Miliarder miliarderowi nierówny

 

fot.123RF Stock Photos

Ponad 400 amerykańskich miliarderów i multimilionerów zwraca się do Kongresu z prośbą o nieobniżanie im podatków. Tak, tak – grupa superbogaczy zwraca się z prośbą o zwiększenie obciążeń z ich strony na rzecz państwa.

Czy świat stanął na głowie? Co się stało z wizerunkiem bogatego kapitalisty-wyzyskiwacza, który za wszelką cenę unika płacenia podatków? Ujawniony przez „Washington Post” dokument wydaje się burzyć wszystkie stereotypy. Wyjaśnienie jest jednak dużo prostsze. Pokazuje jedynie, że świat bogaczy jest tak rozległy i zróżnicowany, że jest w nim miejsce zarówno dla zwolenników prawicy, jak i lewicy.

Cięcia, czy przekręt?

Najnowszy głos kilkuset najbogatszych Amerykanów to reakcja na plan reformy systemu podatkowego lansowany przez Partię Republikańską. Przewiduje on między innymi stałe obniżenie podatku od firm (odpowiednik polskiego CIT) do 20 procent oraz obcięcie podatku dochodowego dla najbogatszych. Zamiast wzywać do obniżki podatków dla osób bardzo majętnych, grupa ta wezwała członków Kongresu do nieuchwalania ustawy, która „w jeszcze większym stopniu pogłębi nierówności społeczne”. Przy tej okazji przypomniano, że te nierówności są największe od lat 20. ubiegłego stulecia. Do tego Stany Zjednoczone potrzebują dochodów, choćby po to, aby zmniejszać zadłużenie publiczne.

Wśród podpisanych można znaleźć takie nazwiska jak multimiliarder George Soros – znany z prób wpływania na sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej, filantrop Steven Rockefeller, czy projektantka mody Eileen Fisher. Inni sygnatariusze listu Ben Cohen i Jerry Greenfield, założyciele lodziarskiego imperium Ben & Jerry uważają, że projekt przyniesie więcej szkody nich pożytku. W kraju, gdzie tak wielu ludzi żyje w ubóstwie nie powinno się promować interesów wielkich spółek i najbogatszych – argumentują. „Nie pomoże to biednym. Nie przyniesie żadnych korzyści klasie średniej. Za to wiele osób straci ubezpieczenie medyczne. To zły plan i to w wielu aspektach” – twierdzi Greenfield. Cohen wręcz nie przebiera w słowach określając plan jako „oszustwo podatkowe”. „To przekręt zmierzający do przetransferowania jeszcze większych sum pieniędzy do ludzi, którzy już są bogaci” – dodaje.

Nie przez przypadek większość z sygnatariuszy listu zamieszkuje w takich stanach jak Kalifornia, Nowy Jork, czy Massachusetts. To tam w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich zdecydowanie wygrała kandydatka Partii Demokratycznej Hillary Clinton. Dokument firmuje liberalna grupa Responsible Wealth, promująca odpowiedzialne czerpanie z zakumulowanego kapitału.

Różne oblicza filantropii

To skądinąd pomysł nienowy. Dobroczynność jest nieodzownym elementem amerykańskiej rzeczywistości. Nie przypadkiem też pokaźne części swoich majątków rozdają dwaj najbogatsi ludzie świata – Bill Gates i Warren Buffett. Zwłaszcza ten ostatni od lat przypomina, że zarówno on jak i grupa jego równie zamożnych przyjaciół powinni płacić wyższe podatki. „Nadszedł czas, aby nasz rząd zaczął być poważny w sprawie równomiernego rozkładania obciążeń” – napisał Buffett w „New York Timesie” jeszcze za rządów Baracka Obamy. Na poparcie tezy, że kodeks podatkowy traktuje miliarderów ulgowo poinformował, że w ubiegłym roku zapłacił 17,4 proc. podatku od swoich dochodów – mniej niż w przypadku każdego z 20 pracowników jego własnego biura. Ukuł przy tym tzw. „Regułę Bufetta” mówiącą, że osoby zarabiające więcej niż milion dolarów nie powinny płacić niższej stopy podatku od ludzi o średnich dochodach. Pomysł ma także entuzjazmów wśród ekonomistów. Zalicza się do nich Joseph Stiglitz, profesor Columbia University, laureat nagrody Nobla, sytuowany także po lewej stronie politycznego spektrum. – Na pewno nie jest walką klas poproszenie wszystkich w jakimś kraju, aby płacili państwu sprawiedliwą część dochodów – tłumaczy Stiglitz. – Nie jest też walką klas przypominanie, że to bogaci wykorzystali system polityczny do tego, by nie płacić w ogóle lub płacić minimalne podatki. Luki w prawie podatkowym nie pojawiają się znikąd – są rezultatem poważnych politycznych inwestycji – przypomina noblista.

Sól Ameryki

Jednak bardziej konserwatywni filantropi rozdają własne pieniądze po to, aby nie dzielić się nimi z fiskusem i nie pałają żądzą płacenia wyższych podatków. Bo u podstaw amerykańskiej umowy społecznej nie leży egalitaryzm, ale protestancki nakaz udzielania pomocy potrzebującym, najchętniej z pominięciem państwa. Często wykonywany bez większego rozgłosu w odróżnieniu od lewicowych krzykaczy. To dlatego pieniądze przekazywane na cele charytatywne i Kościoły są w USA zwolnione od podatków. Dzięki temu Amerykanie corocznie przeznaczają na ten cel ponad 300 miliardów dolarów – więcej niż wynosi dochód narodowy małego europejskiego państwa.

Ten ostatni pogląd wydaje się podzielać także republikańska większość oraz Biały Dom. W gospodarce pozostawienie większych sum w rękach obywateli zwykle owocuje wzrostem inwestycji. Z kolei większe zyski spółek powinny prowadzić do powstawania następnych firm i tworzenia miejsc pracy. „Należy się cieszyć z obniżania podatków wobec kogokolwiek” – uważa Gary Cohn, szef National Economic Council, doradzającego prezydentowi Donaldowi Trumpowi.

W Białym Domu trudno będzie jednak zlekceważyć ostatni list najbogatszych. Losy reformy podatkowej zależą bowiem od głosów umiarkowanych republikańskich kongresmenów i senatorów z takich stanów jak Kalifornia, Nowy Jork i New Jersey. Trzeba więc będzie poszukać złotego środka. Bo niezależnie od świata milionerów i miliarderów, którzy rzeczywiście odprowadzają do skarbu państwa największe sumy, solą Ameryki pozostaje klasa średnia. To ona decyduje o wyborczych sukcesach i porażkach. O tym też nie powinni zapominać politycy decydujący na Kapitolu o naszych podatkach.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Ameryka

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*