REKLAMA

REKLAMA

0,00 USD

Brak produktów w koszyku.

Ogłoszenia(773) 763-3343

Strona głównaAmerykaNabici w fałszywki

Nabici w fałszywki

-

fot.Kaboompics/pexels.com
fot.Kaboompics/pexels.com

 

REKLAMA

Papież Franciszek w Białym Domu: Koran i Biblia są sobie równe”. „Bono z U2 przeżył atak terrorystyczny w Nicei i przekazał ofiarom kontrowersyjne przesłanie”. „George Soros chce zniszczyć Amerykę, finansując zakładanie czarnych bojówek”. To tylko kilka przykładów tytułów i tematów, które można było przeczytać w ostatnich miesiącach w internecie.

Choć powyższe informacje zostały zredagowane według wszystkich reguł dziennikarstwa, z dziennikarstwem nie miały nic wspólnego, bo były wyssane z palca. Nie ulega wątpliwości – jesteśmy otoczeni przez fałszywki. I niezależnie od motywów, jakimi kierują się ich autorzy, konsekwencje mogą okazać się bardzo poważne.

Dywersanci, chciwcy i pożyteczni idioci

Rozpowszechnianie nieprawdziwych plotek już wieki temu potrafiło doprowadzić do rozlewu krwi. Szeptana propaganda powielana albo przez prowokatorów, albo przez pożytecznych idiotów od stuleci stanowi nader skuteczną broń. Tak zaczynały się rzezie, pogromy i akty zbiorowej paniki. Teraz wszechobecność internetu i mediów społecznościowych sprawia, że zjawisko to staje się coraz bardziej niebezpieczne.

Najczęściej o wpuszczaniu fałszywek do sieci decyduje zwykła chciwość. Sensacyjna wiadomość, przyciągająca uwagę setek tysięcy internautów, generuje konkretny dochód z zamieszczanych na stronie reklam, zależny od liczby kliknięć. Wpis w sieci rozszerza się w tempie wirusowej epidemii – stąd angielski termin „viral”. To naprawdę może być lukratywny interes. Pewien anonimowy „wydawca” stron internetowych z Los Angeles przyznał w National Public Radio, że potrafi w ten sposób zarabiać nawet do 30 tysięcy dolarów miesięcznie. Bo każda wymyślona sensacja sprzeda się w internecie lepiej niż rzetelna, wyważona informacja. Ale co mamy myśleć o człowieku, który zamieszcza w sieci fałszywą informację o przełomowym leku na raka? Kto go rozliczy ze wzbudzonej w tysiącach chorych nadziei na odzyskanie zdrowia?

Na pieniądze nie liczył zapewne polski autor zamieszczonego w Internecie „żartu” o zamachu dokonanym wśród wiernych na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. Informację zilustrowano dramatycznym zdjęciem z innego ataku terrorystycznego. Nastolatka, który zamieścił fałszywy materiał, bardzo szybko namierzono. Tym razem był to głupi kawał. Ale rozpowszechnianie podobnych fałszywek może być także elementem dywersji, czy wręcz wojny informacyjnej prowadzonej w celu osiągnięcia konkretnych strategicznych celów. Internet, a przede wszystkim Facebook, Twitter, czy YouTube, to wymarzone platformy do prowadzenia wojen propagandowych.

Kampania fałszywek

Są też fałszywki, które mogą nas sporo kosztować. Zaledwie kilka tygodni temu taką nieprawdziwą sensacją usiłowały podzielić się ze mną moje własne dzieci, zamieszczając na Facebooku informacje o ustawie podpisanej przez prezydenta Baracka Obamę, która darowuje milionom młodych ludzi większość zaciągniętych pożyczek studenckich. Dobrze zredagowana wiadomość wyglądała bardzo wiarygodnie dla osób nieśledzących na co dzień politycznej rzeczywistości w Waszyngtonie. Stosunkowo niewielu internautów zdaje sobie sprawę, że budżetu USA nie stać by było na podobną hojność. Inne fałszywki mogą jednak skutecznie namówić użytkowników sieci do zainwestowania w podejrzanych miejscach swoich oszczędności.

Informacje o wprowadzeniu na rynek tamponów dla osób po operacji płci („Transgender tampon now on the market”) można uznać za kiepski seksistowski żart. Są przecież w Internecie miejsca, które z założenia publikują informacje o charakterze satyrycznym, które wzięte dosłownie mogą sprowadzić odbiorcę na manowce. Ale ponad 100 stron publikujących fałszywe wiadomości, mające wspierać kampanię wyborczą Donalda Trumpa, to sprawa dużo poważniejsza. Nie brak bowiem głosów, że systematycznie rozpowszechniane nieprawdziwe informacje mogły mieć wpływ na końcowy wynik wyborów w USA. I tak naprawdę trudno będzie tego rodzaju teorie zweryfikować w praktyce.

[blockquote style=”4″]Szeptana propaganda powielana albo przez prowokatorów, albo przez pożytecznych idiotów od stuleci stanowi nader skuteczną broń. Tak zaczynały się rzezie, pogromy i akty zbiorowej paniki[/blockquote]

Tegoroczny sezon wyborczy w USA obfitował w internetowe fałszywki. Według analizy portalu BuzzFeed w ostatnich trzech miesiącach kampanii fałszywe historie przyciągnęły większą uwagę internautów oraz więcej komentarzy niż relacje takich mediów jak „New York Times”, „Washington Post” czy CNN.

Informację, że demokratyczni senatorzy chcą wprowadzić na Florydzie prawo szariatu, powielił nawet Michael Flynn, kandydat prezydenta elekta na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. A 4 grudnia mężczyzna z Karoliny Północnej otworzył ogień w waszyngtońskiej pizzerii Comet Ping Pong. Powód? Rozpowszechniane w internecie pogłoski o tym, że lokal ten jest miejscem działalności siatki pedofilskiej, powiązanej z Hillary Clinton. W ten sposób fałszywe informacje zamieniły się w prawdziwą tragedię.

Oskarżenia o uprawianie fałszywej propagandy nie dotyczą wyłącznie obozu Trumpa. Bo z drugiej strony, czy prawdziwa była nieustannie sączona w głowy wyborców sugestia mainstreamowych mediów przez cały okres kampanii wyborczej, iż Hillary Clinton jest wręcz „skazana” na zwycięstwo?

Facebook i inne media społecznościowe zaczęły podejmować bardziej stanowcze działania mające na celu powstrzymanie żywiołowego rozprzestrzeniania fałszywek. Jednym z najważniejszych kroków ma być pozbawienie kłamliwych spamerów dochodów z reklam wynikających z dużej liczby odwiedzin na stronach zawierających zmyślone informacje. Facebook zobowiązał się też do „oflagowania”, czyli oznaczania linków do informacji zweryfikowanych jako fałszywki, co ma pomóc użytkownikom serwisu w odróżnieniu ziarna od plew.

Najlepiej – po prostu myśleć

Podobne kroki mogą ograniczyć internetowe fałszywki, ale na pewno nie wyeliminują ich całkowicie. I nie zwolnią nas – użytkowników sieci i portali internetowych – od samodzielnego myślenia. To że dana wiadomość opublikowana jest na stronie przypominającej wiarygodne medium, nie znaczy, że jest prawdziwa. Warto sprawdzić adres internetowy (URL), zakładkę dotyczącą kontaktów i inne informacje świadczące o wiarogodności portalu. Podejrzliwość powinny wzbudzać także wszelkie odstępstwa od normalnego przekazu – błędy gramatyczne, nadmiar wytłuszczeń tekstu, wielkich liter, wykrzykników, czy emocjonalnych przekazów. Warto też sprawdzić źródła i rzetelność cytowanych w tekstach „ekspertów”. Wystarczy wrzucić na Google albo LinkedIn, czy dana osoba rzeczywiście jest profesorem.

I jeszcze jedno – jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z sensacją, to będzie można o niej przeczytać praktycznie wszędzie, także w tzw. mainstreamie. Np. gdyby papież Franciszek rzeczywiście wsparł kandydaturę Donalda Trumpa na… na swojego następcę (taka fałszywka też pojawiła się w sieci), to dowiedzielibyśmy się o tym z setek innych źródeł. Tak jak wszyscy wiemy o tym, kiedy obchodzić będziemy święta Bożego Narodzenia.

[email protected]

1 KOMENTARZ

REKLAMA

2122216546 views
Poprzedni artykułPoślizgnięcie z paragrafem w tle
Następny artykułCiamajdan

REKLAMA

REKLAMA

2122216563 views

REKLAMA

REKLAMA

2124012883 views

REKLAMA

2122216573 views

REKLAMA

2122216579 views

REKLAMA

2122216583 views