Sami swoi u płota

Sami swoi u płota

Bodaj najciekawszym dla obserwatora aspektem krajowej polityki jest dochodzący w niej uparcie do głosu gen strzelania sobie w stopę. Maurycy Mochnacki pisał kiedyś, że Polska to taki kraj, w którym nic nie daje się doprowadzić do końca. Tak jest i z naszymi politykami: kiedy coś się im uda, zaraz muszą przedobrzyć.

Miniony tydzień dostarczył kolejnych przykładów. Najpierw weekendowa manifestacja Platformy Obywatelskiej. Właśnie tak, PO, a nie opozycji, bo wbrew deklaracjom ta impreza nie miała wcale wstrząsnąć władzą, tylko pokazać hegemonię PO nad resztą antyPIS-u. Władzą, powiedzmy sobie, żadna demonstracja nie wstrząśnie – sto tysięcy na ulicy to tłum, a sto tysięcy przy urnach to ledwie ułamek procenta głosów. Teoretycznie manifestacja ma zwrócić uwagę na jakiś problem, ale w wypadku toczonej od lat wojny wszyscy wszystko od dawna wiedzą i mają swoje zdanie. Tym bardziej, że PO wymyśliła dość idiotyczne hasło marszu – przeciwko „wyprowadzaniu Polski z Unii Europejskiej”, gdy nic podobnego w polskiej politycznej agendzie nie istnieje i nie zapowiada się.

Po co więc było to wyprowadzanie zwolenników na ulice? Po to, by pokazać, że PO jest w stanie zrobić manifestację większą niż KOD, Nowoczesna i inne składniki opozycji razem wzięte. Bo jest, ma przecież ogromna dotację budżetową, struktury, rządzi w wielu miastach i województwach, cała rzesza ludzi wciąż zawdzięcza jej pracę i stanowiska. Wszystko to zostało zaprzęgnięte do działania, i udało się – marsz był rzeczywiście imponujący, zwłaszcza jak na Polskę, gdzie manifestacje rzadko ściągają więcej niż kilkanaście tysięcy uczestników.

Ale PO od razu przedobrzyła i jeszcze nim marsz dotarł na plac Piłsudskiego, władze Warszawy ogłosiły, że jest 200 tysięcy ludzi, a potem poprawiły na 240 tysięcy. To były liczby absurdalne. Może policja, podając 45 tysięcy, nieco liczbę uczestników zaniżyła, bo ma do tego skłonności, no ale ćwierć miliona? Nonsens. Tym bardziej oczywisty, że ogłosił to ten sam pan Jóźwiak, który w imieniu ratusza wielką manifestację Radia Maryja, PiS i „Solidarności” podliczył oficjalnie na 25 tysięcy, a Marsz Niepodległości na 15 tysięcy. Kto ciekaw, może znaleźć w sieci zdjęcia tamtych tłumów i porównać je z „ćwierć milionem”.

W każdym razie, zamiast „zrobiliśmy wielki protest” wygenerowano news „ściema z liczbą uczestników”. Na dodatek reszta antyPIS-u, nie chcąc godzić się na hegemonię Schetyny, tuż przed manifestacją i na niej samej ogłosiła powstanie koalicji, stawiając PO pod naciskiem antypisowskiego elektoratu i mediów, by się do drobnicy przyłączyła na równych prawach, na co się z oczywistych względów zgodzić nie może. Liczba uczestników i szarpanina, kto ważniejszy – tyle ma PO z manifestacji, która ponoć kosztowała ją 2 miliony i ogromny wysiłek organizacyjny.

PiS postanowił na to skorzystać z okazji i dobić PO „audytem” jej rządów. Pomysł świetny, materiału do grillowania też było sporo – tylko wykonanie jak zwykle. Audyt – zamiast na konkretach i wnioskach prokuratorskich – okazał się polegać na wystąpieniach kolejnych ministrów podających przykłady różnych nadużyć, niekiedy istotnie horrendalnych, ale bez nazwisk, nazw i dat. Nie przedstawiono go nawet na piśmie i w sumie wystrzelał PiS jednego dnia amunicję, która użyta rozsądnie mogła wywrzeć znacznie większe wrażenie. Inwigilacja dziennikarzy, kupno dla wojska moździerzy bez amunicji, przekazanie FSB danych rosyjskiego informatora – rozliczanie każdej z tych spraw mogło skupić uwagę opinii publicznej, a tak wszystkie one zostały przykryte złotym mercedesem, którego kupiła prezesowi jedna ze spółek skarbu państwa.

Jak w sławnym filmie – Kargul tłucze garnki, Pawlak rwie koszulę, a obaj robią szkody sobie.

Rafał A. Ziemkiewicz

Na zdjęciu: marsz KOD i opozyjci w Warszawie, 7 maja fot.Tomasz Gzell/EPA

Categories: ziemkiewicz

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*