Fonfara w cruiser? Czas na zmianę i nową nadzieję

Pojedynek z Adonisem Stevensonem był dla Andrzeja Fonfary prawdopodobnie ostatnim w wadze półciężkiej fot.Facebook

Andrzej Fonfara obiecywał przywieźć z Montrealu mistrzowski pas. Po raz drugi się nie udało. Powrócił jednak do Chicago z nadzieją i wiarę w to, że uda mu się podjąć kolejne próby walki o tytuł, jednak już w wadze junior ciężkiej, zwanej cruiser.

Polski Książę był łatwym łupem dla Adonisa „Supermana” Stevensona, który, nie po raz pierwszy potwierdził, że w obronie tytułu unika najwyżej notowanych przeciwników, dobierając takich, którzy „gwarantują” mu zwycięstwo. Przed walką był pewny zarówno w swoim zachowaniu, jak i wypowiedziach. Mówił tylko to, do czego był przekonany. Jak się później okazało, sprawdziło się to w prawie stu procentach. Prawie, ponieważ nie było zapowiadanego nokautu, ale skąd mógł przewidzieć, że sekundant jego przeciwnika wywiesi na początku drugiego starcia białą flagę. Fonfara również zachowywał pozory pewności siebie, zapewniał o dobrym przygotowaniu i zapowiadał, że mistrzowski pas przywiezie do Chicago. Jak się później okazało, nie sprawdziło się z tego nic, bo tak naprawdę chyba nikt, łącznie z nim samym, nie wierzył w to, że może się sprawdzić.

Walka była do jednej bramki, w dużej mierze za sprawą ciosu w skroń, zadanego w połowie pierwszej rundy, bardzo niebezpiecznego, po którym długo dochodzi się do siebie, niekiedy dopiero następnego dnia. To uderzenie spowodowało, że ze strony Fonfary nie było żadnej reakcji na kolejne. Szły one bezpośrednio na głowę, tworząc wrażenie, jakby to ona atakowała pięści Stevensona.

Po zakończeniu walki Polak wciąż przekonywał, że była do wygrania, że przeciwnik był do pokonania, dodając to, co wcześniej mówił po porażce z Joe Smithem, że podniesie się i wróci mocniejszy. „Wszystko za mną i wszystko przede mną”, napisał na jednym z portali społecznościowych, dodając, że po odpoczynku w Chicago powróci do ciężkich treningów w Kalifornii. Czy do Virgila Huntera? Tego nie powiedział.

Nowy trener niczego go nie nauczył w defensywie, nie zmienił też skuteczności ataku, by był on przeprowadzony tak, żeby nie nadziać się na kończącą kontrę. Również nawyki i skłonności pozostały nienaruszone. A może próbował to zrobić i okazało się, że Fonfara jest już na tyle ukształtowanym pięściarzem, że niewiele można zmienić w jego boksie, może nawet nic. I tutaj najlepszy trener nie pomoże. Z drugiej jednak strony fakt, że pojawił się on przy Polaku dopiero na kilka godzin przed pojedynkiem, bo był zajęty innymi swoimi podopiecznymi, daje dużo do myślenia. Przed walką o mistrzowski pas jest się przez cały czas przy tym, kto się o niego ubiega. Tak przynajmniej powinno być, ale w Montrealu tak nie było. Dlatego pytaniem jest to, czy można wiązać przyszłość z kimś, u kogo jest się tylko jednym z trybików, wcale nie najważniejszym. Czy nie należałoby zastanowić się nad zmianą szkoleniowego otoczenia.

Na razie sztab Fonfary myśli o zmianie kategorii wagowej. Po zakończonym pojedynku taką informację przekazał brat Polaka, będący jednocześnie jego menadżerem, dodając, że była to jego ostatnia walka w kategorii półciężkiej, że nowych szans na zwycięstwa i mistrzowskich aspiracji będzie teraz szukał w wadze junior ciężkiej z limitem 200 funtów.

Wprawdzie Fonfara później nieco zdystansował się od tej informacji, dając sobie kilka miesięcy na podjęcie ostatecznej decyzji, wydaje się jednak, że jest to już przesądzone. Nie wiadomo, czy przyczyną jest coraz większa trudność w zrzucaniu kilogramów i zasuszaniu się na siłę. A może Polski Książę szuka kolejnego wyzwania, chęci osiągnięcia czegoś innego, nowej wiary w zdobycie czegoś, czego nie udało się zdobyć w wadze półciężkiej.

Fonfara musi jednak brać pod uwagę to, że cruiser nie jest w USA zbyt popularny. Najlepsi walczą w Europie za dużo mniejsze pieniądze. Zagadką jest też to, czy łatwiej zrzucić kilka kilogramów, czy zyskać jeden kilogram mięśni, bez wspomagania i sterydowych sztuczek.

Zmiana kategorii mimo wszystko ma sens i wydaje się słuszna, co nie znaczy, że nie jest obarczona dużym ryzykiem. Pojedynki z czołowymi przedstawicielami cruisera, którzy mają pięści jeszcze bardziej twarde niż Stevenson, a ciosy ich ważą dużo więcej, mogą być naprawdę przykrymi doświadczeniami i przynieść trudne do przewidzenia konsekwencje. A przecież w sobotnią noc sam powiedział „mam dla kogo żyć, mam rodzinę, żonę, dziecko”.

Dariusz Cisowski

Categories: Sport

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*