Komu powierzyć sprawę imigracyjną (i nie żałować swego wyboru)

Amerykańskie przepisy imigracyjne nie wymagają, aby cudzoziemiec mający sprawę przed USCIS czy przed sądem imigracyjnym (EOIR) był reprezentowany przez adwokata. Podobnie jak nie ma przepisu, który nakazywałby komuś korzystanie z opieki czy porady lekarza. Można się więc leczyć samemu lub przy „pomocy” znachora lub wróżki i można się reprezentować samemu w sprawie imigracyjnej lub za pośrednictwem cwaniaczki lub cwaniaka działających pod przykrywką jakiegoś adwokata, który sprawy sam nie prowadzi, tylko użycza swego nazwiska dla prowadzenia nielegalnej działalności etnicznym hochsztaplerom płci obojga (zob. ogłoszenia prasowe, w książce telefonicznej, audycjach i reklamach radiowych z uwagą „mamy adwokata”, itp.). Po paru dochodzeniach FBI i wyeliminowaniu oraz zagadkowej śmierci cwaniaków płci męskiej, przewodnią rolę przejęły w tym zakresie różne niewiasty. Czasami wygląda to tak, że amerykański adwokat reklamuje się, iż prowadzi takie a takie sprawy, przede wszystkim imigracyjne, i „mówimy po polsku”. Oczywiście bez sprecyzowania, że po polsku mówi pani, która prowadzi mu „sekcję imigracyjną” danej kancelarii a mecenas albo dzieli się z nią kasą, albo ją zatrudnia jako sekretarkę.

 

Jak wiemy, zarówno cwaniaczki działające na własną rękę lub pod przykrywką adwokata zawsze mają w pogotowiu mecenasa, który w razie ich niepowodzenia na pierwszym etapie „pomoże” ofiarze w sądzie, apelacji itp.

 

Problem jednak w tym, że i adwokat adwokatowi nierówny. Plagą środowisk etnicznych (nie tylko polskiego) jest to, że wielu adwokatów rozpoczyna zaraz po studiach swoją praktykę od spraw imigracyjnych. Przykłady można by mnożyć i mnożyć. Stan ten wynika z faktu, iż w Stanach Zjednoczonych prawnik po studiach nie przechodzi, inaczej niż np. w Polsce, żadnej praktyki zawodowej, czyli aplikacji. Kończy studia i na drugi dzień po zdaniu egzaminu licencyjnego (nie obejmującego przepisów imigracyjnych!) otwiera na najbliższym dostępnym rogu lub np. w pobliżu dużego sklepu w etnicznej dzielnicy, swoja kancelarię. Daje ogłoszenie w prasie etnicznej, radiu, tv (często ubrane jest ono w „wykłady” na tematy imigracyjne w oparciu o anglojęzyczne nowinki internetowe). Jeśli w zadufaniu zamieści do tego jeszcze swoje zdjęcie, to przynajmniej potencjalny klient może się zorientować w wieku danego prawnika/prawniczki i uważać na to, komu chce powierzyć swój los w USA. Ale i tu trzeba uważać, bo niektóre zdjęcia pochodzą z okresu szkoły średniej czy studiów i na ich podstawie trudno często rozpoznać daną osobę przy osobistym spotkaniu. Przykładów chyba nie trzeba podawać, wystarczy popatrzyć na ogłoszenia. Z drugiej jednak strony, dobrą stroną ogłoszeń ze zdjęciami jest to, iż czasami można po nich zorientować się, iż prawniczy greenhorn ma co prawda białe zęby, ale też brak mu zapewne doświadczenia ze względu na wiek.

 

Na szczęście są jednak i inne drogi pozwalające na upewnienie się, czy zamierzamy dokonać rozsądnego wyboru prawnika nie polegając na zdjęciu, chorobliwej informacyjnej nowinkowości czy częstotliwości słono opłacanych „występów” na falach radiowych czy telewizyjnych. Każdy, kto ma dostęp do internetu, może znaleźć potrzebną informację na stronach stanowej listy adwokatów uprawnionych do wykonywania zawodu w danym stanie. W Illinois jest to Attorney Registration and Disciplinary Commission (ARDC). Adres internetowy: https://www.iardc.org/index.html. Pod rubryką “Lawyer Search” można znaleźć informację, czy dana osoba jest rzeczywiście adwokatem, czy też tylko tak udaje np. w radiu. Ponadto są tam zamieszczone dwie nader ważne informacje: jedna o dacie dopuszczenia danej osoby do wykonywania zawodu adwokata, druga o tym, czy dany adwokat nie jest lub był zawieszony w prawie wykonywania swego zawodu. Pierwsza z nich pozwala na dokonanie rozsądnego wyboru, kierując się długością doświadczenia prawniczego a nie tylko np. położeniem kancelarii przy ruchliwej ulicy czy poradą (ten jest „najlepszy”) naganiającego danemu adwokatowi współpracujących z nim za opłatą agentów różnych biur. „Najlepszość” jest w takich przypadkach określana, z uwzględnieniem naszej wschodnioeuropejskiej mentalności, iż dany adwokat ma „wejścia” w USCIS lub EOIR i może wszystko, czego rzekomo nie mogą inni, załatwić po znajomości.

 

Informacje o legalnie działających adwokatach można też znaleźć w dostępnej w większych bibliotkach publicznych lub uniwersyteckich publikacji pt. „Sullivan’s Law Directory”. Zawiera ona informacje o wszystkich adwokatach zarejestrowanych w danym stanie oraz o dacie otrzymania przez nich licencji adwokackiej.

 

Rzecz jasna, samo umieszczenie na liście adwokatów nie gwarantuje, iż dany prawnik posiada wymagane doświadczenie lub godny jest zaufania. Sprawdzian taki daje jednak podstawę do dokonania właściwego wyboru. Niestety, wielu, którzy zaniedbali takiego sprawdzianu, pozostaje dziś w wyniku niepowodzenia w ich sprawie imigracyjnej w ukryciu w USA lub przebywa już w Polsce (na stałe).

 

Jeśli chodzi o poszukiwania na internecie, to po wpisaniu np. „adwokat imigracyjny” ukazuje się zawsze pierwszy ten, kto płaci np. Googlowi za umieszczenie go na pierwszym miejscu na danej stronie. Adwokaci dostają w tej sprawie regularnie oferty z różnych firm internetowych, które oferują każdemu, kto zapłaci umieszczenie jako pierwszego nazwiska na początku strony. Good luck, jak mówią Amerykanie, dokonując wyboru w ten sposób.

 

Dzięki staraniom wielu adwokatów i Amerykańskiego Stowarzyszenia Prawników Imigracyjnych (AILA) udało się w interesie publiczności doprowadzić do tego, iż biuro USCIS w Chicago ograniczyło i utrudniło pojawianie się w nim w roli „adwokatek” kilku niewiast, które uprzednio gremialnie przyprowadzały tam swoich klientów, udając przed nimi, że mają prawo do reprezentowania ich przed USCIS. Przed oficerem USCIS grały zaś rolę tłumaczki. Żadna z nich nie przychodziła nigdy do sądu imigracyjnego, bo zarówno sędzia, jak i prokurator wyrzuciliby je za drzwi. Od spraw w sądzie imigracyjnym miały one tych „najlepszych” adwokatów.

 

Oczywiście nawet sugerowane powyżej podejście może nie ustrzec danej osoby przed złym wyborem adwokata imigracyjnego. Wielu Czytelników zna pewnego chicagowskiego, niepolskiego pochodzenia, adwokata, który, dzięki zliberalizowanej przez prezydenta R. Reagana w czasie stanu wojennego w Polsce, polityce imigracyjnej wobec Polaków przebywających w USA, „załatwiał” masowo azyl, często w oparciu o fikcyjne dowody. Oczywiście, ci, którym się to udało, nie tylko byli zadowoleni, ale również stanowili przez jakiś czas źródło wysyłające kolejnych Polaków do tego adwokata.

 

Rzecz w tym, iż nie wiedzieli oni o dziesiątkach innych osób, którym azylu odmówiono, bo stwierdzono brak podstaw do przyznania go, i oni znaleźli się w postępowaniu deportacyjnym. Niżej podpisany miał okazję zapoznać się z wieloma takimi sprawami pracując wówczas w agendzie pozarządowej zajmującej się wyłącznie sprawami imigracyjnymi, TIA. Przychodzili tam ludzie oszukani przez polonijnych cwaniaków oraz nieuczciwych lub nieudolnych adwokatów, szukając ratunku w ich sprawach. Wspomniany sławny wówczas mecenas robił jednak, wraz z jednym z biur podróży, dalsze krocie na naiwnym żądaniu wielu swych ofiar, aby pomógł im, w takim razie, w sprawie przed sądem imigracyjnym. Kilka lat później i kilkanaście tysięcy dolarów mniej, dostawali często wyrok deportacyjny i do dziś przeklinają tego, kto ich do niego skierował, i oczywiście i jego samego. Dlatego też od czasu, kiedy administracje USA zaprzestały udzielać azylu Polakom, mecenas ten zniknął z polonijnego terenu i działa głównie wśród innych grup etnicznych. Jego polski „biznes” odziedziczył pewien agresywny „młody wilk”, ale i on z powodu podobnych, jak jego mentor praktyk, skończył utratą zaufania polskiej klienteli. Ale on też byl, według niektórych, „najlepszy” i miał rzekome „wejścia” w USCIS.

 

Jednym z przejawow takich kontaktów w USCIS i „wejść” było i jest jowialne, hałaśliwe i czynione możliwie tak, aby klient to widział, witanie się i głośne rozmawianie z cieciami przy wejściu do budynku oraz strażniczkami i recepcjonistami już wewnątrz budynku. Do tego, jak tylko zauważą wychodzącego do poczekalni oficera imigracyjnego, to wykrzykują w jego kierunku ostentacyjnie donośnym głosem powitania, na które tamci grzecznie starają się odpowiedzieć i uciekają, bo mają nakazane niespoufalanie się z adwokatami, aby uniknąć robienia publicznie wrażenia jakiejś zażyłości. Inne ich zachowanie mogłoby być dla obserwujących w poczekalni osób dowodem na wspomniane „wejścia” mecenasa, który ich napastuje. Wstyd bierze patrzeć na takie zachowanie, ale zapewne są naiwni, których to utwierdza w reklamowanym micie o „kontaktach” owego mecenasa w USCIS i przekazują tę bajkę innym potencjalnym klientom: „on tam zna wszystkich”. Zapominają tylko przyznać, iż chodzi tu najczęściej o wspomnianych ochroniarzy czy recepcjonistki na 1. (polskim) lub 2. piętrze chicagowskiego USCIS.

 

Jest jeszcze coś takiego jak polecanie adwokatów przez niektóre polonijne organizacje społeczne, ponieważ same one nie mają prawa do reprezentacji przed USCIS czy sądem imigracyjnym. Można to łatwo sprawdzić na stronie internetowej Board of Immigration Appeals (BIA która prowadzi listę wszystkich organizacji społecznych i ich pracowników, upoważnionych przez BIA do praktyki imigracyjnej. Adres strony: http://www.usdoj.gov/eoir/statspub/raroster.htm. Dlatego też organizacje te utrzymują listę adwokatów, do których kierują osoby zwracające się do nich o pomoc w sprawach imigracyjnych. Lista ta składa się m.in. z nazwisk adwokatów, którzy często zaczynają praktykę i chcą dotrzeć tą, w założeniu wzbudzającą zaufanie, drogą do polonijnych klientów, ale też i „weteranów”, do których nie trafiłby żaden polski klient, gdyby nie był skierowany przez polonijną organizację. W obu przypadkach dana organizacja nie ma możliwości weryfikacji profesjonalizmu osób, które lądują na jej liście i odesłanie przez nią do adwokata nie daje gwarancji dokonania dobrego wyboru prawnika imigracyjnego.

 

Jak widać z powyższego przeglądu, dokonanie trafnego wyboru osoby, której powierzy się do prowadzenia sprawę imigracyjną, nie jest łatwe. Nie ma też żadnej recepty na to, jak takiego trafnego wyboru dokonać. Można się jednak, poza własnym rozsądkiem, kierować polskim powiedzeniem: „nie wszystko złoto, co się świeci”, aby w ten sposób uniknąć znalezienia się w sytuacji „mądry Polak po szkodzie”.

 

Dr Leszek A. Sosnowski

Adwokat (25 lat praktyki w sprawach imigracyjnych) Law Office of Les A. Sosnowski 30 N. LaSalle (róg ulic LaSalle i Washington), pok. 3900, Chicago, IL 60602.Tel. (312) 726-1210. Zapraszam na stronę internetową www.lessosnowskilaw.com, gdzie można znaleźć liczne artykuły o tematyce imigracyjnej oraz odsyłacze (linki) do Biuletynu Wizowego, USCIS i Departamentu Pracy USA.

Napisz komentarz


pięć × 4 =