Lena spod szczęśliwej gwiazdy

Lena spod szczęśliwej gwiazdy

Kiedy była nastolatką, marzyła o tym, żeby wyjechać do Ameryki i poślubić jednego z zawodników NBA. Słuchała wówczas wyłącznie Led Zeppelin, Metalliki, Michaela Jacksona i The Beatles – płyt, które przywoził z USA jej ojciec, perkusista Budki Suflera, Tomasz Zeliszewski. Na Szostakowicza przerzuciła się po dwudziestce. Dziś niezwykle utalentowana skrzypaczka, Lena Zeliszewska, nadal słucha muzyki rockowej, co nie przeszkadza jej w robieniu doktoratu na prestiżowym Northwestern University i zachwycaniu się Mozartem.

Kiedy pytam, dlaczego skrzypce, a nie perkusja – śmieje się i zapewnia, że nawet nie zdarzyło się jej trzymać pałek perkusyjnych. A o tym, że skrzypce – zadecydował zwykły przypadek.

Kiedy miała 7 lat, zaintrygowała ją na ulicy dziewczynka ze skrzypcami. Dlaczego więc zamiast do zwykłej podstawowej nie miałaby pójść do szkoły muzycznej? – W szkole stwierdzono, że na pianino mam za małe dłonie, a wiolonczela będzie niewygodna w codziennym noszeniu do szkoły; wybór padł więc na skrzypce – opowiada 32-letnia dziś Lena i twierdzi, że jej dzieciństwo wcale nie upływało na ciągłych ćwiczeniach i braku kontaktu z rówieśnikami. – Nie byłam typem ćwiczeniowca. Miałam naprawdę szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo – wspomina.

Wielokrotnie podkreśla, że rodzice nigdy nie wywierali na nią żadnego nacisku, pozostawiając wolność wyboru zainteresowań i pasji. – Pamiętam taką rozmowę wychowawczą, miałam wówczas może 11–12 lat, rodzice powiedzieli mi wówczas, że jeśli chcę związać swoją przyszłość z muzyką, wymaga to planu działania i systematycznego ćwiczenia, do którego przecież nie będą mnie zmuszać przez resztę życia. Bardzo jestem im wdzięczna za tę ich mądrość, bo dzięki temu teraz mogę tak bardzo kochać to, co robię.

Lena z uśmiechem przyznaje, że jak na muzyka klasycznego późno zaczęła identyfikować się z tym rodzajem muzyki. – Jako nastolatka rzeczywiście miałam okres fascynacji NBA, Chicago Bulls z czasów Michaela Jordana i rockiem – tylko rock pozostał ze mną dłużej. Jeszcze w wieku dwudziestu paru lat na temat symfonii Beethovena niewiele miałam do powiedzenia, ale godzinami mogłam dyskutować na przykład o muzyce Petera Gabriela czy Van Halen. Nadal zresztą słucham rocka, jakieś dwa lata temu przyjaciel podsunął mi grupę Rush, którą uwielbiam. Dziś jednak mam także dużą wiedzę o Beethovenie – śmieje się młoda skrzypaczka.

Lena Zeliszewska, rocznik 1982. Grę na skrzypcach rozpoczęła w wieku 7 lat. Studia magisterskie w klasie prof. Marcina Baranowskiego ukończyła w 2006 r. w Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu. Naukę kontynuowała na studiach podyplomowych u prof. Ericha Gruenberga w Royal Academy of Music w Londonie. Studia z wyróżnieniem ukończyła w 2008 r. i rozpoczęła pracę zawodową jako muzyk doangażowany w Royal Philharmonic Orchestra, Bournemouth Symphony Orchestra, Philharmonia Orchestra oraz jako członkini Verbier Festival Orchestra. Od 2010 r. jest członkinią City of Birmingham Symphony Orchestra i Birmingham Contemporary Music Group. Obecnie na prestiżowym Northwestern University w Evanston k. Chicago odbywa studia doktoranckie w klasie prof. Gerardo Ribeiro. W nagrodę za zwycięstwo w NU Concerto Competition w listopadzie 2014 r. wraz z Northwestern University Symphony Orchestra pod dyrekcją Victora Yampolskyego wystąpiła, jako solistka, w I Koncercie skrzypcowym Karola Szymanowskiego, otrzymując stojące owacje.

Wracamy w rozmowie do rodzinnego domu, do popularności ojca… Lena stanowczo podkreśla, że miała normalne dzieciństwo, że nigdy nie czuła się dzieckiem celebryty, o co zresztą bardzo dbali jej rodzice. Jedyny raz, kiedy spotkali się wspólnie z ojcem na scenie, związany był z produkcją teledysku Budki Suflera; Lena od razu dodaje, że zaprosiła do udziału swoich kolegów ze szkoły muzycznej, ponieważ potrzebnych było kilka różnych instrumentów. – Mój tata jest perfekcjonistą, ogromnie profesjonalną osobą, ale on ma swoją drogę, ja swoją – mówi Lena i jeszcze wiele razy w czasie naszej rozmowy ciepło przywołuje dom rodzinny. Odmawia włączenia w tekst publikacji zdjęcia z rodzicami, chcą w ten sposób uchronić prywatność najbliższych.

Pytana, na ile nazwisko pomogło jej w karierze, przyznaje, że wiele osób chciałoby tak postrzegać jej drogę zawodową. Ale niemal od początku świadomych wyborów – przecięła pępowinę z ojcem. Na przykład to, że nie wyjechała po zakończeniu średniej szkoły na muzyczne studia do USA, ale uczyła się w Poznaniu, było jej samodzielną decyzją, z którą rodzice nie mieli wiele wspólnego. I jak przyznaje – emigrując z Polski w wieku 24 lat – była już ukształtowanym muzykiem i człowiekiem nasiąkniętym kulturą kraju, który opuszczała, by kontynuować naukę w Royal Academy of Music w Londynie, a ostatecznie znaleźć zatrudnienie w City of Birmingham Symphony Orchestra.

Lena na dwa lata zawiesiła pracę w brytyjskim Birmingham i zdecydowała się na studia doktoranckie w USA. Przyznaje, ze intensywność tego programu była dla niej zaskoczeniem i wyzwaniem. Przygląda się Ameryce zarówno przez pryzmat swojej muzycznej wrażliwości, jak i silnego związku z Polską. Nie wszystko jej się tu podoba. – Ta obsesja sukcesu, zarabiania pieniędzy, posiadania. Ludzie pracują tu do granic absurdu… Czasem mam też wrażenie, że Amerykanie podchodzą do muzyki zbyt analityczne, można mieć poczucie, że jest się w laboratorium. A tu po prostu trzeba grać. Z drugiej jednak strony ta ich niezwykła determinacja i ambicja uczy ich już w bardzo młodym wieku niezależności i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Anglicy nie mają takiej mentalności. W tym sensie uczę się tutaj bardzo dużo, nie tylko pod względem akademickim, ale przede wszystkim życiowym.

Długo rozmawiamy o emigracji, o powrotach. O tych ostatnich, w kilku kontekstach. Ten docelowy – to zawsze dom rodzinny, gdzie Lena stara się – bez względu na to, gdzie aktualnie jest na świecie – zawsze dotrzeć na święta. Tak będzie i w tym roku; najpierw poleci do Birmingham, gdzie zostanie przez tydzień, grając ze swoją orkiestrą („akurat załapię się z nimi na dwudniowy wylot z koncertami do Abu Dhabi”), a później z Wielkiej Brytanii leci już na podlubelskie lotnisko w Świdniku, by zasiąść do Wigilii z rodzicami i siostrą.

Przyznaje, że nie jest łatwo żyć poza krajem, ale właśnie emigracja dała jej poczucie głębokiego przywiązania do korzeni, nauczyła także tolerancji, otwartości na inność, adaptacji. – Poza tym muzyka jest tym ponadnarodowym językiem emocji. Czasem patrzę na orkiestrę, w której mamy bardzo duży przekrój narodowości i myślę, że to nie ma najmniejszego znaczenia, jakim językiem mówią ci ludzie, w co wierzą, z jakiej pochodzą kultury; ważne, jakimi są muzykami. A ponad tym wszystkim jest język emocji muzycznej, w którym wszyscy się porozumiewamy.

Zawsze widziała się w orkiestrze i tu się całkowicie spełnia. Muzyka jest jej całym życiem. Prawie… – Bardzo lubię chodzić na siłownię. W Birmingham byłam tam niemal codziennie i zafascynował mnie kickboxing. Tutaj nie mam czasu na taką aktywność, ale po powrocie – od razu wracam do moich pozamuzycznych pasji.

Lena emanuje optymizmem, dobrą energią, ale i dojrzałością. Jest nie tylko ukształtowanym muzykiem, ale i osobą, która umie dzielić się z młodszymi kolegami mądrością, także tą zawodową. Uważa się za osobę spełnioną i szczęśliwą. – Prawdziwym szczęściem jest robienie tego, co się kocha. A ja to właśnie robię i nie nazywam tego pracą, tylko miłością. Ale bez wsparcia bliskich, moich rodziców, nie byłoby to możliwe.

I na koniec: w tym, że muzyka jest zaborcza nie upatruje jej złych stron. – Mówiąc szczerze, jeśli tak bardzo kochasz to, co robisz, rzeczywiście nie pozostaje wiele miejsca na nic innego. Po zejściu ze sceny, na której zostawiasz tyle emocji, wracasz do domu i marzysz tylko o kubku gorącej herbaty. Ale to daje mi spełnienie.

Małgorzata Błaszczuk

Zdjęcia:  Piotr Jezioro

  • 1
  • 2
  • 3

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*