Kłopot z Erdoğanem

fot.Sedat Suna/EPA

fot.Sedat Suna/EPA

Zwycięstwo demokracji, czy wielkie czystki po nieudanym zamachu stanu na autokratycznego prezydenta? Ostatnie wydarzenia w Turcji nie dadzą się jednoznacznie zdefiniować. Jedno jest pewne – światu przybył kolejny powód do niepokoju.

To miał być pucz w starym, wypróbowanym stylu. I przez krótki czas wyglądało na to, że się udało. Zbuntowanej armii udało się zająć mosty nad Bosforem, przejąć główny port lotniczy w Stambule, zaatakować parlament w Ankarze i przejąć kontrolę nad państwową telewizją. Ale gdzież nowe technologie? Prezydent Recep Tayyip Erdoğan nagrał na telefonie komórkowym wideo wzywając swoich zwolenników do wyjścia na ulice i ochronę demokracji. Apel spotkał się z żywym odzewem. Turcy masowo wyszli na ulice otaczając czołgi i rozbrajając żołnierzy. Ci jednak w różnych miejscach otwierali ogień. W marszach przeciwko puczystom zginęło w sumie 265 osób. Ale Erdoğan wrócił do Ankary i zaczął polowanie na puczystów. I chyba nie tylko na nich. „To był przemyślany, choć źle przeprowadzony zamach stanu, którego celem było obalenie tureckiego rządu. I prawie się to udało“ – ocenia Aaron Stein, ekspert waszyngtońskiego think tanku Atlantic Council.

Osłabić armię
Ogłoszone przez Erdoğana i przywitane z radością przez Zachód „zwycięstwo“ demokracji nie jest już tak oczywiste. Prezydent Turcji wyraźnie zmierza w kierunku autorytaryzmu i umiarkowanego islamizmu, podczas gdy armia, która od 1960 roku czterokrotnie z powodzeniem obalała cywilne rządy, była zawsze bastionem sekularyzmu. Erdoğan przez ostatnie cztery lata próbował osłabić rolę wojska w życiu politycznym Turcji. Teraz wykorzystuje zamach do przeprowadzenia wielkich czystek, nie tylko w armii, ale także w administracji i sądownictwie. Zwolniono m.in. tysiące policjantów, sędziów i prokuratorów pod pretekstem sympatyzowania ze spiskowcami. Szacuje się, że łącznie uwięziono, zawieszono w obowiązkach lub wyrzucono z pracy 18,5 tys. osób.

W Turcji trwa stan wyjątkowy. Na ulicach pojawiło się wojsko. Mieszkańcy i turyści robią sobie zdjęcia z żołnierzami fot.Sedat Suna/EPA

W Turcji trwa stan wyjątkowy. Na ulicach pojawiło się wojsko. Mieszkańcy i turyści robią sobie zdjęcia z żołnierzami fot.Sedat Suna/EPA

Trudne czasy
Kryzys nie mógł nadejść w trudniejszym momencie. Turcja jest drugą pod względem liczebności i siły uderzenia armią Sojuszu Północnoatlantyckiego. Ale kraj ten stoi obecnie przed bardzo trudnymi wyzwaniami. Tuż za turecką granicą toczy się wojna domowa w Syrii, kryzys związany z napływem masy uchodźców wydaje się nie mieć końca, a tzw. Państwo Islamskie rozszerza swoje wpływy także na tureckim terytorium. Erdoğan walczy z ekstremistami (prawda, że według Zachodu nie nazbyt gorliwie) i musi sobie poradzić z 2,7 mln Syryjczyków. Nie wspominając już o trwających od dziesięcioleci zbrojnych dążeniach Kurdów do wybicia się na niepodległość.

Wielka czystka
Erdoğan znany jest z obsesji poszukiwania zawiązujących się wokół spisków i prób zamachu. Nie bez powodu – przeżył już kilkanaście prób nastawania na jego życie. Nic więc dziwnego, że to co przekazują z Turcji media zaczęło bardziej przypominać polityczną czystkę niż rzeczywiste poszukiwanie sprawców. Tylko że z demokracją nie ma to nic wspólnego. Działania Erdoğana bardziej przypominają represje w stylu irańskiego reżimu niż rzeczywiste poszukiwanie uczestników spisku zgodnie z regułami praworządnego państwa prawa.

Od 2,5 roku trwały już czystki w siłach bezpieczeństwa. Eliminowano zwolenników Fethullaha Gülena, byłego współpracownika prezydenta. Ten muzułmański duchowny żyje dziś na wygnaniu w Pensylwanii i odżegnuje się od jakiekolwiek roli w nieudanym spisku. Za to Erdoğan grozi Stanom Zjednoczonym ochłodzeniem relacji i zbliżeniem z Rosją. Sekretarz stanu USA John Kerry poparł ukaranie zamachowców, ale jednocześnie ostrzegł przeciwko posuwaniu się dalej w represjach wobec społeczeństwa. Turcja domaga się ekstradycji Gülena, na co Waszyngton nie ma specjalnie ochoty.

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan na gigantycznym posterze w centrum Stambułu fot.Sedat Suna/EPA

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan na gigantycznym posterze w centrum Stambułu fot.Sedat Suna/EPA

Erdoğan znany jest z obsesji poszukiwania zawiązujących się wokół spisków i prób zamachu. Nie bez powodu – przeżył już kilkanaście prób nastawania na jego życie. Nic więc dziwnego, że to co przekazują z Turcji media zaczęło bardziej przypominać polityczną czystkę niż rzeczywiste poszukiwanie sprawców. Tylko że z demokracją nie ma to nic wspólnego

Słabsza Turcja, słabsze NATO
Pojednawcze gesty wobec Rosji i czystki spędzają sen z powiek i politykom i ekspertom wojskowym Zachodu. Turcja dysponuje drugą co do wielkości armią w sojuszu północnoatlantyckim i jest bardzo ważnym czynnikiem stabilizującym sytuację na Bliskim Wschodzie. Aresztowanie ponad 6 tys. żołnierzy i oficerów na pewno nie wzmocni tureckiej armii. Za kratkami znalazł się co trzeci turecki generał. Miejsce usuniętej kadry zajmą ludzie mniej doświadczeni, co odbije się na zdolnościach bojowych. A przecież Turcja prowadzi dwie wojny – jedną z Kurdami, drugą z tzw. Państwem Islamskim. A każde zbliżenie z Rosją, będące wynikiem politycznej gry Erdoğana zakłóci obecną równowagę sił i osłabi południową flankę NATO.

Gigantyczne rozmiary mają także czystki przeprowadzane w szkolnictwie i na uniwersytetach. Pod pretekstem sympatyzowania z Gülenem zawieszono w obowiązkach dziesiątki tysięcy nauczycieli. Erdoğan najwyraźniej chce wykorzystać zamach jako pretekst do wprowadzenia własnych porządków. Tylko, ponownie, z demokracją nie ma to nic wspólnego.

 Zwolennicy prezydenta Erdogana na ulicach Stambułu fot.Sedat Suna/EPA

Zwolennicy prezydenta Erdogana na ulicach Stambułu fot.Sedat Suna/EPA

Koniec roli prymusa
Turcja od lat pokazywana była jako modelowy kraj, który skutecznie łączy swoje islamskie korzenie z modernizacją. Ankara wskazywana była jako wzorzec dla innych państw regionu. Nie bez przyczyny kraj aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej – zlaicyzowane społeczeństwo, przestrzegające podstawowych standardów zachodnich demokracji. Zamach wskazuje jednak na głębokie podziały nie tylko w tureckiej armii, ale także w całym społeczeństwie.

Erdoğan zdaje sobie jednak sprawę, że ma w ręku silne argumenty, które znacznie ograniczą możliwość ingerencji Zachodu. Ma u siebie miliony uchodźców i może straszyć wypuszczeniem ich na szlak bałkański pogłębiając kryzys w Unii Europejskiej. Bez wsparcia Ankary niemożliwe jest odniesienie zwycięstwa nad IS. To w tym kraju zlokalizowano bazę lotniczą Incirlik, z której Amerykanie atakują cele w Syrii i Iraku, i gdzie trzymają głowice atomowe. Z drugiej strony Turcja zawiedziona przedłużaniem się negocjacji w sprawie wejścia do UE może świadomie grać na Rosję, choć na dłuższą metę interesy tych krajów są rozbieżne. Prezydent zdaje sobie świetnie sprawę, że Zachód nie poświęci stabilności Turcji np. dla nowego rozegrania sprawy kurdyjskiej.

Na Turcję trzeba będzie uważać. Mandat popularności jaki Erdoğan otrzymał po zamachu może zostać wykorzystany w sposób zagrażający bezpieczeństwu Europy. Turcja zamiast być czynnikiem stabilizującym w tej części świata, może stać się kolejnym chorym punktem na styku Azji i Starego Kontynentu.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

Categories: Świat

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*