Gruzini wyszli na ulice

Gruzini wyszli na ulice

Położoną na Kaukazie Południowym Gruzją wstrząsnęła fala ulicznych protestów. Do masowych demonstracji doszło na tle anty-rosyjskim, jednak szybko stały się one w nie mniejszym stopniu wyrazem niezadowolenia z polityki rządzącego krajem od 6 lat Gruzińskiego Marzenia. Choć wielu chciałoby wręcz mówić o rewolucji, to na razie nie wydaje się, by w Gruzji miało dojść do nagłej zmiany władzy.

Iskrą, która uruchomiła cały bieg wydarzeń stało się zdarzenie wręcz absurdalne: przemówienie rosyjskiego deputowanego Siergiej Gawriłowa z miejsca marszałka gruzińskiego parlamentu (sic!). Było to możliwe, ponieważ Gawriłow pełni funkcję przewodniczącego Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia (zrzesza parlamentarzystów z ponad 20 prawosławnych państw), a czerwcowa sesja tegoż forum została zorganizowana właśnie w Tbilisi. Jak się zaś okazało, po stronie organizatorów Zgromadzenia (a więc w szeregach obozu władzy) nikt nie zadbał o to, by uniknąć sytuacji, w której rosyjski polityk (tj. oficjalny przedstawiciel Federacji Rosyjskiej, faktycznie okupującej 20 proc. terytorium Gruzji) zajmuje honorowe miejsce w jednym z najważniejszych gruzińskich budynków. W rezultacie w czwartek 20 czerwca najpierw doszło do zablokowania obrad Zgromadzenia przez gruzińską opozycję, zaś niedługo potem przed gmachem parlamentu zaczęły spontanicznie gromadzić się tysiące oburzonych obywateli.

Zamieszki w Tbilisi

Jeszcze tego samego wieczora sytuacja na ulicach Tbilisi szybko zaczęła wymykać się spod kontroli. De facto podburzany przez opozycję tłum zażądał dymisji w obozie władzy oraz rozpisania przedterminowych wyborów, a następnie podjął próbę szturmu parlamentu, co spotkało się z bardzo zdecydowaną reakcją gruzińskich służb. Policja użyła między innymi gazu łzawiącego i broni gładkolufowej (gumowych kul), na co protestujący odpowiedzieli butelkami i kamieniami. Opozycyjni politycy nie zapanowali nad sytuacją, która zdążyła przekształcić się z pokojowej demonstracji w zamieszki. Finalnie aresztowanych zostało 305 osób, zaś 240 zostało rannych. Przynajmniej 2 osoby straciły też oczy wskutek trafienia gumowymi kulami.
Pomimo dramatycznego przebiegu pierwszego dnia protestów, kolejne demonstracje miały już zupełnie pokojowy charakter. Co należy podkreślić, możliwość użycia przemocy jednoznacznie odrzucili sami protestujący, którzy zarazem odżegnali się od prowokatorów i… gruzińskiej opozycji. Faktem jest bowiem, że wśród Gruzinów panuje duże rozczarowanie nie tylko partią rządzącą, ale i całą dotychczasową klasą polityczną. W rezultacie już drugiego dnia demonstracji otwarcie zadeklarowano, że w założeniu protest ma pozostać apolityczny (padł też postulat, by mówić wręcz o „Rewolucji Młodych”). Mimo to jednak utrzymana została wspierana przez opozycję agenda: dymisja Ministra Spraw Wewnętrznych Giorgiego Gacharii oraz rozpisanie przedterminowych wyborów w oparciu o proporcjonalny system wyborczy.

Rosyjski ślad?

Pytaniem, które rozpala wielu śledzących przebieg gruzińskich protestów pozostaje, czy i do jakiego stopnia Federacja Rosyjska świadomie chciała zdestabilizować sytuację u swojego południowokaukaskiego sąsiada. Choć nie ulega większej wątpliwości, że zaistniały rozwój wypadków pozostaje dla Moskwy korzystny, to niekoniecznie Kreml ponosi zań wyłączną odpowiedzialność. Rosjanie z pewnością kalkulowali, że obecność rosyjskich deputowanych w gruzińskim parlamencie może wywołać protesty. Co jednak kluczowe – to władze w Tbilisi zawiodły na poziomie przygotowania protokołu całego wydarzenia.
Celem Rosjan, a więc państwa faktycznie okupującego Abchazję i Osetię Południową i uznającego Kaukaz Południowy za swoją strefę wpływów, pozostaje destabilizacja prozachodniej Gruzji i tym samym jej wymierne osłabienie. Nietrudno bowiem wnioskować, że im większy chaos panuje w gruzińskiej polityce, tym jeszcze bardziej oddala się (już teraz zresztą niewyraźna) perspektywa członkostwa Gruzji w NATO i Unii Europejskiej. W tym kontekście znamiennym wydaje się, że decyzja Władimira Putina o wstrzymaniu lotów pasażerskich z Rosji do Gruzji została ogłoszona nie bezpośrednio po zakończeniu posiedzenia rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, ale wieczorem – w momencie, w którym przed gruzińskim parlamentem znajdował się największy tłum ludzi. Być może to przypadek, a być może jednak działanie obliczone między innymi na dodatkowe zaostrzenie nastrojów wśród demonstrujących Gruzinów.

Zryw, nie rewolucja?

Niezależnie od tego, co doprowadziło do wybuchu demonstracji, kluczową kwestią pozostaje, jakie skutki mogą one przynieść. Na chwilę obecną (piszę te słowa, kiedy demonstracje wciąż jeszcze mają miejsce) nie wydaje się, by można było mówić o faktycznej rewolucji. Choć na ulice Tbilisi (w mniejszym stopniu innych miast) faktycznie wylały się tłumy ludzi, to polityczne efekty ich protestu pozostają ograniczone. Nic nie wskazuje bowiem na to, by spełniony miał zostać kluczowy postulat demonstrujących, jakim jest organizacja przyśpieszonych wyborów. Jednocześnie wydaje się także, że same roszady personalne, na które do tej pory zgodziło się Gruzińskie Marzenie, niekoniecznie mają przełomowe znaczenie dla całej sprawy.
Co więc pozostanie po czerwcowym zrywie społecznym w Gruzji? Po pierwsze, najbardziej zauważalny wzrost napięć na linii Tbilisi-Moskwa od momentu dojścia do władzy Gruzińskiego Marzenia. Po drugie, dowód na to, że tak, jak w innych państwach regionu, tak również w Gruzji narasta zmęczenie dotychczas sprawującą władzę klasą polityczną. By jednak w gruzińskiej polityce doszło do faktycznego przełomu, koniecznym pozostaje pojawienie się nowych liderów, którzy zagospodarowaliby panujące niezadowolenie społeczne. To zaś stanowi chyba jeszcze większe wyzwanie niż wyprowadzenie na ulice rzeszy obywateli.

Mateusz Kubiak

absolwent Studiów Wschodnich i Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Pracuje jako analityk sektora energetycznego, zajmuje się również zawodowo regionem Kaukazu i Azji Centralnej.

The Warsaw Institute Foundation to pierwszy polski geopolityczny think tank w Stanach Zjednoczonych. Strategicznym celem tej organizacji jest wzmocnienie polskich interesów w USA przy jednoczesnym wspieraniu unikalnego sojuszu między dwoma narodami. Jej działalność koncentruje się na takich zagadnieniach jak geopolityka, porządek międzynarodowy, polityka historyczna, energetyka i bezpieczeństwo militarne. The Warsaw Institute Foundation została założona w 2018 roku i jest niezależną organizacją non-profit, inspirowaną bliźniaczą organizacją działającą w Polsce – Warsaw Institute.

The Warsaw Institute Foundation is Poland’s first geopolitical think tank in the United States. The strategic goal of this organisation is to bolster Polish interests in the U.S. while supporting the unique alliance between the two nations. Its activity focuses on such issues as geopolitics, international order, historical policy, energy, and military security. Established in 2018, The Warsaw Institute Foundation is an independent, non-profit organization inspired the twin Poland-based Warsaw Institute.

Georgians Took to the Streets

A wave of demonstrations sparked in Georgia, a country located in the South Caucasus. Mass protests broke out over anti-Russian sentiment yet soon exemplified to no lesser extent people’s infuriation with the policy pursued by Georgian Dream, a political party that has ruled the country over the past six years. Though many would be eager to eye what happened in Georgia as a revolution, a sudden change of power seems unlikely, at least now.

The protest rallies in Tbilisi erupted after Russian Duma Deputy Sergei Gavrilov addressed Georgian lawmakers while seated in the chair of the Georgian parliamentary speaker (sic!). This was possible because Gavrilov serves as the chairman of the Interparliamentary Assembly on Orthodoxy, a body set up to bring together lawmakers from 20 Orthodox countries, with a meeting being held in Tbilisi in June this year. As it turned out, representatives of the ruling camp, which de facto held responsibility for hosting the meeting, failed to prevent a Russian politician, as an official delegate of the Russian Federation occupying in fact 20 percent of Georgian territory, from sitting in the honorary tribune in Georgia’s most important buildings. This prompted Georgian opposition lawmakers to block the presidium on Thursday, June 20, while thousands of enraged people gathered spontaneously in front of the parliamentary building.

Tbilisi riots

Later that same evening, the situation on the streets of Tbilisi clearly slipped out of control, with the crowd, driven by Georgian opposition politicians, calling for snap elections and the resignation of the ruling camp while trying to storm parliament in an effort that prompted Georgian services to take more decisive action. Police used tear gas, water cannons and fired rubber bullets to disperse the crowd, prompting the latter to throw bottles and stones. Opposition lawmakers failed to control the situation, letting it evolve from a peaceful gathering into riots. 305 people were arrested and 240 were injured. At least two people lost eyes after police opened fire using rubber bullets.

Despite massive crackdown during the first day of rallies, further demonstrations took on an overwhelmingly peaceful character. It is noteworthy that demonstrators, who unequivocally slammed the possibility of using violence, claimed to have had no ties to provocateurs and… Georgian opposition. In fact, Georgians feel to a great extent disappointed with both the ruling team and the entire political elite. As openly declared already during the second day of the protest rally, the riot should have first and foremost remained apolitical, with a postulate to label what took place in the capital as the „Youth Revolution.” But the opposition-backed agenda was maintained, taking into account the resignation of Interior Minister Giorgi Gakharia and the holding of snap parliamentary elections with a proportional electoral system.

Russian trace?

What ignites most of those who follow the Tbilisi unrest is whether and to what extent the Russian Federation held a keen interest in destabilizing the domestic situation of its South Caucasus neighbor. Although there is no doubt that what took place in Tbilisi could offer some benefits to Moscow, the Kremlin cannot be necessarily referred to as the only one behind recent tensions. Russia must have calculated that the presence of its lawmakers in the Georgian parliament would stir riots. The key is that Georgian authorities are to be blamed for how the event’s agenda was drafted.

The goal of Russia, a country that in fact exercises control over Abkhazia and South Ossetia while viewing the South Caucasus as within its sphere of influence, is to destabilize pro-Western Georgia and measurably weaken the state. Not surprisingly, the greater the chaos in Georgian politics, the more distant is the country’s already vague prospect of joining NATO and the European Union. What was significant in this context was that Vladimir Putin’s decision to halt passenger flights from Russia to Georgia came not right after closing the meeting of the Russian Security Council but in the evening, corresponding with the moment when the largest crowd was rallying in front of the parliament. Perhaps it was just a coincidence or a well-designed measure targeted at exacerbating sentiments among Georgian protestors.

Revolt, but not revolution

Regardless of what stood behind the rallies, the key issue is what consequences they could have. With the demonstrations still taking place as I am writing the following article, Georgia’s social unrest is yet unlikely to deepen into a real revolution. Though crowds took to the streets to Tbilisi and other Georgian cities, though to a lesser extent, political effects of their outrage remain relatively limited, with no signs of meeting their demand of snap elections. But personal reshuffles so far admitted by the Georgian Dream party will not necessarily bring any breakthrough to the case.

So what will remain after the June social revolt in Georgia? First, most attention is drawn to tensions between Tbilisi and Moscow running high for the first time since the ruling camp has come to power. And secondly, Georgia’s stirring crisis was proof that Tbilisi, alongside other countries of the region, feels increasingly tired of the political class in power. But in order to speak about a real breakthrough in Georgia’s policy, it is crucial for the new leaders to take the floor in a bid to manage widespread social discontent. And this presents an even more significant challenge that merely to take the crowd to the streets.

 

 

fot.ZURAB KURTSIKIDZE/EPA-EFE/Shutterstock

Categories: warsaw institute

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*