Dryfujący problem

Dryfujący problem

Nie chciały go Włochy, odrzuciła Malta, ostatecznie przyjęła Hiszpania. Statek „Aquarius”, który w ostatnim czasie dopłynął do brzegów Europy z rozbitkami na pokładzie, to symbol kryzysu migracyjnego, z którym od dawna zmaga się Stary Kontynent. Nie tylko obrazuje on istotę i charakter samego problemu. Uwidacznia również zmieniające się podejście poszczególnych krajów Unii Europejskiej. Zdradza hipokryzję innych oraz bezradność całej wspólnoty.

Szczególną hipokryzją zabłysnęła ostatnio Francja, na czele ze swoim cudownie postępowym (i skrajnie antypolskim) prezydentem Emmanuelem Macronem. Francuzi w ostrych słowach skrytykowali decyzję Italii o nieprzyjmowaniu statku z migrantami.

Problem w tym, że Francja sama robi wszystko, by nie wpuszczać do siebie uchodźców i imigrantów. Nie otworzyła także swoich portów przed statkiem „Aquarius”. Mimo to rości sobie prawo do krytyki? „Żenua” – niech już brzmi to po francusku! A co tam!

Niczym dzieci we mgle, europejscy dygnitarze błądzą po omacku, bez pomysłu i bez koncepcji. A jeżeli cokolwiek już przychodzi do ich przepełnionych pychą czerepów, to są to na ogół rozwiązania krótkofalowe – zgubne dla Europy i śmiertelnie niebezpieczne dla jej mieszkańców. W dodatku na dłuższą metę zupełnie nieskuteczne. Tak wielki kryzys, tak potężne wyzwanie, jak masowa i często nielegalna imigracja z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, wymaga politycznej odwagi, charakterystycznej dla mężów stanu. Nie zaś poprawnych politycznie miernot, które boją się podejmować zdecydowane decyzje.

Słusznie zatem mówi premier Morawiecki, który wzywa, by uszczelnić zewnętrzne granice Unii Europejskiej, a pomoc kierować bezpośrednio do miejsc, z których pochodzą uchodźcy i imigranci. No bo Europa, choćby nie wiem jak się starała, nie jest w stanie przyjąć do siebie wszystkich. A skoro oni chcą żyć w europejskim dobrobycie, to należy pomóc im tę „Europę” zbudować w ich krajach, tak by nie szturmowali naszych granic. Plan Marshalla dla Afryki – to byłoby prawdziwe, długofalowe rozwiązanie kryzysu migracyjnego. Przyjmowanie kolejnych fal uchodźców oraz imigrantów zarobkowych to tylko nieudolne i coraz mniej skuteczne leczenie objawów. Polski premier po poniedziałkowym spotkaniu z przewodniczącym Bundestagu Wolfgangiem Schäuble, sprzeciwił się również przymusowej relokacji uchodźców, jako niesprawiedliwej ingerencji w suwerenne decyzje poszczególnych państw członkowskich UE.

Wydaje się, że Europa powoli zaczyna słuchać głosu rozsądku. Kiedy piszę te słowa trwa dwudniowy szczyt Unii Europejskiej, na którym przywódcy mają poszukiwać m.in. rozwiązania dla kryzysu migracyjnego. Jedną z opcji ma być stworzenie w Afryce Północnej ośrodków, do których będzie można wysadzać uratowanych na morzu uchodźców oraz imigrantów, tak by nie musieli oni trafiać na ląd europejski. Coraz głośniej mówi się również o potrzebie uszczelnienia zewnętrznych granic UE, o czym w swoim środowym liście do unijnych przywódców pisał przewodniczący Rady Europy – Donald Tusk.

Kraje UE już teraz przyjęły do siebie olbrzymie ilości przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Kolejne, bezrefleksyjne wpuszczanie tych migrantów będzie samobójstwem dla Starego Kontynentu. Niektóre rejony miast np. w Szwecji, czy Belgii nie przypominają już Europy, jaką znamy. Odizolowane dzielnice-getta będące w istocie strefami „no-go”, to coraz poważniejsze utrapienie. Wzrost tradycyjnej przestępczości to jednak tylko jeden z kilku problemów powiązanych z kryzysem migracyjnym. Jeżeli napiszę, że osoby, które przedostały się do Europy udając uchodźców, stanowiły w ostatnich atakach terrorystycznych – zarówno tych udanych, jak i tych powstrzymanych – 15 proc. zamachowców, to zostanę zlinczowany na lewicowym ołtarzu poprawności politycznej. Tymczasem jest to niepodważalny fakt, na który uwagę zwrócił amerykański think-tank Hexritage Foundation.

Bezrefleksyjna polityka otwartych granic, polegająca na wpuszczaniu niemalże „jak leci” każdego przybysza z Afryki i Bliskiego Wschodu, który zapuka do europejskich drzwi, połączona z brakiem skutecznej asymilacji, doprowadza do powolnej, aczkolwiek postępującej utraty dotychczasowej tożsamości Europy.

Brakuje mechanizmów integracyjnych – zarówno tych kreowanych przez polityków, jak również tych naturalnych, wynikających z siły naszej zachodniej cywilizacji, którą powinniśmy przybyszów „zarażać”. Tak to się dzieje w Ameryce, w której imigranci nieporównywalnie szybciej stają się częścią społeczeństwa USA. Częścią, która zaczyna żyć po amerykańsku. W Europie wciąż tego brakuje. Dzieje się tak m.in. dlatego, że lewicowe elity zabraniają Europejczykom nadmiernego „epatowania” naszą zachodnią cywilizacją. Staje się to po prostu nietaktowne – na topie pozostaje wyłącznie zachwyt obcymi kulturami.

Dość wspomnieć, że najpopularniejszym męskim imieniem nadawanym dzieciom w Londynie był w 2012 roku nie John, lecz Muhammad. Islamizacja naszego kontynentu postępuje i stanowi coraz poważniejszy problem. Jeżeli nie sprostamy temu wyzwaniu, możemy się niedługo obudzić w rzeczywistości, którą przestaniemy rozpoznawać. W całkowicie obcym nam świecie, zbudowanym na gruzach naszej judeochrześcijańskiej cywilizacji. Oby nigdy do tego nie doszło!

Tomasz Winiarski

Amerykanista, dziennikarz relacjonujący wydarzenia z USA, korespondent mediów krajowych i polonijnych. Publicysta i felietonista. Miłośnik i propagator amerykańskiego stylu życia. Jego artykuły, wywiady i komentarze publikowane są w ogólnopolskiej prasie drukowanej oraz internetowej m.in. w Tygodniku Katolickim „Niedziela”, „Gazecie Polskiej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, miesięczniku „Gazeta Bankowa”.

fot.Kai Foersterling/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Categories: Winiarski

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*