Nigdy nie sądziłem, że zdobędę się na to wyznanie: brakuje mi konserwatyzmu. Takiego prawdziwego solidnego republikanizmu z czasów Ronalda Reagana czy obu George’ów Bushów – ojca i syna.
Już w latach 50. XX w. francuski politolog Maurice Duverger wysunął teorię, że w państwach, w których o urzędach rozstrzygają wybory według zasady „zwycięzca bierze wszystko”, musi wyłonić się system dwupartyjny. Rozumowanie było proste: zarówno partie, jak i wyborcy zdadzą sobie sprawę, że dwie partie maksymalizują szansę na wygraną, zachowując jednocześnie zróżnicowanie stanowisk.
Jak przypomina portal The Hill, od momentu powstania ponad dwa wieki temu, Stany Zjednoczone potwierdzały słuszność Prawa Duvergera. Partie mogły się zmieniać ale zawsze były tylko dwie główne, które skutecznie wygrywały wybory. Od ponad półtora wieku oznaczało to już albo Demokratów albo Republikanów. To, co się zmieniało, zmieniało się wewnątrz ugrupowań, które siłą rzeczy musiały skupiać ludzi o szerokim światopoglądowym spektrum.
Dla osób nieznających historii USA odkrycie tych procesów może być zaskakujące. Np. wczesna Partia Republikańska składała się z północnych protestantów, robotników fabryk, profesjonalistów, biznesmenów, zamożnych rolników, a po wojnie secesyjnej także byłych czarnych niewolników. Partia miała wtedy bardzo małe poparcie ze strony białych mieszkańców Południa, którzy głównie popierali Partię Demokratyczną na Solidnym Południu, oraz irlandzkich i niemieckich katolików, którzy tworzyli główny blok wyborczy Demokratów. Demokratów wspierała też ówczesna Polonia.
To dość daleko od stanowiska GOP po II wojnie światowej, gdy w USA rozpoczęła się walka z komunizmem. Republikanie na czele z prezydentem Dwightem Eisenhowerem zaczęli być coraz bardziej zachowawczy. Za czasów Nixona byli już kojarzeni z konserwatyzmem i gospodarczym liberalizmem, niskimi podatkami, szczególnie w przypadku firm i osób zamożnych. Republikanie wspierali (i wspierają nadal) prawo do posiadania broni, w ramach praw jednostki. Ale raczej nie byli kojarzeni z rewolucyjnym prawicowym populizmem. Nawet poprzednia republikańska „rewolucja” Newta Gingricha (republikańskiego przewodniczącego Izby Reprezentantów) w 1994 roku zaowocowała okresem wymuszonej współpracy z demokratycznym prezydentem Billem Clintonem. Jak na dzisiejsze standardy dość konstruktywnej.
Dziś Republikanów określa się zwykle jako konserwatystów, ale od kilku lat jest to po prostu mylące. Według słownika PWN konserwatyzm to postawa, którą charakteryzuje przywiązaniem do istniejącego, zakorzenionego w tradycji stanu rzeczy (wartości, obyczajów, praw, ustroju politycznego itp.) oraz niechętny stosunek do gwałtownych zmian i nowości. Tymczasem to, co widzimy w wydaniu GOP i jej emanacji w postaci obecnego prezydenta Donalda Trumpa i jego doradcy Elona Muska, nie ma nic zachowawczego. Więcej – multimiliarder i właściciel Tesli otwarcie mówi o konieczności wprowadzania rewolucyjnych zmian. W tym kontekście konserwatystami stają się… Demokraci. To oni chcą utrzymania starego porządku, dotychczasowych struktur państwa, a przede wszystkim monteskiuszowskiego trójpodziału władzy i utrzymania „checks and balances”.
Na ten paradoks zwraca także uwagę Yuval Noah Harari w swojej najnowszej książce „Nexus. Krótka historia informacji”. Przy okazji opisywania dokonującej się na naszych oczach najgłębszej rewolucji informacyjnej w historii ludzkości i zagrożeń związanych z rozwojem sztucznej inteligencji, autor analizuje także wpływ mediów społecznościowych na wybuch popularności populizmu. Zwraca też uwagę, że tenże populizm – nawet prawicowy – dąży do rewolucyjnych zmian. Staje się więc zaprzeczeniem konserwatyzmu, nawet jeśli zmiany dokonywane są w imię wartości wiązanych z prawicą: wspierania wartości rodzinnych chrześcijańskich, absolutyzmu moralnego i amerykańskiej wyjątkowości.
To nie koniec wielkich zmian. W ostatnich dekadach Republikanom – wcześniej uważanym za ugrupowanie reprezentujące interesy wielkiego kapitału – udało się przejąć głosy pracujących Amerykanów, także sporej części imigrantów i przedstawicieli większości. Mówiąc językiem z epoki słusznie minionej: to oni są partią klasy robotniczej.
Dzisiejsi Demokraci wciąż uparcie próbują przypiąć Republikanom łatkę przedstawicieli bogatej elity. Jednak obiektywnie patrząc, coś się nieodwracalnie zmieniło. Jeszcze w trakcie kampanii JD Vance, wówczas jeszcze kandydat na wiceprezydenta, argumentował, że Partia Demokratyczna jest teraz partią Wall Street. Nie był to wyłącznie wyborczy slogan. Dzisiaj Demokraci i Republikanie nie tylko zamienili się miejscami, jeśli chodzi o dominującą większość na całych obszarach kraju, ale także elektorat: to Demokraci reprezentują elity, a Republikanie są populistami.
Przykłady? Demokraci od dawna dominują w mainstreamowych mediach. Nikogo nie dziwi, że kampusy uniwersyteckie są demokratycznymi ostojami. Osoby o poglądach demokratycznych, czy raczej kulturowo liberalnych dominują również w rozrywce, sporcie i sztuce. To samo dotyczy nauki. Nawet bogaci przesunęli się bardziej na lewo i wspierają finansowo lewicę oraz Demokratów. W przypadku niektórych (patrz George Soros) poparcie wykracza daleko poza przeciętność. Z drugiej strony, to Trump jest populistą i skutecznie sprzedaje swój wizerunek reprezentanta zwykłych ludzi.
Ameryka nadal ma swój system dwupartyjny. I nadal ma te same dwie dominujące partie, które miała przez ponad półtora wieku. Problem w tym, że mamy do czynienia z procesami, które trudno opisać odwołując się do starych pojęć. I dlatego brakuje mi tradycyjnego konserwatywnego republikanizmu. A także lewicowych Demokratów, którzy nie muszą bronić fundamentów Republiki.
Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.