Podróże w genach płynące

Andrzej Sochacki, realizując swoje marzenia, spędził w podróży 20 lat fot.Ewa Malcher

Mieszkający w Arizonie Andrzej Sochacki zrealizował dziewięć podróży dookoła świata. Samochodem, pociągiem, samolotem, motocyklem i jachtem pokonał 350 tys. kilometrów, zwiedził ponad 160 krajów. Łącznie zajęło mu to ponad 20 lat, ale jak zapewnia, dzięki podróżom poczuł się mądrzejszy, młodszy, zdrowszy, silniejszy i weselszy.

Nie każdy ma takie szczęście urodzić się podróżnikiem. Jego dziadek był kupcem. W latach międzywojennych odbył podróż dookoła świata, którą później opisał w swoich książkach. To, co on przekazał w genach jego matce, ona przekazała mu. Jest przekonany o tym, że podróże płyną sobie gdzieś w jego genach.

Był niesfornym dzieckiem. Mama, chcąc mieć święty spokój, wysyłała go do rodziny, na obozy, kolonie. Jak wspomina po latach, była to pierwsza zaprawa przed przyszłościowymi eskapadami. Gdy dorastał, na rodzinnym Targówku rządziło prawo pięści. By nie odstawać od innych, trenował boks i zapasy. To pozwoliło nabrać mu pewności siebie, która nie opuszcza go do dzisiaj, a kiedyś pozwalała mu w podróżach dookoła świata przetrwać wiele trudnych, niekiedy nawet niebezpiecznych momentów.

Sposób na życie

O tym, co tu zrobić, by stać się podróżnikiem, zaczął myśleć w wieku 13 lat. Wtedy przy ognisku słuchał opowiadań i wrażeń podróżnika, który objechał Polskę. Od tego czasu starał się swoje życie układać pod kątem przyszłych podróży.

Rozpoczął studia mechanizacji rolnictwa, bo uważał, że świat jest ogrodem botaniczno-zoologicznym. Ta szkoła była jego przewodnikiem życiowym. Wędrował od wioski do wioski. Później objechał samotnie „demoludy”, by po zakończeniu studiów pracować jako mechanik w dziewięciu krajach.

Wtedy zrozumiał, że podróże będą jego sposobem na życie, a właściwie jego życiem. Pieniądze nie miały dla niego większego znaczenia i nigdy nie były źródłem zadowolenia. Zadowalało go życie, a najbardziej wolność. To ona wygnała go z Polski.

Wyjechał na wymianę do USA, gdzie uczył rysunku technicznego. Wtedy załatwił sobie zaproszenie i przyjechał ponownie, pracując tym razem jako projektant. Chodziło mu o to, by trochę popracować, zarobić i ruszyć w świat.

Pierwszą podróż dookoła globu chciał zrealizować Fiatem 125p i miała to być promocją tego samochodu na świecie. Jednak konsul nie tylko nie dał pozwolenia na transport auta, również nie przedłużył ważności paszportu i kazał wracać do Polski. Nie posłuchał. W 1977 roku kupił w Nowym Jorku czteroletniego Volkswagena „garbusa” i wyruszył, by przez dwa lata zbierać doświadczenie i sprawdzić, czy rzeczywiście podróże są jego powołaniem.

Otrzymał od ówczesnego prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Alojzego Mazewskiego zgodę na to, by mógł siebie określać mianem reprezentanta Polonii. Przejechał 50 krajów, w każdym z nich spotykał Polonusów. Doświadczał od nich wiele serdeczności, przyjaźni, ciepłych słów. Odwdzięczał się prelekcjami o Polsce, pokazywał im slajdy, zdjęcia, opowiadał o miejscach, w których mieszkali i które musieli opuścić.

Optymizm i niebezpieczne chwile

Wtedy też spotkał w Brazylii doświadczonego podróżnika amerykańskiego, od którego dowiedział się, że najważniejszy w podróży jest start. Po drugiej podróży już sam przekonał się, jak ważny jest optymizm. Twierdzi, że optymista jak wystartuje, to dojdzie do celu. Pesymista natomiast jak napotka na swojej drodze coś, czego nie przewidział i co jest dla niego trudne, bądź niebezpieczne, zostawia auto, motocykl, jacht, wsiada do samolotu i wraca do domu.

A przecież samotny podróżnik nieustannie narażony jest na sytuacje, które dyktuje moment i na niebezpieczeństwa, niekiedy nawet mogące być kresem życia.

W Afganistanie strzelali do niego. Przeżył wtedy strach, jakiego nigdy wcześniej, ani później nie doznał. Na Fidżi spadł w dziesięciometrową przepaść, po tym, jak kierowca zajechał mi drogę, ale na szczęście nie dachował i cało z tej przypadłości wyszedł. Treningi boksu i zapasów przydały się jak nigdy, kiedy w Panamie został napadnięty przez grupę lokalnych bandziorów. Podczas podróży jachtem na Pacyfiku wpadł w oko cyklony, który położył łódkę i jedyne, co mógł wtedy zrobić, to szykować się do ostatniej podróży do nieba. W pewnym momencie grot, który trzyma żagiel, pękł, a linka go podtrzymująca zraniła mu twarz. Myślał, że stracił oko, ale na szczęście skończyło się na strachu. Oko zostało uratowane, jacht postawiony do pionu, a anioł stróż, który jak sam twierdzi, jest jedynym jego kompanem w podróży, po raz kolejny udowodnił, że czuwał i go nie zawiódł.

Największym wyzwaniem była podróż Harleyem, którą pokonał bez lęku i która utwierdziła go w twardości oraz w przekonaniu, że nie ma nic piękniejszego, od zdobywania świata właśnie tym środkiem lokomocji. Trasa prowadziła m.in. przez Chicago, gdzie spotkał się z członkami Unii Polskich Motocyklistów Świata „Orzeł Biały”. Zasilił ich szeregi i od tamtej pory nie rozstaje się z emblematami klubu, promując go we wszystkich zakątkach globu.

Ostatnią swoją podróż dookoła świata ukończył w ubiegłym roku. Trwała ona 11 lat, podczas których przejechał wszystkie kontynenty ich obrzeżami. Podróż po ostatnim z kontynentów – Azji – zakończył w wiosce Polonezkoy na zachodzie Turcji, założonej przez księcia Adama Czartoryskiego 176 lat temu. Do tej pory mieszka tam kilkadziesiąt polskich rodzin.

Na samochodzie, którym podróżował były naklejki informujące o 100-leciu niepodległości Polski, 70-leciu zabójstwa Witolda Pileckiego. Jak przyznaje, trzyma znaki AK dlatego, że żona rotmistrza była jego ciocią w ognisku Dzieci Ulicy, a jego dzieci Zofia i Andrzej, do dziś są jego przyjaciółmi.

Zrealizowane marzenia

20 lat w podróży bez wypadku i choroby sprawia, że czuje się szczęśliwy i spełniony, a na pytanie, co by zrobił, gdyby miał okazję drugi raz się urodzić, odpowiada, że zrobiłby wszystko tak samo, tylko szybciej, bo gdy zaczynał swoją podróżniczą przygodę, nie wiedział, że życie tak szybko mija i ucieka.

Zrealizował swoje marzenia, wykonał to, co zaplanował. Przejechał wszystko to, co można było przejechać, Pozostała tylko Antarktyda, ale to zostawia młodszym. Teraz pora na to, by to wszystko opisać i w tej formie zostawić po sobie ślad. Chciałby także prezentować swoje podróże, dzielić się wrażeniami ze słuchaczami, telewidzami, czytelnikami. Już teraz ma propozycje, by w Chicago robić prolekcje w polonijnych szkołach. Dać swoją osobą przykład, że można inaczej żyć. Rozpocznie od prolekcji „Dookoła Afryki” w Art Gellery Kafe, która odbędzie się we wrześniu, i na którą już teraz zaprasza.

Dariusz Cisowski

Categories: Polonia

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*