Felieton Głaczyńskiego. Anemiczne prawybory

Kolejne prawybory za nami i znów nie wiele wiadomo. Wyścig republikanów po prezydencką nominacje wydaje się tracić na dynamice. Niby wszystko jasne, a sytuacja wciąż patowa. Coraz bardziej nudne są debaty, a kolejne głosowania niczego tak naprawdę nie rozstrzygają. W kalendarzu już marzec, a wciąż nie wiadomo z kim Brack Obama zmierzy się w listopadzie.

fot. Gage Skidmore/ Mitt Romney i Rick Santorum

Mitt Romney jakkolwiek z pewnością nie tak wyobrażał sobie przebieg tej kampanii. W styczniu, najpóźniej lutym miało być już po całym tym zamieszaniu a były gubernator Massachusetts chciał zbierać siły przed pojedynkami z Obamą. Choć Romney wciąż jest niepodważalnie najbliżej nominacji jego kampania nikogo na kolana nie powala. Przekonanych do jego osoby namawiać nie musiał, ale odsetek tych, którzy w ostatnich miesiącach zostali jego nowymi wyborcami jest niewielki. Romney przyjął i sam zaczął narzucać ton wewnątrz-republikańskiego starcia zamieniając je niepotrzebnie w negatywną walkę między samymi kandydatami. O ile kampania negatywna wydaje się być dzisiaj nieodzownym elementem politycznej walki, to jednak w czasie kryzysu nie buduje zaufania u wyborców. Właśnie niewielka liczba pomysłów stricte związanych z naprawą gospodarki to najczęściej wymieniana słabość wszystkich potencjalnych pretendentów GOP. Przeniesienie osi dyskusji na sprawy obyczajowe, brudy z przeszłości jest wygodne i skuteczne jako działanie krótkofalowe. Patrząc w dłuższej perspektywie, stawianie przede wszystkim na prowadzenie anty-kampanii nie przekłada się na głosy wyborców. Romney wyrasta na prawdziwego mistrza black-magic pogrążając najpierw Gingricha a teraz próbując to samo zrobić z Santorum. Wydaje na to ogromne sumy pieniędzy. Ratuje przy tym swój własny wizerunek naznaczony sporą ilością gaf. Momentami wyraźnie widać rozdźwięk w postawach tego pochodzącego z Michigan polityka. Bezpieczna i często pozbawiona charyzmy postawa w telewizyjnych show kontrastuje z głupimi wręcz wpadkami jakie zdarza mu się popełniać (wspomnijmy tu chociażby słynny zakład o 10 tysięcy czy twierdzenie, że lubi zwalniać pracowników). Sam daje tym samym przyzwolenie na powielanie opinii, że jest oderwanym od rzeczywistości milionerem o niespójnych poglądach. Burzy też portret człowieka umiejącego zarządzać pieniędzmi, gdyż jego kampania jest bardzo nieefektywna. Mimo wydanych milionów, wciąż nie może być pewny nominacji.

Naprzeciw skazanego na nominacje acz trochę nieporadnego kandydata, jakim jawi się Romney Rick Santorum jest intrygującą polityczną ciekawostką. Sporo emocji budzi dość radykalny jak na amerykańskie warunki konserwatyzm prezentowany przez byłego senatora z Pensylwanii. Przypadek ten pokazuje, że prawa strona sceny politycznej w USA potrzebuje nieco odświeżenia. Ale jak pozują wyniki ostatnich prawyborów w Michigan , gdzie zdobył on blisko 38 proc. głosów (Romney 41 proc.)poglądy Santoruma znajdują swoich odbiorców. Przebieg kampanii dzięki jego postaci jest zaskakujący. Głównymi rywalami Romneya na początku batalii mieli być Gingrich, Paul, ewentualnie Perry. Tymczasem stawiający na tradycyjne wartości rozumiane trochę na własny sposób Santorum potrafił się przebić. Idealnie odnalazł się w roli, jaką mu przypisano. Przeciwnicy zarzucają mu, że poza mówieniem o sprawach naznaczonych moralnie brak mu koncepcji politycznych z prawdziwego zdarzenia. Na pewno nie jest to typ mówcy. Atakowany w trakcie debat gubi się w „zeznaniach”. Nie unika też gaf, gdy przesadza z epatowaniem dziwnymi sądami na tematy, w których nie jest ekspertem. Prowadzi jednak przemyślaną kampanię. Docenił i przewidział wagę pierwszych prawyborów w Iowa. Skoncentrował siły właśnie tam, co pozwoliło mu na sensacyjne zwycięstwo. Na fali tego entuzjazmu kolejne dolary zaczęły spływać na kampanijne kontro Ricka Santorum. Najbliższy tydzień przyniesie Super Tuesday, czyli prawybory w dziesięciu, głównie konserwatywnych stanach. Jeśli Santorum nie chce być wciąż określany jako „ten drugi” lepszej okazji niż zdecydowane zwycięstwo w Super Tuesday mieć już nie będzie.

Zamieszanie wokół kandydata GOP przypomina nieco wybory roku 2004. Wówczas to po drugiej stronie politycznej barykady demokraci wyłonili ostatecznie kandydata – Johna Keryy’ego – którego zwycięstwo określane byłoby mianem sensacji. Wtedy również George Bush jako prezydent wydawał się przeciwnikiem łatwym do ataku. Mimo to potrafił przekuć zarzuty w argumenty. Stare polityczne porzekadło głosi, że urzędującego prezydenta pokonać bardzo trudno. Podobnie może, choć nie musi być, i tym razem. Do partyjnej konwencji kiedy ostatecznie zostanie ogłoszony kandydat republikanów jest jeszcze sporo czasu. Pozostało więc parę miesięcy szlifowania „AntyObamy”. Na razie jednak Republikanie grają przede wszystkim dla aktualnego gospodarza Białego Domu. Widząc to, co dzieje się na prawo Barack Obama być może już po cichu śpiewa sweet home – bynajmniej nie o Chicago.

Maciej Głaczyński

Maciej Głaczyński – student Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W latach 2007-2010 relacjonował przebieg najważniejszych wydarzeń siatkarskich w kraju. (spotkania ligowe, mecze reprezentacji, europejskie puchary). Pasjonat historii polityki zagranicznej USA.

 

 

Categories: Felietony, Wybory 2012

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*