Firma rozpoczęła działalność od garażowej produkcji kleju do glazury. Obecnie wytwarza ponad 100 produktów. Oprócz materiałów do układania glazury są to materiały gruntujące, czyszczące, zabezpieczające, izolacyjne i uszczelniające oraz tynki i systemy dociepleń. Część sprzedaży Atlasa trafia na rynki Rosji, Litwy, Łotwy, Ukrainy, Białorusi, Estonii, Czech, Słowacji, Holandii i Portugalii. Ostatnio firma, która zatrudnia 2 tys. osób, na celowniku ma też Kazachstan.
Andrzej Nierychło

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*