REKLAMA

REKLAMA

Ogłoszenia(773) 763-3343

Strona główna Kultura i Rozrywka Czy polonijni esbecy zostaną deportowani z USA?

Czy polonijni esbecy zostaną deportowani z USA?

-

„Istnieje tzw. ‘klauzula Kiszczaka’ w jednej z ustaw z czasów PRL, która okrywa tajemnicą na zawsze działania wywiadu PRL, pod którego przykrywką działali nie tylko klasyczni wywiadowcy-szpiedzy, ale też cała masa kapusiów. (…) Ja przypomnę kolegom z PiS i PO, że obiecywaliśmy narodowi w kampanii wyborczej zeszłego roku, że będziemy ujawniać te agentury (…) ja będę wspierał działania zmierzające do odrzucenia ‘klauzuli Kiszczaka’ i publikacji pełnych, publicznych informacji o działaniach agentury”.

Andrzej Czuma, poseł PO, b. dziennikarz polonijny w: The Polonia Portal, 1.12.2006
„Klauzula Kiszczaka”, o której tu mowa, to pewien skrót, który oznacza w praktyce przepisy utajniające (do dnia dzisiejszego ! ) część dokumentów, zgromadzonych w archiwum IPN, które dotyczą m.in. działań komunistycznych służb specjalnych poza granicami PRL, a więc także i tych, które mówią o działaniach tajnych współpracowników tychże służb w środowisku polonijnym.
Gdy równo rok temu do Chicago przybył dr Cenckiewicz, pracownik IPN, zajmujący się od kilku już lat dokumentami dotyczącymi Polonii, wydawało się, że ujawni przynajmniej część nazwisk polonijnych tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych. Nowa ustawa lustracyjna (15.03.2007) zapowiadała przecież „zawieszenie” listy agentów w internecie.

REKLAMA

Cenckiewicz oznajmił jednak wielokrotnie zarówno w czasie spotkania z chicagowską Polonią w Muzeum Polskim w Ameryce (prowadzonym przez Arkadiusza Boguszewskiego z „Fundacji Wolnego Słowa”) – jak i w czasie rozmowy z Łucją Śliwą w audycji radiowej „Otwarty mikrofom”, iż „spotkanie otwarte czy wywiad nie jest miejscem, by ujawniać nazwiska tajnych współpracowników”.

(patrz: http://www.tvpchicago.tv/699/cencik.html oraz http://www.jvlradio.com/audio/sc_041707.mp3 )
Z jednej strony pracownik IPN stwierdził, że publiczne ujawnianie nazwisk komunistycznych agentów, pracujących na szkodę Polonii, „nie jest zadaniem historyka” czy też, że „przedstawienie dużej liczby nazwisk zaciemni obraz” oraz „jako historyk i urzędnik mogę ogłaszać wyniki (tj. m.in. nazwiska TW, przyp. MC)…w artykułach naukowych”, z drugiej – Cenckiewicz – jako przyczynę braku nazwisk TW podawał wspomniane przepisy utajniające dokumenty w archiwum IPN, dotyczące Polonii. Do tej pory jednak także w publikacjach naukowych pracowników IPN nie można spotkać nazwisk polonijnych TW z lat 70. i 80.

Faktycznie w archiwum IPN funkcjonuje zastrzeżony (wyodrębniony) zbiór dokumentów, który miał tajnym pozostać także po wejściu w życie nowej ustawy, która w końcu, jak wiemy, została w znacznej mierze zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny jako „naruszająca Konstytucję”. Te utajnione (do dzisiaj) dokumenty mają „chronić” przede wszystkim dane oficerów Departamentu I komunistycznej Służby Bezpieczeństwa (tj. jej pionu wywiadowczego) oraz wywiadu i kontrwywiadu wojskowego PRL. Jednak w praktyce tajnymi pozostają także dane dotyczące przestępczych działań komunistycznych służb specjalnych na przykład na terenie USA, w tym działania tajnych współpracowników SB wymierzone w Polonię amerykańską!

Co pewien czas prezes IPN podejmuje decyzję, które dokumenty z tego zbioru ewentualnie można odtajnić. Decyzja ta musi zostać jednak zaakceptowana przez służby specjalne, przede wszystkim Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Czyli nawet gdyby Prezes Kurtyka chciał odtajnić jakieś dokumenty dotyczące działań esbeków przeciw Polonii, musiałby uzyskać zgodę ABW! Paradoksem pozostaje i to, że nawet pracownicy naukowi IPN nie znają tych dokumentów. Wgląd ma zaś ABW ! Jeden z działaczy Kongresu Polonii Amerykańskiej, Marek Stawiarski stwierdził publicznie, iż po tym, gdy zwrócił się do IPN w tej sprawie, otrzymał odpowiedź od prezesa instytutu: „Nie wyrażam zgody na udostępnienie dokumentów” (nt. polonijnych tajnych współpracowników, przyp.MC)”.

Dlaczego opłaca się znać nazwiska polonijnych esbeków?
Na początku lat 60. służby specjalne PRL utrzymywały „tylko” około 8-9 tysięcy tajnych współpracowników. Liczba ta gwałtownie wzrosła w latach 1981-82, a w roku 1989 wynosiła już ok. 100.000 ! Należy podkreślić, iż donosiciel nie zawsze podpisywał dokument zobowiązujący go do współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi. Dlatego też nie mają racji ci, którzy twierdzą, że ktoś nie był „agentem”, bo nic nie podpisał. Zobowiązanie podpisywali tylko ci spośród donosicieli, którzy mieli status „tajnego współpracownika”. Oprócz nich na rzecz komunistycznych służb specjalnych działały osoby określane jako „kontakt operacyjny”, tj. tacy, którzy też donosili, ale współpracowali mniej formalnie (nie musieli podpisywać takiego zobowiązania jak TW).

Działające na terenie USA trzy rezydentury wywiadu PRL (w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Chicago) współpracowały także z tzw. dysponentami mieszkań konspiracyjnych, lokali kontaktowych, punktów adresowych czy telefonów konspiracyjnych. Nie byli to TW, lecz osoby, które ułatwiały działanie zarówno wywiadu esbeckiego (Departamentu I SB) oraz wywiadu LWP (tj. Zarządu II Sztabu Generalnego LWP). Oferowały swe mieszkania, lokale (np. restauracje, biura turystyczne, siedziby gazet, rozgłośni radiowych etc) oraz swoje numery telefonów czy też adresy w celu ułatwienia kontaktów między oficerami prowadzącymi SB lub wywiadu wojskowego oraz tajnymi współpracownikami czy kontaktami operacyjnymi. Dlatego zdekonspirować wypadałoby nie tylko tych, którzy coś podpisali, ale także i tych, którzy faktycznie pomagali komunistycznym służbom specjalnym na terenie USA.

Ujawnienie nazwisk polonijnych esbeków ma sens nie tylko ze względów czysto historycznych, ale i praktycznych. Do dzisiaj bowiem mogą stanowić zagrożenie, gdy są np. szantażowani przez inne wywiady, które znają ich przeszłość. Będziemy bardzo zdziwieni, gdy poznamy te nazwiska. Komuniści utrzymywali bowiem swych agentów nie w środowiskach lewicowych, lecz patriotycznych. Jednym z nielicznych, ujawnionych dotychczas TW polonijnych, okazał się np. Bolesław Łaszewski z Nowego Jorku, który w czasie wojny był cichociemnym (współpracował z PRL-owskimi służbami specjalnymi, wykorzystując swoją działalność jako agent turystyczny, sprzedający np. bilety lotnicze do Polski).

Wiele na temat polonijnej agentury mógłby na pewno powiedzieć dzisiaj generał Gromosław Czempiński, który w latach 1975-76 był rezydentem w Chicago. Nie nadszarpnęło to zaufania do tej osoby już w czasach III RP (podobnie zresztą jak w przypadku generała Petelickiego).

Nazwiska polonijnych agentów komunistycznych opłaca się ujawnić także i dlatego, by uniknąć wzajemnych, wieloletnich oskarżeń w samym środowisku polonijnym. Nie wiadomo przecież, które z nich są uzasadnione. Na przykład wspomniany na wstępie Andrzej Czuma na swojej stronie internetowej – http://www.czuma.pl/public/ro-spis.php – pisząc o uczestnikach Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), stwierdza: „W świetle aktualnego stanu wiedzy, opartego m.in. o dokumenty IPN, osoby zaznaczone kolorem czerwonym w rzeczywistości dobrowolnie i świadomie działały przeciwko celom organizacji oraz jej uczestnikom”. Jedną z tych osób jest były redaktor „Dziennika Chicagowskiego” Andrzej Jarmakowski. Zapowiedział on już swego czasu wytoczenie procesu Andrzejowi Czumie, który miał go oskarżać (podobnie jak b. działacza KPA w Chicago Krzysztofa Kocha) o współpracę z komunistycznymi służbami specjalnymi (patrz także artykuł „Czy Jarmakowski Andrzej był age
ntem komunistycznym?”, w: http://m.ciesielczyk.salon24.pl/52461,index.html ).

Kiedy poznamy nazwiska TW i czy zostaną postawieni przed amerykańskim sądem?
Mój kolega, zasłużony działacz polonijny z Chicago, powiedział mi niedawno: „Daj spokój z tymi agentami. Jeśli nawet Kaczyńskiemu się nie udało ujawnić ich nazwisk, to komu się uda? A poza tym, nawet gdyby tak się stało, czy Amerykanie zainteresują się tą sprawą? Czy ich deportują?”

Już ponad rok temu uzyskałem od IPN zgodę na badanie dokumentów dotyczących Polonii. W międzyczasie upadła nowa ustawa lustracyjna i przez pewien czas nawet naukowcy i dziennikarze, którzy wcześniej uzyskali wgląd w tego typu akta, nie mogli kontynuować swych badań. Teraz musiałem ponownie złożyć odpowiedni wniosek. Jak zapewniło mnie kilka osób z IPN, odpowiedź tym razem otrzymam dość szybko, bo za dwa miesiące. Co więcej, będę mógł prowadzić badania w oddziale IPN w Wieliczce, czyli nie będę musiał jeździć do Warszawy. To znacznie przyśpieszy badanie dokumentów.

Oczywiście nadal pozostaje aktualne pytanie, jaka część dotychczas tajnych dokumentów została w ciągu ostatniego roku odtajniona przez prezesa Kurtykę i ABW? W związku z tym Polonia powinna kontynuować akcję zbierania podpisów, domagając się natychmiastowego odtajnienia wszystkich tych dokumentów, które bezpośrednio jej dotyczą. Listy tego typu zostały już przekazane marszałkowi Sejmu Bronisławowi Komorowskiemu, który – co warto podkreślić – natychmiast odpowiedział, obiecując pomoc w tej sprawie – patrz: http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=2939 Wchodząc na w/w stronę można w dalszym ciągu popierać petycję w sprawie odtajnienia dokumentów IPN dotyczących Polonii.

Gdy rok temu IPN poprosił mnie, abym przesłał nazwiska osób, których akta chciałbym zbadać (co miało usprawnić zbieranie dokumentów na temat Polonii), wysłałem oczywiście taką listę. Po kilkunastu dniach zacząłem otrzymywać (także w środku nocy) telefony od jednego z b. działaczy polonijnych z Chicago z pogróżkami (głównie były to niecenzuralne słowa, które w pewnym momencie zacząłem nawet nagrywać, by mieć – gdy będzie taka potrzeba – jakiś dowód na próbę zastraszenia mnie). Z tych napaści słownych jasno wynikało, że człowiek ten wiedział, iż na mojej liście przekazanej do IPN znajduje się także jego nazwisko (o to właśnie miał do mnie pretensje). Jak na razie, nie mam pojęcia, w jaki sposób informacja ta dotarła do wspomnianego działacza polonijnego.

Oczywiście nie twierdzę, iż tego typu osoba była tajnym współpracownikiem. Jest to dobry przykład, by zilustrować konieczność lustracji Polonii. Akurat w tym przypadku, z tego co wiem, żona wspomnianego człowieka pracuje w jednej z polonijnych szkół. Ktoś powie: i co z tego? Gdyby się nawet okazało, że mąż był donosicielem, nie jest to powodem do negatywnej oceny żony. A jeśli z akt IPN wynikałoby jasno, że owa żona cały czas wiedziała o agenturalnej aktywności męża i akceptowała to? Czy taka osoba powinna uczyć polonijne dzieci? Dlatego powinniśmy poznać akta IPN dotyczące Polonii, by z jednej strony nie krzywdzić ludzi niesłusznymi podejrzeniami, z drugiej – sprawiedliwie ocenić postępowanie donosicieli i wyciągnąć stosowne wobec nich konsekwencje.

Już w tej chwili, na podstawie dokumentów, które są dostępne w IPN można zidentyfikować wielu agentów oraz nie mniej szkodliwych donosicieli, określanych mianem „kontaktów operacyjnych”. Gdy sam przeglądałem moją teczkę w IPN natrafiłem np. na donosy polonijno-emigracyjnych agentów na mnie, gdy przebywałem na emigracji politycznej w RFN. Tajny współpracownik o pseudonimie “Zawisza” przekazał tyle informacji na mój temat oraz moich kolegów, iż zaszkodził nam w istotny sposób np. przesyłać w paczkach z RFN “bibułę” do Polski w latach 80.

W prezentowanym tu meldunku operacyjnym nr 48/82 z 23.12.1982 roku czytamy: “Dnia 4.12.1982 r. powrócił z zagranicy TW ps.”Zawisza”, gdzie realizował zadania ogólnorozpoznawcze. Będąc w Monachium ponownie nawiązał kontakt z pracownikami RWE (Radia Wolna Europa, przyp. MC). Przed wyjazdem do Polski kontakt z TW nawiązał Marek Ciesielczyk (…) prosząc o przewiezienie do kraju zaproszenia dla… (nazwisko zamazane przez IPN) (…) Ponadto wręczył TW kartkę z następującymi nazwiskami osób, na które winna się powołać (ta osoba, przyp.MC) w Ambasadzie RFN przy załatwianiu wizy: Hans Graf Huyn, Bundesabgeordnete (poseł do parlamentu RFN, przyp.MC) (…) Przypadkowo poznany, również powracający do Polski… (nazwisko zamazane przez IPN) zam. Łąki 24 k/Nałęczowa, poinformował TW w zaufaniu, że M.Ciesielczyk związany jest z wywiadem zachodnioniemieckim mającym siedzibę w jednym z miast koło Monachium. Opinię swą opierał na tym, że kilkakrotnie go tam widziano (…)”

Faktycznie wysyłałem wówczas zaproszenie z RFN dla członka opozycji antykomunistycznej z paszportem z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy oraz rekomendację od ówczesnego posła do Bundestagu, który także chciał pomóc wtedy wydostać z Polski tę osobę, ułatwiając jej otrzymanie wizy niemieckiej. Dzięki esbeckiemu donosicielowi komuniści wiedzieli, kto i jak miał pomóc temu dysydentowi, co nam wtedy utrudniło całą operację. Gdy esbecy otrzymali informację od TW, że współpracuję z wywiadem zachodnioniemieckim, moja matka najpierw straciła pracę, a później przeżyła zawał serca i o mało co nie zmarła. Informacja ta wzięła się stąd, że mieszkałem między Pullach (gdzie faktycznie mieściła się siedziba Bundesnachrichtendienst – odpowiednika CIA) i Monachium i często robiłem sobie wycieczki rowerowe wzdłuż rzeki Isary w kierunku Pullach. Tego typu “niewinny” donos TW – mnie co prawda nie zaszkodził, ale spowodował utratę pracy i zdrowia mojej matki.

Drugi, prezentowany tu meldunek operacyjny z 19 maja 1983 roku napisany został przez esbeków z Lublina, gdyż bazował na donosach człowieka, który wrócił z Niemiec i był taksówkarzem w Nałęczowie:
“Latem 1982 r… (nazwisko taksówkarza zamazane przez IPN) zetknął się z ulotką wzywającą Polaków i Niemców do udziału w manifestacji i przemarszu przez ulice Monachium w ramach akcji poparcia dla “Solidarności” (…) Ulotka była podpisana przez 4 NN Polaków oraz M.Ciesielczyka, który określany był na niej jako główny organizator powyższej manifestacji. M.Ciesielczyk organizować miał także wyjazdy Polaków do Kolonii na podobnego typu manifestacje (np. w czasie wizyty Breżniewa w RFN, przyp. MC)”.

Po tym donosie na mnie człowieka, który nie był ani TW, ani nawet KO, moja rodzina w Polsce była jeszcze bardziej prześladowana, w wyniku czego matka przeżyła drugi zawał serca. Ja oczywiście nie mogłem wrócić do Polski przez kilkanaście lat. Ciekaw jestem, czy osoby, które dzisiaj wypowiadają się z lekceważeniem o skutkach działań esbeckich agentów w latach 80., miałyby takie właśnie poglądy na ten temat, gdyby tego typu los spotkał członków ich rodzin?

Już w tej chwili amerykańskie służby specjalne, prokuratura, ministerstwo sprawiedliwości, urząd imigracyjny oraz część kongresmanów otrzymują zapytania oraz petycje od niektórych środowisk polonijnych w sprawie byłych agentów komunistycznych. W pismach tych pojawia się żądanie, by po przekazaniu stronie amerykańskiej dokumentów z IPN, świadczących jednoznacznie o czyjejś współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi, osoba ta postawiona została przed amerykańskim sądem i albo skazana, albo deportowana z USA, jako prowadząca działalność przestępczą na terenie USA (współpraca z obcym wywiadem).

Ujawniony niedawno przypadek oficera polskiego Biura Ochrony Rządu, który współpracował z niemieckim wywiadem czy też polskiego dyplomaty w ONZ,
który współpracował z wywiadem rosyjskim, pokazują, iż niezwykle ważnym dla bezpieczeństwa państwa jest ujawnienie nazwisk jak największej liczby byłych agentów komunistycznych. Teraz bowiem mogą być szantażowani przez inne wywiady (znające ich przeszłość) i zmuszani do współpracy z nimi.
Marek Ciesielczyk

W sobotę, 5 kwietnia, o godz. 6:oo pm, w Chicago, w siedzibie SWAP, 6005 W. Irving Pk. Rd. odbędzie się spotkanie z dr. Markiem Ciesielczykiem.
Autor to dr politologii Uniwersytetu w Monachium, Visiting Professor University of Illionois w Chicago, Fellow w European University Institute we Florencji, Researcher w Forschungsinstitut fur sowjetische Gegenwart w Bonn, europejski korespondent Radia WPNA w Chicago, przez 12 lat radny Rady Miejskiej w Tarnowie. Informacje/kontakt: chicago_polonia@yahoo.com

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Enable Notifications.    Ok No thanks