REKLAMA

REKLAMA

Ogłoszenia(773) 763-3343

Listy do redakcji

-

Mieszkam w USA od 28 lat. Wiele razy słyszałam i czytałam o tzw. “tradycyjnym Polskim anty-semityzmie.” Opinie takie nie zgadzają się z tym co znałam z opowiadań mojej rodziny i przyjaciół. Pisałam nawet listy protestujące, m.in. do Newsweek’a, ale nigdy nie otrzymałam żadnego wyjaśnienia, w końcu dałam tej sprawie spokój.

 

REKLAMA

Obecnie, będąc ciężko schorowanym człowiekiem, nie wiedząc ile czasu mi zostało, chciałabym powrócić do tej sprawy i oddać honor mojemu Ojcu i jego odwadze, póki starczy mi życia i sił. Wiem, że było w Polsce wielu ludzi odważnych i uczynnych, jak On. Z pewnością byli też inni ludzie, nie zasługujący na pamięć, ale wierzę, że należeli oni do znacznej mniejszości.

 

Mój ojciec, matka i ciotka niestety, już nie żyją. “Władek” prawdopodobnie równiez nie żyje. To odlegle czasy…Pozostała przy życiu najmłodsza siostra ojca ma 89 lat, jest schorowana i cierpi na demencję. Ten list jest więc jedynym dostępnym mi dokumentem wydarzeń sprzed lat.

 

Będę wdzięczna za zainteresowanie.

 

Z szacunkiem,

 

Dorota Z. Żak

(z d. Wypych)

List od ciotki Zofii Bratkowskiej (z domu Wypych) do mojej matki, Marii Wypych (z domu Widła)

 

Kochana Marysiu! Gliwice, 12.02. 1993

 

Piszesz w sprawie tak bardzo zamierzchłej, która mimo upływu niemal pół wieku utkwiła mi głęboko w pamięci i o której nie da się zapomnieć. Przystępuję więc do kolejnego opisu. Nie pamiętam dokładnie czy to był rok 1943 może wcześniej może pózniej gdy wprowadziłam się do Janka. W tym czasie Janek prowadził jakiś mały sklepik w Krakowie w Podgórzu prawdopodobnie przy ul. Limanowskiego. Do sklepu często przychodził młody ciemny człowiek, wiadomo było że był Żydem. Wyglądał b. biednie sponiewierany, widać było że nie ma gdzie pójść, jest bezdomny, dlatego przesiadywał w sklepie długo, gdzie było spokojnie i mało kupujących. Janek widząc tragedię tego chłopca okazywał mu coraz więcej życzliwości aż w końcu Władek -(tak kazał sie nazywać)– powiedział mu prawdę, że jego domem jest cmentarz w Podgórzu a sypialnią grobowce. Jakże okropnie wstrząsneły Jankiem makabryczne losy tego chłopca. Toteż z miejsca zaproponował Władkowi by spał w sklepie co on z radościa przyjął. Ponieważ w sklepie było trochę towaru więc Władek sam z własnej woli zostawiał Jankowi tak zw. zastaw w formie jakiejś monety złotej czy innej, nie wiem, a rano Janek mu oddawał.

 

Był raczej biedny gdyż skromnie się odżywiał. I tak by trwało długo, gdyby się nie przeziębił, gdyż w nocy bardzo kasłał. Słyszała to dozorczyni i tak zaczęła się obserwacja Janka sklepu i niektórych ludzi. Janek okropnie się bał więc wkrótce musiał zlikwidować sklep. (Nie żałował bo nawet na skromne życie nie zarabiał.) Cóż miał zrobić z Władkiem – więc zabrał go do domu przy ul. Estery 10, gdzie zobaczyłam go po raz pierwszy. Wyglądał okropnie – jak zaszczute zwierzę, czujny, nerwowy i te wielkie przerażone smutne oczy dotąd widzę. Widziałam wdzięczność w jego oczach że rozmawiamy, słuchamy i rozumiemy go. Był dość inteligentny. Spaliśmy wszyscy w jednym pokoju, jak wiesz mieliśmy tylko 1 pokój z kuchnią. On spał na podłodze przy oknie wprost na gołych deskach (nie mieliśmy koców ani nic ciepłego). Spał w ubraniu a często w butach, zawsze gotowy do ucieczki. Widząc to wyciągnęłam z mojego łóżka 1 materac i dałam mu. Nie chciał przyjąć twierdząc że w razie ucieczki nie chce zostawiać śladu.

 

Mieszkaliśmy na 2-gim piętrze a wyżej był strych więc Janek dorobił klucze do niego i zawsze na noc zostawiał drzwi otwarte na strych by w razie wtargnięcia Niemców Władek mógł uciec na strych i ukryć się w przygotowanym schowku. Lecz nie trwało to długo gdyż znów nasza dozorczyni wyniuchała to wszystko i zagroziła Jankowi ze nie chce ginąć w Oświęcimiu. Janek coś tam kręcił, że to kuzyn, który już wyjeżdża i tak trwało tydzień może dłużej. Pech chciał, że wrócił “okresowy” sublokator Janka, który pracował w “Miltropie” jako mistrz kucharski, to jest w niemieckich pociągach zachód – wschód i vice versa. Nawiasem mówiąc często dzięki naszym partyzantom wylatywały [te] pociągi w powietrze. Nazywał się Lubomirski czy Lubowiecki, niby z hrabiowskiej dynastii, tak się przedstawiał. Może nie był złym człowiekiem lecz kompletnie zapijaczonym i mocno zwichniętym psychicznie. Pracował 2-3 tygodnie, a tydzień przebywał w domu i spał w kuchni i przez cały czas był zalany. Miał pasje wróżenia. Kilkakrotnie widział Władka i pewnego dnia kiedy już nie miał pieniędzy na wódke, podczas naszej nieobecności zaczął wołać do niego “ja ci powróżę, daj mi pieniądze, ty jesteś Żydem” i tak coraz głośniej krzyczał. Ten [Władek] przerażony wyskoczył przez kuchenne okno na dach przybudówki piętro niżej i stamtąd na ulicę. Miał szczęście że nic się jemu nie stało. Po powrocie Janka ten [Lubomirski] z całą satysfakcją (idiota) opowiedział całą historię ucieczki Władka. Janek bardzo się zdenerwował i wyrzucił go. Lecz cóż – nadeszła noc i ten [Lubomirski] znów wrócił, bo gdzie miał pójść. I od tej pory nie było znaku o Władku aż do końca wojny. Wreszcie wojna sie skończyła, Janek, a właściwie wy już oboje, wyprowadziliście się z Estery na al. Krasinskiego. Pewnego dnia Janek poszedł na Estery i dozorczyni mówiła że Władek był i poszukiwał Janka. Ona nie znała [nowego] adresu i nie mogła skontaktować się z nim. A więc Władek przeżył wojnę i żyje.

 

To wszystko co pamiętam. Innych świadków prócz dozorczyni nie ma i nie wiem czy żyje, gdyż w tych latach była już niemłoda. Siostra Marysia niewiele wie, gdyż podczas wojny przebywała u sióstr Urszulanek w Sieradzu, które również udzielały pomocy i przechowywały dzieci i młodzież żydowską, za co siostra przełożona hr. Ledóchowska i dwie inne [siostry zakonne] zabrano do Oświęcimia gdzie zginęły.

 

Dalej – nikt obcy czy nawet bliscy nie śmieli wiedzieć o przechowywaniu Żydów. To było tabu. Przecież wiesz, że wszelka pomoc udzielana Żydom groziła śmiercią. Niestety, nie mam żadnych świadków. Ten Lubomirski na pewno nie żyje, okropnie pił i częściowo już był zidiociały. Najważniejszy byłby koronny świadek t.j. Władek. Nie znamy jego nazwiska, nie wiem czy to było jego prawdziwe imię. W tych czasach nie wolno było mówić prawdy.

 

Jeśli znajdę trochę czasu do Dorotki napiszę i przedstawię Jej to samo. Niezależnie od tego prześlij Jej ten list. Nic więcej nie mogę pomóc. Napisałam to co wiem i pamiętam. Całą prawdę.

 

Marysiu jeśli możesz i poczujesz się lepiej, przyjedź do nas, porozmawiamy osobiście.

 

Na razie kończę, jest już b.późno, 2 w nocy. Bywaj zdrowa Caluję Cię

 

Zofia i Marek Bratkowscy


Anonimowych listów nie umieszczamy. redakcja zastrzega sobie prawo do skracania listów. Listy przeznaczone do umieszczenia należy pisać na maszynie z podwójnym odstępem i na jednej stronie kartki. Umieszczone poniżej opinie nie zawsze są zgodne ze stanowiskiem redakcji.

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Enable Notifications    Ok No thanks