Polityczne dziedzictwo Ricka Santorum

Jak na kogoś, kto jeszcze w styczniu był raczej mało znanym politykiem, Rick Santorum stoczył z Mittem Romneyem zaciętą walkę na niezłym poziomie. Były senator z Pensylwanii, który tydzień temu zawiesił swą kampanię wyborczą, umiejętnie wykorzystał swoje „pięć minut” popularności. Pytanie, co zrobi w przyszłości z kapitałem politycznym, który udało mu się zbić w ostatnich miesiącach.

fot. Gage Skidmore/ Risk Santorum wycofał się z wyborczego wyścigu

Z perspektywy czasu można dziś powiedzieć, że gdyby nie Iowa nazwisko Rick Santorum nie istniałoby w kontekście listopadowych wyborów prezydenckich. Pierwsze wyborcze sejmiki partyjne, zwykle trochę lekceważone zarówno przez komentatorów jak i samych kandydatów, okazały się wielkim sukcesem tego urodzonego w Wirginii polityka. Nie wymieniany jeszcze w listopadzie i grudniu wśród poważnych pretendentów do nominacji GOP, przemierzał kolejne miejscowości stanu Iowa prowadząc, jak pokazały wyniki, skuteczną kampanię bezpośrednią. Uściski dłoni wyborców dały mu tam nie tylko zaskakująco dobry wynik, ale pozwoliły na finansowe rozkręcenie zamieszania wokół własnej osoby. Nagle zaczęto zwracać uwagę na, wydawać by się mogło, skazanego na polityczną porażkę konserwatywnego Ricka Santorum. Początkowo, nawet po pierwszej wygranej, kontrkandydaci i komentatorzy, nieco zaskoczeni faktem pojawienia się nowej gwiazdy, ignorowali i deprecjonowali jego poczynania. Mijały kolejne tygodnie, prawybory w kolejnych stanach, a Santorum nie tonął. Wręcz przeciwnie, to Romney miał coraz większe problemy ze zdobywaniem głosów, a Gingrich w ogóle przestał się liczyć. Choć wciąż powtarzano, że to kandydat „niewybieralny”, radykał bez szans na wygraną w listopadowych wyborach, grono jego zwolenników wciąż rosło. Były senator z Pensylwanii, koncentrował się przede wszystkim na kwestiach związanych z ochroną „świętości rodziny”, życia poczętego i moralności.

Czytaj więcej o WYBORACH 2012.

Rick Santorum to w pewnym sensie „self-made-man” tej kampanii. Nie miał ani wielkich pieniędzy, ani potężnego sztabu, ani znaczącego wsparcia Partii Republikańskiej a mimo to prowadził przemyślaną i sprawną kampanię, w której wydane dolary przekładały się na ilość zdobytych delegatów. Pokazał również Barackowi Obamie, w jaki sposób dotkliwie osłabiać Mitta Romneya. Można wręcz powiedzieć, że przez cztery miesiące zaciętej kampanii Santorum grał na korzyść obecnego prezydenta: obnażył słabości najpoważniejszego kandydata GOP, który najpewniej w listopadzie zmierzy się z Obamą. Ostatecznie jednak matematyka okazała się bezlitosna i Santorum musiał w końcu odpuścić. Racjonalnie oceniając swoje szanse na zdobycie nominacji wycofał się w odpowiednim momencie. Kampanią w Ameryce rządzą dolary, których Santorumowi przybywać zaczęło coraz mniej. Zawieszając kampanię, Santorum uchronił się tym samym przed bolesną porażką w rodzinnej Pensylwanii, która mogłaby pozostawić bliznę na jego wizerunku. A tak, sprzedał swoje idee i przynajmniej moralnie nie musi czuć się pokonany.

Jeśli Polacy zapamiętają jakkolwiek Ricka Santorum to, z pewnością z powodu pewnej niefortunnej wypowiedzi. Według jednej z norweskich agencji informacyjnych, wymienił on Polskę wśród państw zagrażających Stanom Zjednoczonym. Zdanie to szybko podchwycone przez rodzime media wywołały małą burzę sprowadzającą się do pytania: „ale, o co chodzi?”. Główny bohater szybko sprostował zamieszanie wyjaśniając, że miał na myśli zawód, jaki administracja prezydenta Obamy sprawiła Polsce nie umieszczając w naszym kraju elementów tarczy antyrakietowej.

Santorum był ciekawym zjawiskiem republikańskich prawyborów. Gdyby nie on, wyborcza zabawa tak zajmująca Amerykanów skończyłaby się pewnie w lutym, a więc tak naprawdę w ogóle by się nie zaczęła. Przesadą byłoby twierdzenie, iż jego siłą była wyłącznie słabość Romneya. Szybko zaszufladkowany, jako zjawa spod znaku radykalnej prawicy, długo stawiał czoła głównemu faworytowi. Paradoksalnie właśnie wyraziste i spójne poglądy stanowiły nierzadko o jego przewadze nad niewyraźnym byłym gubernatorem Massachusetts. Warto przy tym pamiętać, że sam popełniał sporo gaf. Nawet dla amerykańskich konserwatystów bywał zbyt radykalny, gdy mówił o aborcji. Niepotrzebnie wdawał się w potyczki z dziennikarzami. Zrażał do siebie niepochlebnymi słowami o legendarnym JFK. Delikatnie mówiąc, nie błyszczał też wiedzą z zakresu polityki zagranicznej ani skromnością, porównując się do Ronalda Reagana.Gafy i potknięcia długo by tutaj wymieniać…

Co dalej z karierą ojca siedmiorga dzieci, w tym nieuleczalnie chorej „Belli”, której zmagania chorobą często wymieniane są jako ostateczny powód, dla którego Rick Santorum wycofał się z walki? Jedenaście wygranych stanów i kilkanaście milionów dolarów zebranych na poczet kampanii to spory polityczny kapitał. Z drugiej strony to raczej zysk na odległą polityczną przyszłość. Romney prawdopodobnie wiceprezydentury nie zaproponuje byłemu senatorowi z Pensylwanii. Mało realny jest także powrót na Kapitol. Pozostaje budowanie partyjnego backgroundu i sympatyczna funkcja na sierpniowej konwencji w Tampie. Sporo do zrobienia przed nim, lecz Santorum lubi się sprawdzać i spełniać. Kto wie być może stanie do politycznego starcia za cztery lata? A może spełniać się będzie jako wzorowy mąż i ojciec?

Maciej Głaczyński

 

 

 

 

Maciej Głaczyński – student Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W latach 2007-2010 relacjonował przebieg najważniejszych wydarzeń siatkarskich w kraju. (spotkania ligowe, mecze reprezentacji, europejskie puchary). Pasjonat historii polityki zagranicznej USA

 

Categories: Felietony, Wybory 2012

Comments

  1. NBA
    NBA 17 kwietnia, 2012, 13:20

    tylko OBama !!!! go Barack !!

    Reply this comment
  2. Mariano_Italiano
    Mariano_Italiano 17 kwietnia, 2012, 14:00

    Santorum to przyzwoity facet, niestety zbyt radykalny jak dla mariano

    Reply this comment
  3. Rysiu
    Rysiu 17 kwietnia, 2012, 17:23

    Kurcze…az sie rozplakalem nad tym artykulem.
    Ten „raczej nie znany polityk” z Pensylwanii, ktory stracil stolek w 2006 po druzgocacej przewadze demokraty Bob Casey Jr. (41% do 59%) i ktory zaczal swoja polityczna kariere w 1990 roku… Nie wiem ilu Polakow mieszka w Pensylwani ale jestem pewien, ze z pewnoscia tam go znaja.
    Ale najbardziej mnie zadziwia fakt, ze porazka w magiczny sposob stala sie dzieki panu Maciejowi Głaczyńskiemu ewidentnym zwyciestwem – pytanie tylko, zwyciestwem czego?

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*