Kim są niezdecydowani wyborcy?

Miliony przepływające na konta sztabów, umiejętne operowanie najnowszymi sondażami, liczba wypuszczonych spotów reklamowych – kampania prezydencka w toku. Na kilkanaście dni przed wyborami walka toczy się przede wszystkim o tych, którzy wciąż nie wiedzą na kogo 6 listopada oddadzą swoje głosy.

Eksperci sztabów wyborczych starannie kalkulują ile głosów dać może każdy spot, wiec i email. Każdy następny ruch ma tylko jeden cel: zaprowadzić ich kandydata prosto na na 1600 Pennsylvania Avenue w Waszyngtonie.

Królowa nauk pozwala nie tylko przygotować skuteczną wyborczą strategię, ale także stworzyć obraz tzw. niezdecydowanego wyborcy. Według jednych badań jest to najczęściej biała kobieta, bez wyższego wykształcenia, zamieszkująca Środkowy Zachód Stanów Zjednoczonych. Według innych pomiarów to osoby jeżdżące Saabami, pijące dietetyczna Pepsi, słuchające muzyki współczesnej i oglądające Turner Classic Movies. Niezdecydowani wyborcy to około 5-7% procent obywateli USA, którzy wciąż nie wiedzą czy oddać głos na Baracka Obamę czy na Mitta Romneya. Dziś odsetek niezdecydowanych jest znacznie niższy niż przed laty. 30 lat temu, na niespełna trzy tygodnie przed wyborami swojego kandydata nie miało wciąż 20 proc. uprawnionych do głosowania.

Dzisiejsi „niezdecydowani” są dla wyborczych speców intrygującą zbiorowością. Protestują gdy nazywa się ich politycznymi ignorantami, niezwracającymi uwagi na ważne dla ich życia sprawy. Bronią się twierdząc, że po prostu znają wagę swojego głosu i wolą dłużej się zastanowić. Prawda leży zapewne gdzieś pomiędzy niewielkim zainteresowaniem zawiłościami polityki budżetowej, a poszukiwaniem kluczowych faktów w gąszczu wyborczych spotów.

Chociaż „niezdecydowani” to niewielki segment wyborców, o ich głosy zażarcie zabiegają kandydaci do Białego Domu. Tajemnica zainteresowania obu sztabów grupą undecided tkwi w tym, że w większości zamieszkują oni swing states, gdzie różnica pomiędzy pretendentami do prezydenckiego fotela bywa minimalna. Zdobywca większości głosów, zbierze głosy elektorskie z danego stanu i przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z tego jak ważne są głosy „niezdecydowanych” sprawę zdają sobie i Obama i Romney. Obecny gospodarz Białego Domu niejednokrotnie podkreślał, że prawdziwą sztuką nie jest dotrzeć do osób o podobnych poglądach lecz, do tych, którzy nie śledzą poczynań polityków każdego dnia i nie mają sprecyzowanych opinii. Mitt Romney w słynnym już wystąpieniu na temat 47 proc. „przegranych Amerykanów” mówił, że kluczem do zwycięstwa powinno być dla niego przekonanie tych 5-10% wyborców, którzy głosują często pod wpływem emocji np. na kandydata lepiej prezentującego się wizualnie. Obama liczy, że w zaskarbieniu przychylności niezdecydowanych pomogą mu zastępy wolontariuszy, pracujących w terenie i chodzących od drzwi do drzwi, od spotkania do spotkania i osobiście rozmawiający z wyborcami. Kandydat Republikanów stawia na kontakt telefoniczny i e-mailowy.

Życie niezdecydowanego wyborcy, wciąż poszukującego „swego” kandydata nie jest łatwe. Ogrom statystyk, danych, zestawień jakie powinien przyswoić przed dokonaniem wyboru bywają przytłaczające. Pomocne nie są wyborcze debaty nie przynoszące jasnego rozstrzygnięcia, po których każda ze stron obwieszcza swoje zwycięstwo. Nie pomaga też internet pełen sprzecznych informacji, ani telewizyjne spoty reklamowe, w których do głosowania przekonują „Wielki Ptak z Ulicy Sezamkowej, Lech Wałęsa z Matką Boską w klapie, a ostatnio także „segregatory pełne kobiet”.

M.G.

 

Categories: Felietony, Wybory 2012

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*