W Chicago dorośli do szkoły

fot.pixabay.com

fot.pixabay.com

Wiele lat po ostatnim szkolnym dzwonku czy uniwersyteckiej sesji wracają do szkoły. Coraz więcej dorosłych Polaków decyduje się na rozpoczęcie amerykańskich studiów wyższych. Walczą z własnymi ograniczeniami, brakiem czasu i nadmiarem obowiązków. Także ze stereotypem niewykształconego imigranta.

Próbuję umówić się na rozmowę z Katarzyną Szyrner. – Zadzwonię do ciebie, jak tylko skończę pisać to streszczenie, za jakieś pół godziny – mówi. Streszczenie artykułu to zadanie domowe, z którym Kasia musi zdążyć na odbywające się w tym dniu zajęcia.

– Ta decyzja narastała we mnie od kilku lat. Aż przyszedł taki moment, że poczułam, że jestem zmęczona tym, czym się zajmuję, że jeżeli teraz nie podejmę decyzji o zmianie i nie zacznę wprowadzać jej w życie – za rok czy pięć lat będę tkwić w tym samym miejscu. Jestem zmęczona sprzątaniem domów, kiedyś pracą na budowie z mężem stolarzem, opieką nad osobami starszymi. Od dawna chciałam iść do szkoły, ale nigdy nie było właściwego momentu: rodzina, firma, dzieci i ciągły brak czasu. Cały czas powtarzałam sobie, że może w przyszłym roku, tylko że w ten sposób minęło 18 lat.

Katarzyna Szyrner  fot.arch. pryw.

Katarzyna Szyrner fot.arch. pryw.

Kasia jeszcze w Polsce skończyła rok policealnego studium terapii zajęciowej. Po roku nauki emigrowała do Stanów. Od miesiąca jest studentką college’u powiatu Lake.

– Dopiero zaczynam, ale jestem zadowolona, że się w końcu przemogłam. Mam 36 lat, moim marzeniem jest tytuł bakałarza (ang. bachelor), choć nie wiem jeszcze w jakim kierunku, może grafika komputerowa, może wystrój wnętrz. Na razie koncentruję się na najbliższym zadaniu: kolejne zajęcia, kolejne zadanie domowe, nadchodzący egzamin. Nie myślę o tym, że jak skończę, będę po czterdziestce. Już jestem najstarsza w klasie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, jest nawet zabawnie. Ale w college’u jest więcej dorosłych, często starszych ode mnie, przekwalifikowują się albo zgłaszają z polecenia pracodawców.

Kiedy Kasi przychodzi na myśl, że jest trudno, przypomina sobie lata harówy na sprzątaniu i na budowach. Druga motywacja to dzieci – Kasia ma dwóch synów, starszy niechętnie siada do lekcji, wciąż trzeba go pilnować. – Zmuszanie nie działa, a badania wykazują, że dzieci rodziców, którzy ukończyli studia, częściej same studiują i mają motywację do nauki, uczyłam się o tym niedawno – mówi moja rozmówczyni. – Chcę być dla moich chłopców takim przykładem. Ale przede wszystkim robię to dla siebie. Chcę mieć pracę, w której ludzie mnie szanują, mam już dość takich, gdzie codziennie czuję, jak giną mi szare komórki.

Rozwój nie ma być łatwy

– Jestem zachwycona, choć to dopiero miesiąc – mówi Ewa Jasińska, która właśnie rozpoczęła naukę w Oakton Community College. Do Stanów przyleciała w 2002 roku, po dwóch latach przerywając studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Stalowej Woli. W Stanach zaczęła od pracy w barze, opiekowała się dziećmi, w końcu została administratorem w bardzo zamożnym domu na przedmieściach. Ale to wciąż nie było to. Zrobiła 6-miesięczny kurs kosmetyczny. Rozczarowaniem okazało się wynagrodzenie; z pracy kosmetyczki ciężko się utrzymać. Zrozumiała, że stoi w miejscu, a trzyma ją tam brak wykształcenia. Ewa nie zdecydowała jeszcze, jaki kierunek wybierze, ale jest przekonana, że w ciągu dwóch lat kursów podstawowych (ang. general education) podejmie właściwą decyzję.

Kiedy mówi o szkole, ożywia się, w jej głosie słychać determinację: – Wiem, że poszłam na studia, żeby się czegoś nauczyć, nie tak jak w Polsce, żeby zaliczyć i mieć z głowy. W wieku 34 lat zrozumiałam nagle, że moje dotychczasowe opinie były często niczym niepoparte. Czuję, że otwierają mi się oczy na świat, jest tyle ciekawych zagadnień, zjawisk i badań, nie spodziewałam się, że aż tyle.

Pytana o motywację odpowiada bez zastanowienia: – Rozwój. Nie chodzę do szkoły za karę. Przez lata nigdy nie myślałam, że zdecyduję się na amerykańskie studia, myślałam „inni mogą, ja nie”. Okazało się, że przeszkodą było moje myślenie.

Piotr i Ewa Jasińscy  fot.arch. pryw.

Piotr i Ewa Jasińscy fot.arch. pryw.

Choć Ewa przyznaje, że bywa trudno. Ma problemy z koncentracją, wejściem w rutynę, systematycznością. Rozumie, że będzie musiała w naukę włożyć więcej pracy, niż osoba świeżo po liceum. Głowa nie chce się podporządkować chęciom. – Ale najważniejsze, że chęci są. Ostatnio wykładowczyni powiedziała, że nauka w dojrzałym wieku działa na mózg jak siłownia na ciało. Wystarczy ćwiczyć, efekty przyjdą.

Tylko nieco połowa studentów, którzy ukończyli 40 lat kontynuuje edukację po uzyskaniu najniższego tytułu – licencjata

Do nauki Ewę motywuje Piotr Jasiński – mąż, który zachęcony przez żonę również zapisał się do college’u. Na początek, żeby podszlifować angielski. Na zajęcia chodzi trzy razy w tygodniu. – Rozmawiałem ostatnio z kolegą z klasy, Irakijczykiem, który przyleciał do Stanów dwa miesiące temu. Zapytał mnie, jak długo ja tu jestem, odpowiedziałem, że 12 lat. Popatrzył na mnie zdziwiony i spytał: „I przez 12 lat nie nauczyłeś się angielskiego?”.

Piotr pracuje jako instalator blatów granitowych, jest w tym dobry, nieźle zarabia. Jego marzeniem jest mieć własną fabrykę blatów, ale ze słabym angielskim nie ma szans. Dlatego poszedł do szkoły podciągnąć język, i jeszcze żeby nauczyć się księgowości, prowadzenia biznesu, negocjacji. Także ze strachu przed starością. – Widzę wokół siebie ludzi, którzy maja po 60 i więcej lat i pracują fizycznie, końcówkami sił. Jestem jeszcze młody i silny, mam 34 lata, ale za 15–20 lat? Co mnie czeka? Wieczorne sprzątanie sklepów?

Agnieszka Samul fot.arch. pryw.

Agnieszka Samul fot.arch. pryw.

40 lat nauki

– Ciężko powiedzieć, że wróciłam do szkoły, bo od pierwszej klasy podstawówki, czyli od 40 lat, z niej nie wyszłam – śmieje się Agnieszka Samul, psycholożka i psychoterapeutka, w Stanach od roku i dwóch miesięcy. W Polsce skończyła Uniwersytet Warszawski, Akademię Ekonomiczną i AWF, zdobyła kilka psychologicznych specjalizacji. Po przyjeździe do Stanów od razu zapisała się na kurs angielskiego, to jej trzeci semestr w Harper College. Na razie tylko angielski, bo większość przedmiotów wymaganych do zdobycia psychologicznej licencji w USA ma już zaliczone z Polski. Jej sąsiadki – Polki, często młodsze od Agnieszki o 10 lat, mieszkają w Stanach od wielu lat, a niektóre prawie nie mówią po angielsku. Agnieszka namawia je, żeby poszły do szkoły, ale nie idą.

– Może mają inne aspiracje niż ja. Wiadomo, że człowiek, który się uczy, inwestuje w siebie. To wymaga wysiłku, dyscypliny i cierpliwości. I jest to inwestycja długofalowa, profity nadejdą po kilku latach. W Chicago obserwuję fascynujące, choć smutne zjawisko. Wielu mieszkających tu Polaków nie chce czekać, pragnie zrealizować swoje marzenia natychmiast, tu i teraz. Zamiast postawić na rozwój, rzucają się w konsumpcję, posiadanie przedmiotów, inwestują w dzieci. Ale często są podszyci lękiem o przyszłość i utknięci w swoich pracach i niespełnionych aspiracjach. W miejscu trzymają ich fałszywe przekonania: jestem za stary, nie mam czasu na naukę, muszę zadbać o dzieci, a nie o siebie.

Agnieszka głęboko wierzy w wykształcenie, które daje jej poczucie bezpieczeństwa. Wie, że z odpowiednimi kwalifikacjami da sobie radę i może na sobie polegać, nie musi być od nikogo zależna ani znosić fochów szefa. Dla profesjonalistów pracy jest wystarczająco dużo, można stawiać warunki i wciąż doszkalać się. Przestać chodzić do szkoły Agnieszka Samul nie zamierza nigdy.

Większość bez dyplomu

Badacze z organizacji National Student Clearinghouse Research Center oceniają, że ok. 40. proc. osób podejmujących studia wyższe na amerykańskich uczelniach to tzw., studenci „nietradycyjni”, czyli osoby, które ukończyły 25 rok życia i często po raz kolejny rozpoczynają naukę. Mimo że amerykański system edukacyjny jest skonstruowany tak, by pomóc w uzyskaniu upragnionego dyplomu, tylko nieco połowa studentów, którzy ukończyli 40 lat kontynuuje edukację po uzyskaniu najniższego tytułu – licencjata. Uniwersytety z dyplomem bakałarza kończy zaledwie jedna trzecia dorosłych studentów, aż o 27 proc. mniej niż studentów „tradycyjnych”, którzy rozpoczęli studia wyższe bezpośrednio po ukończeniu szkoły średniej. Dłużej też trwa u nich zdobycie wykształcenia, aż dwie trzecie „nietradycyjnych” może pozwolić sobie jedynie na naukę wieczorową. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Dorośli studenci najczęściej pracują na pełen etat i mają rodziny na utrzymaniu. Nauka kosztuje, studenci, którzy nie mogą liczyć na finansową pomoc rodziców, płacą za studia z własnej kieszeni lub zadłużają się, często na znaczne sumy. Nieustanny konflikt pomiędzy zobowiązaniami zawodowymi, rodzinnymi a obowiązkami na uczelni oraz problemy natury ekonomicznej powodują, że po początkowym okresie euforii, ograniczają zakres czasowy nauki, a często porzucają ją na dobre.

Statystyki są bezlitosne, ale Kasia, Ewa i Piotr są dobrej myśli. Przecież udało im się zadanie najtrudniejsze – pokonali własną niemoc i po latach podjęli decyzję o zmianie.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

66 proc. dorosłych studentów podejmuje naukę na uczelniach publicznych w niepełnym wymiarze (ang. part time)

34 proc. dorosłych studentów kończy studia wyższe z tytułem bakałarza

6–8 lat – to średni okres ukończenia studiów przez „nietradycyjnych” studentów

38 proc. dorosłych studentów przerywa naukę w trakcie pierwszego roku studiów

Na podst. National Student Clearinghouse Research Center

Categories: Społeczeństwo

Comments

  1. Paweł
    Paweł 12 września, 2016, 14:54

    Kasia, trzymam za Ciebie mocno kciuki! 🙂

    Reply this comment
  2. zza kałuży
    zza kałuży 13 września, 2016, 20:08

    Tak trzymać! Bardzo pozytywny artykuł.
    Jakaż to odtrutka od tego dławiącego, pisrydzykowego zaduchu dobywającego się spod włazu do polonijnego getta, np. z fal rozgłośni 1490kHz.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*