Packers – Bears 24:23 – z raju do piekła. Cudowny powrót Rodgersa

Po raz kolejny Aaron Rodgers stał się katem Bears fot.Tannen Maury/EPA-EFE/REX/Shutterstock

Green Bay Packers pokonali Chicago Bears 24:23 (0:7, 0:10, 3:3, 21:3) w pierwszym meczu NFC North i nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak gospodarze w ostatnich 20 spotkaniach 16 razy wygrywali, gdyby nie to, że goście prowadzili już 20:0 i nic nie zapowiadało, że losy meczu mogą się odwrócić. Po raz kolejny okazało się jednak, że w futbolu amerykańskim to, co wydaje się niemożliwe, staje się niekiedy faktem.

Pierwsze piętnaście minut było w wykonaniu Bears prawie bezbłędne. Prawie, bo jedyne niecelne podanie Mitchell Trubisky, po ośmiu skutecznych, zanotował dopiero w ostatnich sekundach pierwszej kwarty. Rozgrywający Bears świetnie współpracował z Taylorem Gabrielem, Trey’em Burtonem i Allenem Robinsonem II. Dwa razy skutecznie doprowadził zespół do czerwonej strefy. Za pierwszym razem sam zdobył przełożenie, dając prowadzenie Bears 7:0. Niewiele brakowało, by „Niedźwiedzie” zdobyli drugie, ale podanie było zbyt mocne i dobrze ustawiony Robinson nie był w stanie złapać piłki. Pocieszeniem były trzy punkty za celne kopnięcie z 26 yardów Cody’ego Parkeya w pierwszych sekundach drugiej odsłony i zwiększenie przewagi do 10:0.

Trubisky w miarę upływu czasu niestety gasł, za to, Khalil Mack rozbłysnął, udowadniając, że nieprzypadkowo jest najdroższym obrońcą w NFL. Już w pierwszej odsłonie ścigał Aarona Rodgersa, który czując presję, ani razu w trzech próbach nie odzyskał pierwszego podania. Gdy na początku drugiej kwarty rozgrywający Packers po powaleniu go przez Roy Robertsona-Harrisa musiał opuścić plac gry, Mack poczuł krew. Najpierw w dziecinny sposób odebrał w czerwonej strefie piłkę zmiennikowi Rodgersa DeShoe Kizerowi. W kolejnej akcji przechwycił odrzuconą przez niego piłkę, by po samotnym biegu zdobyć przyłożenie, podwyższając wynik na 17:0. Po raz pierwszy od 1982 roku udało się komuś w NFL w jednym meczu powalić rozgrywającego, przechwycić piłkę i zdobyć przyłożenie.

Gdy w trzeciej kwarcie kopnięciem z 36 jardów Parkeya Bears objęli prowadzenie 20:0, wydawało się, że po czterech kolejnych porażkach w końcu odniosą nad Packers zwycięstwo. I nawet pierwsze punkty gospodarzy po celnym kopnięciu Masona Crosby’ego nie osłabiły tego przekonania.

Katastrofa nastąpiła w czwartej kwarcie. Do gry powrócił Rodgers, wziął sprawy w swoje ręce i już na początku finałowej odsłony podaniem do Geronimo Allisona nie tylko zmniejszył deficyt do 10:20, również dał nadzieję, że jest jeszcze szansa, że nie wszystko jest już stracone. Potwierdzeniem tego było kolejne przyłożenie, tym razem Davante Adamsa. Wynik 17:20 już nie był nadzieją, był dla gości wyrokiem, a kopnięcie Parkeya na dwie i pół minuty przed końcem zwiększające przewagę Bears do 23:17 było tylko jego odroczeniem.

26 sekund później Rodgers uruchomił Randalla Cobba, który mijając obrońców Bears niczym narciarz bramki slalomowe, po 75 jardowym biegu wyprowadził Packers po raz pierwszy w meczu na prowadzenie 24:23. W tym momencie było wiadomo, że nic i nikt nie jest w stanie odwrócić losów meczu. Trubisky, który w drugiej połowie nie obudził się ani razu, miał na to osiem szans. Nie wykorzystał żadnej, w ostatniej dając się dopaść i powalić. Pięknie zaczął, marnie skończył, tak jak Bears, którzy przez trzy kwarty czuli się jak w raju, by ostatecznie przekonać się jak smakuje piekło.

Dariusz Cisowski

Categories: Sport

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*