REKLAMA

REKLAMA

0,00 USD

Brak produktów w koszyku.

Ogłoszenia(773) 763-3343

Automania

-

Amerykanie kochają samochody. Posiadanie auta w krajach biednych to rodzaj nobilitacji, w Stanach to życiowa konieczność. Samochód od ponad pół wieku stał się niemalże członkiem rodziny.

 

REKLAMA

Motoryzacja zmieniła oblicze Ameryki, szczególnie w dużych miastach. Przesiadka z konia na kolej, a z kolei na samochód zmieniła styl życa i bycia Amerykanów. Społeczeństwo stało się bardziej mobilne, niezależne i przesadnie otyłe. Nawet podróż z domu do najbliższego sklepu odbywa się wygodnie w ogromnym samochodzie, o mocy setek koni mechanicznych. W Stanach wciąż żywy jest mit mustanga i kowboja z Dzikiego Zachodu, ale konia można oglądać tylko na paradach, szołach i w stadninach hodowlanych. Szybki rozwój komunikacji zmienił niemal wszystko, rodzaj zatrudnienia, sposób komunikowania się, robienia zakupów, nawiązywania przyjaźni, relacji rodzinnych.

 

„Powiedz mi jakim samochodem jeździsz, a powiem ci kim jesteś”, taką moc miało dawniej posiadanie luksusowego samochodu. Jeśli zobaczysz stuletnią damę pędzącą zielonym Bugatti, pomyślisz zapewne, że to aktorka, śpiewaczka operowa, względnie business lady. Niedawno czytałem wspomnienia Tamary Łempickiej, polskiej malarki, mieszkającej przed II wojną w Paryżu, właśnie owo Bugatti podnosiło jej image, jako sławnej artystki. Dziś wystarczy pojechać do Kalifornii, do Los Angeles, Malibu, czy Santa Monica, by tam ujrzeć zblazowane piękności w wiekowych samochodach, pięknych… acz nie praktycznych. W Chicago też niektórzy uważają, że auto jest wyznacznikiem statusu. Bzdura kompletna. Może tak było 50 lat temu, ale nie dzisiaj. Dziś ten metalowy czworonóg jest tylko środkiem transportu, który traci swoją dawną moc zniewalania kobiet i imponowania sąsiadom. Sto lat temu był jeżdżącą zabawką w rękach bogaczy.

 

Czy Amerykanie szpanują autami? Młodzi ludzie pod każdą szerokością geograficzną marzą o pięknych i drogich samochodach. Czynią to jednak ludzie mniej wykształceni, zapewne by się dowartościować. Dla nich status społeczny, wiąże się z posiadaniem drogiego samochodu i konta w banku. Szpanują szczególnie chłopcy (ponad 16 lat) i młodzi mężczyźni, dla nich szybkie auta sportowe to marzenie. Szesnatolatek otrzymujący prawo jazdy czuje się dorosły, czasem ponosi go fantazja, mknie po szosach niczym rajdowiec. To młodzieńcza burza hormonów „wyzwala” się z hamulców, kiedy młody człowiek siada za kierownicą. Potem, z wiekiem, wszystko się zmienia. . . miłość do auta także. Jednak wielu seniorom pozostaje ta skłonność do szybkiej jazdy na zawsze, co nieraz kończy się tragikomicznie, kiedy rozpędzeni wjeżdżają swoimi autami do przydrożnych sklepów.

 

Osobna grupa to zbieracze starych samochodów, którzy poświęcają tym zabawkom setki godzin pracy nad odtworzeniem ich urody. Wielbiciele staroci bezgranicznie zakochani w swych wehikułach, potrafią godzinami leżeć pod autem coś tam grzebiać i majsterkować. Kochają samochód mocniej niż rodzinę. Czy to narmalne? Chyba tak. To swoiste „car-dependency”, to uczulenie na samochód, podobnie jak na alkohol, czy kibicowanie drużynom futbolowym. Zapewne coś tutaj jest z psychologii i magii kultury masowej. Ja nie należę do tej grupy hobbystów. Dla mojej Hondy mam mało czasu i wykonuję tylko podstawowe przeglądy techniczne.

 

Parę dni temu otrzymałem drogą pocztową „fotograficzny mandat” zwany ładnie po angielsku. . . Camera Enforcement Violation. Bezlitosne oko kamery-szpiega wychwyciło mój błąd. Jadąc po Belmont Ave., na zachód skręciłem w prawo, w Harlem Ave., na czerwonych światłach, nie bacząc na znak informujacy, że skręt dozwolony dopiero po 7 pm. Cóż, mea culpa! Pośpiesznie wysłałem 100-dolarowy czek do City of Chicago.

 

Amerykanie kochają amerykańskie samochody. Do dobrego tonu należy przyjeżdżać do pracy samochodem amerykańskiej produkcji. Kadra kierownicza, w dużych amerykańskich firmach, ma niepisany obowiązek kupowania samochodów rodzimej produkcji. Młodzi ludzie w Ameryce kochają szczególnie Forda Mustanga, on budzi emocje, a ryk silnika przyprawia podobno niektórych o dreszcze. Podoba się Volkswagen Passat, ale w Chicago zobaczysz wszystkie modele aut, zarówno te dawne jak i najnowsze. Przyjemnie popatrzeć jak mkną . . . Hondy, Toyoty, Nissany, Dodge, Chryslery, Jeepy, BMW, Chevrolety, Fordy, Ferrari. . . Minęły czasy dominacji amerykańskich marek samochodów. Niemcy i Japonia prześcignęły technologicznie Amerykę. Obecnie obserwujemy niebywale szybki podbój firm koreańskich.

 

Potentaci samochodowi z Detroit przespali pół wieku i dali się przegonić Azjatom. Odzyskanie rynku nie będzie łatwe. W mnogości propozycji jest ogromny potencjał technologiczny, ale fabryki w Detroit nie mają dziś tyle zamówień co dawniej.

 

Niech zatem sznur aut płynie po dróżkach i drogach Ameryki, jedźmy z umiarem, unikajmy wiszenia komuś na masce, to takie europejskie.

 

Jadąc kiedyś do Nowego Jorku podążałem za samochodem, zaintrygowało mnie grafitti: „Do not follow me, I’m lost, too”… nie podążaj za mną, ja też jestem zagubiony.

 

Janusz Kopeć


2013

REKLAMA

2109574206 views

REKLAMA

REKLAMA

2109574438 views

REKLAMA

REKLAMA

2111370829 views

REKLAMA

2109574579 views

REKLAMA

2109574678 views

REKLAMA

2109574786 views