Święto demokracji?

Święto demokracji?

Choć nadal w skali kraju czeka nas kilka dogrywek, bo nie wszędzie udało się rozstrzygnąć wyścig wyborczy w pierwszych turach, to same wybory samorządowe „Polska 2018” można generalnie uznać za zakończone. Problem w tym, że ten polityczny spektakl, którego cały naród był świadkiem przez ostatnich kilka miesięcy, trudno nazwać świętem demokracji. Owszem, wolne wybory to esencja tego systemu, a wbrew złowrogim prognozom opozycji totalnej, rząd nie sfałszował głosowania. Tak, frekwencja była większa niż w poprzednich wyborach. I co z tego? Dalej do urn udała się zaledwie połowa uprawnionych do głosowania. Co w tym czasie robiła reszta? Dali wyraz temu, że losy „małych ojczyzn” zupełnie ich nie obchodzą. Są to wybory regionalne, więc w skali ogólnokrajowej mogą być co najwyżej traktowane jako lepsza predykcja wyborcza, dokładniejszy sondaż. Nie mają mocy sprawić, by Polska polityka ogólnokrajowa uległa zmianie. I to pomimo zapewnień kandydata PO na prezydenta Warszawy – Rafała Trzaskowskiego, że powstrzyma on PiS wygrywając fotel gospodarza stolicy.
Karty do głosowania, a na nich dziesiątki nazwisk, które większość wyborców widzi pierwszy raz w życiu. Nie znają ich programów wyborczych, historii dotychczasowej aktywności politycznej i pozapolitycznej. Słowem – nie wiedzą o kandydatach prawie nic. A jednak biorą długopis do ręki i podejmują decyzję. To wybory w ciemno! Jedyną przesłanką, którą kierują się obywatele jest najczęściej przynależność partyjna kandydatów. Chorągiewka, która „powiewa” przy konkretnym nazwisku. Niestety powoduje to brak rzetelności w całym procesie elekcyjnym. Wybór często jest powierzchowny. I nie mam tutaj pretensji do obywateli, sam przecież musiałem wybierać np. radnych miejskich, o których nie wiedziałem zbyt wiele. Dlatego uważam, że powinno się rozdawać jakieś książeczki, czy broszurki informacyjne, by umożliwić obywatelom zorientowanie się w sytuacji. Bo o ile w przypadku prezydentów miast, szczególnie tych największych, wiadomo o kandydatach prawie wszystko, o tyle gracze mniejszego kalibru często pozostają w cieniu. Święto demokracji… Raczej czczej gadaniny! Obiecanek cacanek – bez pokrycia, bez zapewnienia odpowiednich środków finansowych. Zatem skazanych na status „kiełbasy wyborczej”. Aż dziw bierze, że ciągle tyle osób na te tricki udaje się nabrać. Wiedzieliście Państwo, że w Warszawie będziemy za chwilę mieć pięć linii metra? Nie? No to widać nie słuchaliście obietnic Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego…
Oglądając relacje ze sztabów wyborczych odniosłem wrażenie, że wygrali wszyscy i nie ma przegranych. PiS odtrąbił wielkie zwycięstwo – i faktycznie osiągnęli lepszy wynik niż poprzednio i to przy większej frekwencji. To ich najlepszy wynik w historii wszystkich wyborów samorządowych. Żadnej innej partii taka sztuka się do tej pory nie udała. Skalę wygranej PiS widać głównie na przykładzie wyborów do sejmików wojewódzkich, gdzie partia uzyskała aż 254 mandaty (Koalicja Obywatelska zaledwie 194). Partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała 9 z 16 województw. Dla porównania w 2014 roku zwyciężyli w pięciu, a w 2010 zaledwie w dwóch. Sukces trudny do zanegowania.
Mimo wszystko mamy tutaj nad Wisłą jakiś chory spektakl uskuteczniany przez lewicowe media pokroju tygodnika „Polityka”. Na powyborczej okładce czytamy o „przegranej wygranej PiS”. Słucham? To już jawne i bezpardonowe zaklinanie rzeczywistości. Jednocześnie w sztabie Koalicji Obywatelskiej, czyli nowych ciuszkach PO i Nowoczesnej, euforia chyba jeszcze większa niż w szeregach Dobrej Zmiany. Nie widziałem jeszcze, by ktoś tak cieszył się z przegranej. Owszem Warszawa znokautowała Patryka Jakiego, a Koalicja Obywatelska pod wodzą dzielnego Grzegorza Schetyny pokonała kandydatów PiS w największych miastach. To jednak zbyt mało, by występować w roli wygranych. Największe metropolie to od dawna twierdze sił liberalnych i z zasady konserwatystom jest tam trudniej. Podobnie jest w zakładach karnych i aresztach śledczych – o wyniki w tych „rejonach” nie muszą się martwić kandydaci Platformy Obywatelskiej. W wyborach prezydenckich z 2010 roku na Komorowskiego głosowało ok. 92 proc. osadzonych, a na Kaczyńskiego zaledwie ok. 8 proc. Podobna tendencja wystąpiła 8 lat później w wyborach na prezydenta Warszawy. Wśród osadzonych Trzaskowski deklasował Jakiego często jeszcze mocniej, niż skazana prawomocnym wyrokiem prezydent Łodzi Hanna Zdanowska swojego rywala z PiS-u. Reelekcję wygrała w cuglach, już w pierwszej turze zdobywając ponad 70 proc. głosów w skali całego miasta.
Swoją drogą zastanawia mnie dlaczego więźniowe – margines społeczny – zachowuję prawa wyborcze w trakcie odsiadki? Przestępcy mają decydować o losach społeczeństwa? Przecież to chore! No ale z drugiej strony Zbigniew Wojtera – wójt gminy Daszyna, który przebywa w areszcie śledczym pod zarzutami uczestniczenia w zorganizowanej grupie przestępczej (grozi mu 12 lat za kratami), wygrał pierwszą turę zdobywając 48,5 proc. głosów. Nie ma co – święto demokracji!

Tomasz Winiarski

Amerykanista, dziennikarz relacjonujący wydarzenia z USA, korespondent mediów krajowych i polonijnych. Publicysta i felietonista. Miłośnik i propagator amerykańskiego stylu życia. Jego artykuły, wywiady i komentarze publikowane są w ogólnopolskiej prasie drukowanej oraz internetowej m.in. w Tygodniku Katolickim „Niedziela”, „Gazecie Polskiej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, miesięczniku „Gazeta Bankowa”.

 

fot.TOMASZ GZELL/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Winiarski

Comments

  1. Yaroon
    Yaroon 1 listopada, 2018, 04:13

    Dlatego według mnie najrozsądniejszymi wyborami byłyby wybory pośrednie, tzn. w miastach wybieramy przewodniczącego dzielnicy, a ci wybrani zwycięzcy na dzielnicy wybierają prezydenta miasta. Pełna demokracja i partia polityczna nie bardzo może wygrywać /dyktować !/ i przywozić w teczce swoich kandydatów.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*