Rok zmiany

Kończący się rok wstrząsnął polską polityką. Kto dwanaście miesięcy temu spodziewał się podwójnego zwycięstwa wyborczego PiS? Kto się spodziewał, że kontrolująca każdy skrawek państwa i pewna niezatapialności koalicja PO-PSL zostanie pokonana za sprawą nowej, antysystemowej partii założonej przez byłego rockmana? I kto się spodziewał, że jej klęska będzie tak silna, iż establishment, którego interesy reprezentowała, porzuci ją na rzecz nowej partii – tak jak swego czasu porzucił Unię Wolności na rzecz SLD, a potem postkomunistów na rzecz Platformy?

Takich proroków było dosłownie kilku, i przez skromność nie wymienię nazwisk. Oczywiście trudno było przewidzieć szczegóły całego procesu, ale że pomagdalenkowa III RP kruszeje, dawało się zauważyć i można było przewidzieć ciąg dalszy.

To, co się w tym roku zaczęło, zacząć się musiało. Co najwyżej, gdyby los był dla PO łaskawszy i nie wyszły na jaw kelnerskie taśmy, gdyby Komorowski i Kopacz nie okazali się totalnymi nielotami, kampania wyborcza PO nie była tak zła, a kampanie Dudy i PiS tak dobre – zaczęłoby się później. Ale za to zapewne bardziej gwałtownie.

Zaczęłaby się, mianowicie, wymiana elit. To, co jest istotą każdej rewolucji. Państwo poczęte w sławnej willi w Magdalence, gdzie się układ Jaruzelskiego i Kiszczaka zblatował był z układem Wałęsy, zwane III Rzeczpospolitą, przypominało południowoamerykańskie „bananowe republiki”. Wprawdzie zachowywało mniej więcej demokratyczne procedury, ale było w rękach pewnej w miarę jednorodnej elity – w kraju często mówi się „układu” – która pozostawała na te demokratyczne procedury odporna. Jakkolwiek by Polacy zagłosowali, a zdarzało się, że – jak w 2005 – głosowali w 80 proc. na partie deklarujące radykalne wywrócenie okrągłostołowego układu, to ten układ i tak trwał. Jednym z symboli była tu pozycja Leszka Balcerowicza w latach 90. Każde wybory wygrywał ten, kto krzyczał „Balcerowicz musi odejść” (tak krzyczał i Wałęsa, i postkomuniści, i AWS), a kiedy już wygrał, to się okazywało, że jednak Balcerowicz musi zostać. I zostawał.

Jak we wspomnianych latynoskich „republikach bananowych” (u nas należałoby mówić raczej o „republice kartoflanej”, ale to cała różnica) społeczeństwo było permanentnie niezadowolone, ale bezsilne – bezsilne, bo rozbite, manipulowane, straszone i skłócane przez propagandę, częściowo łudzone, częściowo przekupywane. Kombinacja wszystkich tych socjotechnik pozwoliła na długi czas zepchnąć opozycje na margines i sprawiła, że elita III RP przestała się w ogóle liczyć z jakimkolwiek niezadowoleniem. Nabrała przekonania, że „nie ma z kim przegrać”.

Ale przegrać musiała, bo jest zwyczajnie nieskuteczna. Mniejsza o jej „kreolskie” pochodzenie od nomenklatury PRL, mniejsza o te czy inne przejawy pychy i zarozumialstwa – najważniejsze jest to, że ta postkolonialna elita nie jest w stanie państwa obsłużyć. Po prostu nie umie zapewnić wzrostu, usług publicznych, dobrobytu. Dobrze to widać teraz, gdy przegrani w wyborach usiłują się odegrać na ulicy. Co potrafią wyartykułować? Że Kaczor niszczy demokrację, oczywiście, i – jak to prostolinijnie ujęła pani Holland – że chcą, żeby było tak jak wcześniej. Cóż, to pierwsze oskarżenie słyszą Polacy od lat i już nie wierzą, a tego drugiego właśnie nie chcą. Chcą, żeby to państwo zaczęło wreszcie działać, i to działać w ich interesie – a nie w interesie ludzi z wieców KOD-u, których zarobki lokują się grubo powyżej oficjalnej mediany (wg GUS ok. 2400 PLN przed opodatkowaniem).

Podwójna wyborcza katastrofa PO proces wymiany elit dopiero zaczyna. Ale on ma to do siebie, że jak się raz zaczął, to pójdzie dalej. Pasują tu słowa Churchilla – to nie koniec, to nawet nie początek końca, ale to koniec początku.

Rafał A. Ziemkiewicz

fot.Leszek Szymański/EPA

Categories: ziemkiewicz

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*