Gen. Borling: trzeba budować naród amerykański

Generał John Borling to człowiek, którego wielu Amerykanom nie trzeba przedstawiać. Przez 37 lat pozostający w czynnej służbie wojskowej, uczestnik wojny w Wietnamie, pilot myśliwca, zestrzelony i więziony przez blisko siedem lat w Hanoi. Dziś zaangażowany w budowanie patriotycznego, obywatelskiego społeczeństwa w ramach organizacji SOS America. 25 października generał Borling spotkał się z przedstawicielami Polonii w siedzibie Związku Narodowego Polskiego. Wizytę wykorzystaliśmy do rozmowy z generałem.

Jaką lekcją życia chciałby pan się podzielić z młodymi Amerykanami?

Generał John Borling: To przywilej starszych prawić kazania, a świat i tak jakoś się kręci. Jak chcecie usłyszeć przesłanie, to powiem – nie poddawajcie się, nigdy. Idźcie do przodu, bez względu na to, jak marnie przedstawia się dzień – jesteście w stanie to przetrwać. Możecie osiągnąć sukces. Poddanie się jest równoznaczne ze śmiercią.

To piękne przesłanie dla każdego, nie tylko młodych.

– Churchill tak mówił – nigdy się nie poddawaj. Wiem od przyjaciela, że te jego słowa dotyczyły drugiej wojny światowej. Chciałem powiedzieć coś, w co naprawdę wierzę. Trzeba iść do przodu, krok po kroku.

Przewodniczy Pan inicjatywie SOS America (Service Over Self – naród ponad jednostką). Jaki jest jej cel?

– Budowanie narodu amerykańskiego. Chcemy, by inni do nas dołączali. Wchodząc na stronę sosamerica.org, można się bezpłatnie zarejestrować. Są też opcje płatne oferujące dodatkowe korzyści. Dołączając do nas, wspomaga się tworzenie ruchu narodowego – dobrego dla was, ludzi dumnych także tych z polskich korzeni, i całego kraju.

Skąd pomysł na tę inicjatywę? Czy to Pana zasługa?

– Jej początki sięgają obozu jenieckiego i niezwykłego człowieka – Johna Gardnera, którego pogrzeb odbył się w Waszyngtonie w 2002 r. i którego były prezydent Clinton nazwał „obywatelem naszym czasów”. Gardner był moim mentorem. Stworzył program White House Fellows, którego byłem członkiem. Był też założycielem lobby obywatelskiego Common Cause oraz sekretarzem Departamentu Zdrowia i Edukacji (dziś to osobne resorty – przypis redakcji) za Lyndona Johnsona. Wykładał na Stanford University, gdzie razem nagrywaliśmy materiały motywacyjne. To on powierzył mi zadanie odnowienia filaru Ameryki i wojska. Załóżmy, że Ameryka to sklepienie, które opiera się na filarach – systemie edukacji, Kościołach, wojsku, sporcie (zawodowym i amatorskim) itd. Wszystkie te filary wymagają konserwacji. My chcemy wykorzystać wojsko jako zaprawę renowacyjną, która wzmocni sklepienie – Amerykę.

Wspomniał Pan, że SOS America potrzebuje dofinansowania. Jak dużego, by program stał się ogólnokrajowy?

– Około miliona dolarów. Dużo nam jeszcze brakuje, ale liczę na to, że dzięki wsparciu i entuzjazmowi organizacji takich jak Związek Narodowy Polski dotrzemy do celu. Gdyby członkowie ZNP wpłacali przez rok jednego dolara miesięcznie, to byłoby dla nas ogromne wsparcie i moglibyśmy ruszyć z ogólnokrajową kampanią dla dobra wszystkich mieszkańców Ameryki.

Milion dolarów pozwoliłby za rozbudowanie struktury organizacji?

– To też, ale przede wszystkim moglibyśmy dotrzeć do Waszyngtonu, mając za sobą ogromną liczbę członków i fundusze, i zwrócić na siebie uwagę Kongresu.

Czy w tej chwili macie poparcie większych organizacji?

– Na razie docieramy do osób indywidualnych. Nie mamy jeszcze poparcia VFW (Veterans of Foreign Wars) i American Legion. Zainteresowanie wykazały akademie jak West Point, Annapolis (gdzie mieści się Akademia Marynarki Wojennej – przypis redakcji), Akademii Sił Powietrznych, które jednak nie mogą wesprzeć nas instytucjonalnie, jedynie jednostkowo. Wspierają nas Pritzker Military Museum & Library w Chicago. Również inne instytucje, z których jedna chce na razie pozostać anonimowa. Od nich otrzymaliśmy znaczną pomoc.

Czy program będzie działał na zasadzie wolontariatu?

– Potrzeba jest ustawa, żeby program był obowiązkowy. Młodzi ludzie w wieku 18 do 26 lat będą mogli wybrać, kiedy odbędą służbę, chyba że zostaną zwolnieni, na przykład wchodząc w związek małżeński, bo to też rodzaj służby. Są też inne przypadki zwolnienia, jak na przykład nauka w szkole medycznej.

Czy nie obawia się pan, że program, jeśli będzie obowiązkowy, wywoła ogromny opór społeczny? To jakby wrócił powszechny pobór do wojska.

– Prawda jest taka, że państwo wciąż ma prawo wziąć młodych w kamasze. Nad kwestią – czy program powinien być fakultatywny czy obligatoryjny – długo się głowiliśmy. Nam zależy na tym, żeby zadziałał, bez względu na to, jaką formę przybierze. Ale z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli nie będzie obowiązkowy, to będą go unikać te części społeczeństwa, które chcemy połączyć. Biały chłopak z bogatej rodziny nie będzie nim zainteresowany, za to będą zgłaszać się ci, którzy nie będą mieli wyboru. Zależy nam, by ludzie zrozumieli, że Ameryka opiera się na współzależności, że ludzie mogą na sobie polegać i się szanować, razem pracując, żyjąc, odnosząc sukcesy, ale też borykając się z problemami. Nasz program to umożliwi.

Dlaczego pana zdaniem Ameryka potrzebuje tego programu akurat teraz?

– W społeczeństwie zawsze znajdą się głosy, które nas dzielą. Jednak teraz głosy szerzące odmienne, a nie wspólne wartości są szczególnie głośne. Brakuje zrozumienia, że Ameryka rozwija się dopóty, dopóki dzieli wspólne wartości. Nie chcę powiedzieć, że nie trzeba być dumnym ze swojego etnicznego pochodzenia, wręcz przeciwnie. Ale gdybym kazał wam tu i teraz wybierać między Ameryką a ZNP, to bez względu na zaangażowanie w waszą pracę, mam nadzieję, że wybralibyście Amerykę, bo związek rozwija się dzięki jej wolnościom i możliwościom, jakie oferuje. Czy to uczciwe?

Czytelników z pewnością zainteresuje fakt, że roczną służbę będą mogli odbyć nieudokumentowani imigranci, by potem zostać obywatelami USA.

– To prawda. Nie znam polskiego, tylko kilka słów. Ameryka staje się bogatsza dzięki mieszance kulturowej, ale koniec końców to w niej na co dzień żyjemy i o nią powinniśmy się troszczyć – Amerykę możliwości. Dlatego musimy się szanować – to istota programu SOS America.

Jeśli zbierzecie fundusze, kiedy SOS America mógłby się rozpocząć?

– Po przyjęciu stosownej uchwały musiałyby się odbyć programy pilotażowe. Ale my chcemy się zorganizować do końca 2018 r., żeby rok albo dwa lata później ustawa weszła w życie. Dla pilota myśliwca to strasznie długo, ale tyle trwa proces legislacyjny, nawet jak wszystko przebiega idealnie. Na początku możemy spodziewać się objęcia programem kilkuset tysięcy osób, może mniej. Chcemy, by program działał w oparciu o popyt, dostarczając siłom powietrznym czy marynarce tylu ludzi, ilu potrzebują. Departament obrony, FEMA i różne departamenty mogące potrzebować ludzi w wypadku wystąpienia katastrof naturalnych. Gdybyśmy mieli gotową do akcji przeszkoloną armię, gotową nieść pomoc ofiarom huraganów, takich jakie spustoszyły niedawno Portoryko, moglibyśmy wysłać ją w obszary takich katastrof.

Przedstawiciele Polonii na spotkaniu z gen. Borlingiem w siedzibie PNA          fot. Ewa Malcher

Panie generale, porozmawiajmy przez chwilę o pańskim życiu i doświadczeniach. Przetrwał pan sześć lat i osiem miesięcy w wietnamskim więzieniu, zwanym Hanoi Hilton. Co więcej, w niewoli tworzył pan poezję.

– Warunki panujące w więzieniu były bardzo ciężkie. Wśród uwięzionych były dwie grupy – pesymistów, którzy mówili, że zostaniemy tam zabici, a nasze ciała nie zostaną przesłane do Stanów oraz optymistów, do których należałem, twierdzący, że Wietkong jednak odeśle ciała. W ciasnej izolatce rzeczywiście tworzyłem wiersze, które za pomocą systemu stukania w ściany przekazywałem innym więźniom, by w przypadku mojej śmierci przekazali je żonie. Opisałem to dokładnie w mojej książce, której nie chciałem opublikować przez wiele lat, a która ukazała się na prośbę kilku osób, wśród których był John McCain. Uważam, że zdolność do tworzenia stanowi esencję naszej ludzkiej egzystencji. Zawsze mówiłem, że murarze należą do najszczęśliwszych ludzi na świecie, ponieważ codziennie mogą podziwiać efekty swojej pracy. Wiersze zacząłem pisać jeszcze w szkole średniej, później chciałem zostać pianistą jazzowym. Po jednym ze spontanicznych występów w klubie Playboya w Chicago, jedna z obecnych na sali dziewczyn skrytykowała moją technikę gry tak mocno, że postanowiłem zostać pilotem myśliwców.

W naszej rozmowie nie możemy uciec od polityki. Czy pańskim zdaniem Ameryka powinna pełnić rolę światowego żandarma?

– Ameryka powinna działać wspólnie z innymi wolnymi państwami i narodami. Wspólnie powinniśmy stać na straży wartości wyznawanych przez wolne narody. To inna rola niż bycie światowym żandarmem. Ameryka powinna działać w interesie wolności państw i narodów, z którymi dzieli wspólne wartości. Działania i założenia SOS America opierają się na tej filozofii ochrony wolności.

Jeszcze jedno pytanie geopolityczne. Obserwujemy wzrost napięcia pomiędzy USA a Koreą Północną. Liderzy tych krajów przerzucają się groźbami. Czy pana zdaniem stoimy na krawędzi wojny?

– Myślę, że zawsze znajdujemy się na krawędzi wojny. To, czy ta wojna się rozpocznie, czy jej unikniemy, zależeć będzie od tego, czy zostaniemy zaatakowani i czy nasze podstawowe interesy będą zagrożone. Cofnijmy się jednak o krok. Kraje rozpoczynają wojny z kilku powodów: z powodu strachu, nienawiści, chęci zysku lub religii. Wtedy, kiedy zdarzenia przejmują kontrolę nad ludźmi, którzy tracą kontrolę nad wydarzeniami. Mamy rok 2017, prawie sto lat temu zakończyła się pierwsza wojna światowa. Moglibyśmy jej uniknąć, gdyby w tamtych czasach w powszechnym użyciu były telefony. Nikt nie chciał pierwszej wojny światowej, nikt nie myślał, że do niej dojdzie. Ale proces dyplomatyczny i komunikacja były tak wolne, że skończyło się na wielkim rozlewie krwi. Patrząc z perspektywy historii, okresy wojen były tylko z rzadka przerywane krótkimi okresami pokoju. Obecnie musimy jednak uważnie ocenić zagrożenia naszych interesów, zmierzyć się z naszymi lękami i nie dać ponieść się nienawiści. Jestem jednak optymistą, wierzę, że ludzie dobrej woli, pełni dobrych intencji znajdą rozwiązanie. Optymistycznie patrzę w przyszłość.

Dziękujemy za rozmowę.

Małgorzata Błaszczuk

Alicja Kuklińska

Grzegorz Dziedzic

Współpraca: A. Samoń, J. Marszałek

Zdjęcia: Ewa Malcher

John L. Borling jest emerytowanym generałem dywizji amerykańskich Sił Powietrznych, którego kariera wojskowa rozciąga się na przestrzeni 37 lat. Absolwent Akademii Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych i szkoły biznesu w Harvardzie. Założyciel i przewodniczący SOS America (Service Over Self), organizacji patriotycznej wspierającej służbę wojskową młodych mężczyzn w wieku 18-26 lat: www.sosamerica.org. Rodowity chicagowianin, utytułowany oficer, dekorowany wieloma odznaczeniami państwowymi. Weteran wojny w Wietnamie, gdzie został zestrzelony i ranny. Przez 6 lat i 8 miesięcy jeniec wojenny w stolicy Wietnamu, Hanoi. W niewoli komponował i zapamiętywał wiersze dedykowane swojej żonie, które 40 lat później opublikował w książce „Taps on the Walls”. Obecnie wraz z żoną Myrną mieszka w Rockford, ma dwie dorosłe córki.

Categories: Wywiad, Wywiady

Comments

  1. zza kałuży
    zza kałuży 30 października, 2017, 03:07

    Co za fantastyczna kolekcja banialuków.
    *
    Ach jak bardzo jestem wdzięczny temu panu oraz jego Ameryce za to, że powstrzymali się od obdarzenia mnie za czasów PRL wolnością w taki sam sposób, w jaki obdarzali nią Wietnamczyków czy Laotańczyków.
    *
    Dzieki temu przeżyli moi rodzice, przeżyłem ja i przeżyło parę milionów nieobdarzonych wolnością (głównie od życia) przez bombowce B-52 Polaków.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*