Z dala od realiów

Ameryka od środka

Były gubernator stanu New Hampshire i obecny doradca Mitta Romneya, John Sununu, rozstał się ostatnio z rozsądkiem i rzeczywistością, stwierdzając, że prezydent Barack Obama tak naprawdę nie jest “jednym z nas”, bo wychowywał się najpierw na Hawajach, gdzieś “coś tam palił”, a potem w Indonezji. Zaraz potem dodał, że chciałby, by prezydent kiedyś nauczył się, jak być Amerykaninem. W domyśle jest to oczywiście nawiązanie do dawna powtarzanych przez różnych oszołomów tez o tym, że Obama w ogóle nie urodził się w USA i jest skrytym muzułmaninem, marzącym o stworzeniu w Ameryce kalifatu. Jeszcze głębiej drzemie w tym komentarzu rasizm, który skłania skrajną prawicę do głoszenia szokujących czasami bzdur o obecnym lokatorze Białego Domu.

 

Słowa Sununu byłyby być może bardziej zrozumiałą częścią kampanii propagandowej przeciw Obamie, gdyby ten ostatni nie był przez ostatnie trzy lata prezydentem i gdyby właśnie ubiegał się po raz pierwszy o prezydenturę. Jednak tak nie jest – wszyscy doskonale dziś wiedzą, kim jest Obama, jakie ma poglądy i co zrobił lub zamierza zrobić. Można się oczywiście z tym nie zgadzać, ale twierdzenie, iż jest on kimś, kto właśnie wylądował z Marsa w Waszyngtonie i nie ma pojęcia o Ameryce jest po prostu idiotyczne. Jeśli zaś chodzi o “bycie Amerykaninem”, pan Sununu zdaje się przez swój komentarz sugerować, że na miano prawdziwego obywatela kraju zasługuje wyłącznie Romney.

 

Jest to co najmniej dziwne, jako że 99% obywateli USA nie wyznaje mormonizmu, nie posiada kont w bankach szwajcarskich i nie ukrywa jakichś dziwnych inwestycji na atrakcyjnych wyspach karaibskich. Taka sama większość Amerykanów nie ma też majątku o wartości kilkuset milionów dolarów. Mitt Romney ma oczywiście prawo być bogatym o ile tylko swoje pieniądze zarobił legalnie. Nie zmienia to faktu, że nie jest on zbyt dobrym przykładem “jednego z nas”, czyli przeciętniaka, który jest obdarzony głębokim zrozumieniem tego, z jakimi problemami mają do czynienia na co dzień zwykli wyborcy. Zresztą wielokrotnie wygłaszał już niefortunne komentarze, z których wynika dość jednoznacznie, że jego codzienne realia nie mają nic wspólnego z twardą amerykańską rzeczywistością i zapewne nigdy nie będą już miały.

 

Obecna kampania wyborcza z wolna staje się jedną wielką pyskówką, usianą personalnymi pomówieniami. Wydaje się wręcz czasami, że kraj nie stoi przed licznymi ważnymi problemami, a najważniejszą kwestią jest zrozumienie Ameryki przez obu kandydatów. Całe szczęście, że ja sam nie kandyduję, bo też mam problemy ze zrozumieniem Ameryki. Nie rozumiem na przykład, jak to jest możliwe, że człowiek, który rządzi krajem przez prawie cztery lata, nadal jest tu i ówdzie postrzegany jako niebezpieczny intruz, który zakradł się do Białego Domu w wyniku jakiegoś niezwykle przebiegłego spisku, który został uknuty przed 5 dekadami na Hawajach. Pan Rush Limbaugh miał przyjemność stwierdzić ostatnio, iż teraz “wiadomo już bez żadnych wątpliwości, iż Obama nienawidzi Ameryki”. Natomiast posłanka Michele Bachmann uważa, że rząd federalny został “poważnie zinfiltrowany” przez skrajnych islamistów z Bractwa Muzułmańskiego.

 

No i wszystko jasne. Amerykę kochają wszak wyłącznie ci, którzy z realiami pożegnali się już dawno temu, a teraz oddają się wyłącznie totalnej, ekstremistycznej głupocie. Reszta, czyli my, to zdrajcy, socjaliści oraz muzułmańskie wtyki. Z grobu senatora Josepha McCarthy’ego słychać ostatnio zacieranie rąk…

Andrzej Heyduk

Categories: Felietony

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*