Boniek: nasza grupa na mundialu trochę jak gra w pokera

Zbigniew Boniek: uważam, że w żadnym z trzech grupowych meczów nie jesteśmy faworytem i w żadnym nie czujemy się słabsi fot. Leszek Szymański/EPA/REX/Shutterstock

Prezes PZPN Zbigniew Boniek w świątecznej rozmowie przyznał m.in., że biało-czerwoni trafili na mundialu do grupy, która przypomina sytuację w pokerze. „Czterech siada do stołu i każdy myśli, że ma najlepsze karty. Trzeba być ostrożnym” – przestrzegł.

Polska Agencja Prasowa: Tuż po losowaniu grup mistrzostw świata z pana wpisu na Twitterze wynikało, że należy tonować nastroje, tymczasem na stronie PZPN powiedział pan, że zamieniłby się grupami może tylko z Rosją. Doprecyzujmy więc – Kolumbia, Senegal i Japonia to dobre losowanie?

Zbigniew Boniek: Jeżeli rozpatrujemy futbol w kategoriach teoretycznych, to można było wylosować gorzej, ale i lepiej. My często klasyfikujemy rywali ze względu na nazwę. To mnie trochę przeraża. Uważam, że w żadnym z trzech grupowych meczów nie jesteśmy faworytem i w żadnym nie czujemy się słabsi. Jeżeli będziemy rozpatrywać przez pryzmat rankingu FIFA, to okaże się, że źle patrzymy. Jesteśmy tak wysoko z kilku względów. Dziesięć najlepszych drużyn od dwóch lat zrobiło sobie „porozumienie kartelowe” i grało mecze między sobą, nie dając nam możliwości spotkania się z nimi. Dlatego, nie mogąc grać z najlepszymi, rezygnowaliśmy z meczów towarzyskich. I okazało się, że w rankingu zaszliśmy bardzo wysoko, co też oznacza słabość tej klasyfikacji, bo pewnie nie jesteśmy szóstą-siódmą drużyną na świecie.

– A którą?

– Moim zdaniem jesteśmy między 15. a 25. miejscem. Ale możemy oczywiście wygrać z trzecią, czwartą, piątą drużyną, bo mamy potencjał. Wiadomo, ranking jest taki, jaki jest. Uważam, że grupę na mundialu mamy bardzo ciężką, natomiast bardziej niż na rywalach skupiam się na naszej drużynie. Tu jest najwięcej do zrobienia. Bo jeśli miałbym ocenić wszystkie nasze mecze w eliminacjach, to wspaniale zagraliśmy w Rumunii, ale i zdarzyło się, że cierpieliśmy. Pomijając już wysoką porażkę w Danii, zremisowaliśmy 2:2 w Kazachstanie, męczyliśmy się u siebie z Armenią, kiedy bardziej powinniśmy przegrać niż wygrać. W Rosji nie zagramy jednak z drużynami klasy Armenii, ale z dużo lepszymi.

– Jak zatem trzeba z nimi grać?

– Na pewno nie tylko doświadczeniem. Musimy grać też polotem, siłą, wybieganiem, bo doświadczeniem meczu się nie wygra. Nasz selekcjoner doskonale wie, że mamy zawodników, którzy mogą grać przez 50-60 minut, niektórzy całego meczu w wielkim tempie nie wytrzymają. Dlatego musimy znaleźć odpowiednich zmienników. Mamy na to pół roku, trzeba to dobrze wykorzystać. Nie możemy myśleć, że na mundialu będziemy liczyć tylko na bramki i akcje ofensywne Roberta Lewandowskiego, bo to jest droga donikąd. On musi robić różnicę, ale w drużynie, która funkcjonuje ofensywnie. Mamy sto tysięcy rzeczy do zrobienia. Jeżeli to zrobimy, możemy jechać na mistrzostwa i grać dobrze. Wiemy, jaką mamy grupę. Jeśli z niej wyjdziemy, to mamy w 1/8 finału wariant Anglia albo Belgia, a ewentualnie później Niemcy lub Brazylia. Łatwo nie będzie, ale chcemy w tej wielkiej piłce uczestniczyć.

– Co sprawiło, że zdecydowaliście się na bazę w Soczi, miasto-gospodarza zimowych igrzysk 2014 i największy letni kurort w Rosji?

– Uważamy, że tam zastaniemy bardzo dobre warunki. Poza tym trzeba podkreślić, że w Rosji nie ma za dużo ośrodków spełniających nasze oczekiwania. Kiedy wpisaliśmy w komputerze, że chcemy mieć z naszej bazy na stadion nie więcej niż 20 minut drogi, podobnie z bazy na lotnisko, to nagle okazało się, że z 70 ośrodków w Rosji 60 zostało automatycznie zostało skreślonych z systemu.

– No to wielkiego wyboru tam nie było…

– Znaleźliśmy lokalizację, która jest bardzo dobra. Na pewno nasi piłkarze nie będą mogli narzekać na to, w jakich warunkach zamieszkają. Poza tym ciepło, czyli dobry klimat do regeneracji. Hotel znakomity, blisko morza. Do boiska treningowego mamy 15 minut autokarem. To około siedmiu kilometrów, ja mogę sobie pojechać rowerem. Nie ma powodów do narzekań.

– O bazie w Soczi myśleli też Niemcy, ale zrezygnowali…

– Niemcy chcieli być w Soczi, ale okazało się, że są już po nas i po Brazylii. I nie mieli boiska treningowego. Bo te, które były, zostały – po jednym – zarezerwowane przez nas i Brazylijczyków. Tak to wygląda.

– Baza już wybrana, coraz bardziej krystalizuje się program meczów towarzyskich przed mundialem…

– W marcu zmierzymy się z Nigerią i z Koreą Południową. Te zespoły w jakiś sposób odzwierciedlają mentalność i poziom drużyn, z którymi zagramy w grupie na mundialu. Oczywiście Nigeria to nie Senegal, ale gdzieś podejście do gry, sposób poruszania się po boisku, siła fizyczna są podobne. Jeżeli chodzi o czerwiec, bardziej koncentrujemy się na treningach, choć oczywiście, w celu zachowania rytmu, planujemy zagrać dwa mecze. Na pewno 12 czerwca o godz. 18 na PGE Narodowym w Warszawie zmierzymy się z Litwą. Po meczu wrócimy do hotelu i następnego dnia rano wylecimy do Rosji.

– Jak pokazują wyniki, mijający rok był gorszy dla polskiej piłki niż poprzedni. Owszem, kadra Adama Nawałki awansowała do MŚ, ale w 2016 roku osiągała lepsze rezultaty. Na dodatek reprezentacja do lat 21 w czerwcu spisała się bardzo słabo u siebie na Euro, a kluby szybko odpadły w europejskich pucharach…

– Jeżeli chodzi o wartość sportową, różnie ten rok można odbierać. Im wyżej się wchodzi, tym większe są oczekiwania i tym trudniej osiągać wyniki. W mijającym roku zorganizowaliśmy ME do lat 21, za które cały kontynent nas chwalił. Ale pod względem sportowym było źle. Liczyliśmy na coś więcej. Jest nad czym pracować. Ale pracujemy, taka jest piłka, są zwycięstwa i porażki. Kończy się rok, a mamy kadry do lat 17, 19 i 21, które wciąż liczą się w walce o awans do mistrzostw Europy. Dorosła reprezentacja jedzie na mistrzostwa świata. Ocena zależy od punktu widzenia. Jeżeli będziemy się uważać za potęgę światową, to będziemy zawiedzeni. Ale jeżeli ustalimy, że jesteśmy w futbolu średnim europejskim krajem, który dopiero tworzy podstawy, to możemy być usatysfakcjonowani.

– Ale na pewno nie futbolem w wykonaniu klubów…

– Naszym największym problemem jest poziom piłki ligowej, sposób, intensywność gry. Nie mamy drużyny, która rok w rok, regularnie osiąga jakieś drobne sukcesy. Nasza piłka jest dobra, dopóki gramy między sobą. My, jako PZPN, nie mamy przełożenia na funkcjonowanie klubów. To niezależne spółki akcyjne, które robią co chcą, tylko muszą spełniać określone warunki, związane m.in. z licencją. PZPN nie szkoli, my tworzymy koncepcje, mechanizmy, natomiast szkoli się w klubach. Dla kogo robimy Centralną Ligę Juniorów? Dla klubów, bo one szkoląc juniorów, mają możliwość rywalizacji. Podobnie Pro Junior System – opłaca się klubom szkolić młodzież, bo na tym można zarobić.

– Czyli widzi pan powody do optymizmu?

– Gdybym miał podsumować ten rok, to nie rozmawiałbym o reprezentacji, bo o tym mogą mówić wszyscy. Powiedziałbym raczej, co zrobiliśmy dla piłki młodzieżowej. My, Polacy, jesteśmy niecierpliwi. Chcemy zasiać dzisiaj, a jutro zbierać. Tak się nie da. Kiedy pięć lat temu przychodziłem do PZPN, to mieliśmy m.in. Młodą Ekstraklasę, w której nie bardzo było wiadomo, o co chodzi. Okazywało się, że to liga dla piłkarzy starszych, po kontuzjach, którzy grali nie wiadomo o co. Dzisiaj mamy trzy Centralne Ligi Juniorów, również Pro Junior System i trzydzieści Akademii Młodych Orłów, robimy zimowy i letni obóz dla 80 najbardziej uzdolnionych piłkarzy. Wprowadzamy też mobilne rozwiązania, z dwoma specjalistami, którzy będą jeździli po powiatach szkolić trenerów i robić mecze dla młodzieży. Owoce tego wszystkiego mają być za kilka lat.

– Zastanawiał się pan, co będzie z kadrą Nawałki po mundialu? Większość reprezentantów w 2018 roku będzie miała co najmniej 30 lat…

– To jedyny problem, który mnie… nie martwi. Żyjemy jakąś dziwną wizją. My mamy ciekawych, dobrych, młodych piłkarzy. Są Linetty, Zieliński, Kownacki, Milik, Kapustka, Frankowski, Bereszyński czy Jach, ale także m.in. Michalak, Żurkowski, Żubrowski, Kurzawa, Kądzior i inni. Są indywidualności, które mogą do tej kadry wejść i jej pomóc. Oczywiście, mamy w składzie piłkarzy po trzydziestce. Dzisiaj 32-33 lata to już takie wygaszanie światła w futbolu, po tym wieku jest inna wydolność. Ale nie martwię się o ich następców.

– Nie wszystkich da się zastąpić...

– Owszem. Mamy Lewandowskiego, ale jego, tak jak Ronaldo, Messiego i kilku innych, gdy skończą grać, nie da się zastąpić jeden na jeden. Tak jak kiedyś nie zastąpiło się Deyny, Bońka, itd. Gdy kiedyś Lewandowski skończy grać w piłkę, to będziemy musieli grać innymi. Świat się nie skończy. Zresztą nikt nie powiedział, że mamy papiery, żeby ciągle grać w wielkich imprezach. Holendrzy mają teraz dołek, Czesi też nie grają w MŚ 2018. Dlatego cieszmy się z tego, co mamy. Róbmy naszą piłkę i nie panikujmy.

– Wspomniał pan o Holendrach czy Czechach. Grupa śmierci na mundialu 2018 mogłaby wyglądać tak: Włochy, Holandia, Chile i USA. Tyle tylko, że żadna z tych drużyn nie awansowała…

– Taka grupa na pewno byłaby najsilniejsza. Choćby dlatego doceniajmy to, co mamy. Jeździmy na wielkie imprezy, gramy. Czego my chcemy? Gdzie jest napisane, że będziemy na pewno wszystko wygrywać. Kiedy słyszę moich kolegów eks-piłkarzy, którzy mówią, że po dwóch meczach mundialu będziemy już dalej, to… To brzydka cecha, brak szacunku dla przeciwników. Przecież Senegal ma np. Sadio Mane z Liverpoolu i wielu innych graczy z ligi angielskiej.

– Włosi bardzo przeżywają brak awansu? To dla nich sportowy koniec świata?

– Tam przez rok mieli alibi, że są z Hiszpanią w grupie. Wiedzieli, że ewentualnie jest drugie miejsce w grupie, które daje możliwość gry w barażu. Ale w tym barażu (ze Szwecją – PAP) przegrali. To dla nich było jak wybuch Wezuwiusza. Zupełnie nie byli na to przygotowani. Zresztą dowodem jest fakt, że teraz obserwujemy tam trzęsienie ziemi. Nie ma już prezesa i trenera kadry. Nie mają praktycznie niczego. Ale to ich problem.

– My mamy swoje. Całe szczęście, że mundial dopiero za pół roku, bo w ostatnim czasie kontuzje leczyli lub wciąż leczą m.in. Milik, Piszczek, Jędrzejczyk, Błaszczykowski i Rybus, a np. Krychowiak rzadko grał w klubie…

– Pozostało sześć miesięcy i do tego czasu na pewno musimy być przygotowani. Zwrócę uwagę na coś innego. Mamy niektórych piłkarzy dobrych na 70 minut gry. Ale my, biegając na mundialu przez 70 minut, nic nie ugramy. Charakterystyczną cechą naszych rywali w grupie jest to, że są wybiegani, silni fizycznie, mocni. I my musimy tak samo grać. Czyli musimy znaleźć młodych piłkarzy. Nie mówię jeszcze o zmianie pokoleniowej, ale muszą być wszyscy gotowi i trzeba trochę świeżej krwi. Nasza grupa jest ciężka, bo każdy może wygrać z każdym. To nie jest grupa z Armenią i Kazachstanem, gdy wiedzieliśmy, że jeśli nie popełnimy błędów, to wygramy. Tutaj można nie zrobić błędów i przegrać. Trochę jak w pokerze, gdy czterech siada do stołu i każdy myśli, że może wygrać, bo ma najlepsze karty. Trzeba być ostrożnym.

– Trener Adam Nawałka to człowiek, który nie lubi zmian. Przed mundialem kadra ma bardzo podobny harmonogram jak przed Euro 2016. Te same hotele, ośrodki, nawet ostatni rywal ten sam – Litwa. A na turnieju znów zamieszkacie nad morzem. Analogii jest więcej, ale… czy nie za dużo? Może należało wprowadzić jakąś nowość?

– Na boisku zwycięski skład trzeba zmienić. Inteligencja w sporcie polega na tym, żeby robić zmiany, nie czekając na porażki. I my te zmiany musimy zrobić, jeżeli chodzi o drużynę. Natomiast jeżeli chodzi o format przygotowań, to wszystko było dobrze zrobione i nie ma sensu nic ruszać. Skoro ten schemat się sprawdził, to idziemy w tym samym kierunku. Przecież nie znajdziemy lepszego ośrodka niż w Arłamowie.

– Litwa na koniec przygotowań to trochę taki talizman?

– To dla nas dobry rywal. O co mielibyśmy grać kilka dni przed mundialem? O to, żeby wygrać 3:0 i ogłosić całej Polsce, że jesteśmy najlepsi na świecie? My chcemy po prostu zachować rytm meczowy. Litwa jest idealnym rywalem przed turniejem.

– Jeden z meczów na mundialu w Rosji – z Japonią na koniec fazy grupowej – Polska zagra w Wołgogradzie. We wrześniu 1977 roku reprezentacja, z panem i Adamem Nawałką w składzie, przegrała tam towarzyskie spotkanie z ZSRR 1:4. Pamięta pan to miasto?

– Szczerze mówiąc, nic nie pamiętam. Nawet tego, że grałem w takim meczu.

– Rok później był mundial w Argentynie. Jakie ma pan wspomnienia? Inauguracyjny mecz z Niemcami (0:0), gdy wszedł pan za Włodzimierza Lubańskiego w 79. minucie? Trzeci mecz grupowy, z Meksykiem (3:1), gdy strzelił pan dwa gole? A może arcyważne spotkanie w drugiej fazie turnieju z Argentyną (0:2), w nocy polskiego czasu?

– Moje pierwsze skojarzenie to optymizm i siła naszej drużyny, choć mówię o nastrojach jeszcze przed mundialem. A już na mistrzostwach, pamiętam, najpierw przyjechaliśmy wieczorem do hotelu w Rosario, a następnego dnia do takiego centrum, gdzie był golf klub, boiska, spotykaliśmy się z dziennikarzami. Spędzaliśmy tam całe dni. Piłkarsko też dobrze pamiętam ten mundial. Kiedy jechałem na mistrzostwa, byłem wybrany piłkarzem wiosny w Polsce, najlepszym zawodnikiem naszej ligi. Ale nie miałem pewnego miejsca w kadrze. Tam się to wszystko szatkowało.

– Kłopoty bogactwa czasami mogą być przeszkodą…

– To był chyba nasz największy problem w MŚ 1978, że za dużo było ludzi do grania, a selekcjoner każdemu chciał dać szansę. A tak to nie funkcjonuje. Jednego dnia ławka rezerwowych, a następnego pierwszy skład. Raz ten, raz tamten. A to Boniek, a to Iwan, a to Szarmach, itd. To tej drużynie nie pomogło. Byliśmy szalenie silni, jednak z perspektywy czasu myślę, że 5-8. miejsce to wszystko, na co było nas stać. Wiadomo, jaka była presja, żeby triumfowała Argentyna…

– Cztery lata później mundial w Hiszpanii i trzecie miejsce, a po drodze pana trzy gole z Belgią (3:0).

– Mistrzostwa 1982 to był taki trochę strach, jechaliśmy w nieznane, bo długo nie graliśmy meczów towarzyskich, jedynie sparingi z klubami. Ale jak zaczynaliśmy turniej, byliśmy przekonani, że jesteśmy mocni. I po dwóch pierwszych meczach zaczęły się cztery dni niepewności. Pojawiło się ryzyko wczesnego odpadnięcia.

– Remis 0:0 z Włochami nie był złym wynikiem, ale identyczny rezultat z Kamerunem przyjęto w kraju z rozczarowaniem. Dopiero zwycięstwo nad Peru 5:1 rozwiało wątpliwości…

– Kamerun był dobrym zespołem. Zresztą ja nie wiem, może na mundialu w Rosji zremisujemy 0:0 z Senegalem, tak samo z Kolumbią i wygramy wysoko z Japonią? Życzyłbym naszej reprezentacji, żeby zanotowała takie wyniki. Bo miałaby pięć punktów, a z takim dorobkiem na pewno wchodzi się do 1/8 finału.

– Wtedy po dwóch remisach czekało Peru, czyli – w tamtym okresie – naprawdę silny zespół.

– Oczywiście. Peru wówczas to m.in. Cubillas, Uribe, Velasguez, bramkarz Quiroga. Po pierwszej połowie było 0:0, ale później nasza niepewność przeszła w euforię. Zwycięstwa dają takie uczucie. Nastąpiła eksplozja przekonania, że jesteśmy mocni.

– W 1982 roku po raz ostatni rozgrywano drugą fazę grupową. W niej odbył się m.in. wspomniany mecz z Belgią. Najlepszy w pana karierze?

– Czy ja wiem? To chyba trochę przejaskrawienie. W dorosłej karierze byłem wysuniętym pomocnikiem, mogłem występować jako napastnik, defensywny pomocnik, a nawet środkowy obrońca. W Juventusie, gdy nie miał kto grać, bodaj w dwóch meczach występowałem na środku defensywy. W Romie grałem pół sezonu i nie przegraliśmy meczu. Mogłem być ustawiany naprawdę wszędzie, na prawej stronie, na lewej. W związku z tym rzadko strzelałem trzy gole. Nie byłem typowym napastnikiem, klasyczną „dziewiątką”. Dlatego mecz z Belgią to taki mój bilet wizytowy, ale uważam, że było dużo spotkań, w których grałem podobnie.

– Przed mundialem w Hiszpanii ostatni mecz towarzyski rozegraliście ponad pół roku wcześniej, na pożegnanie z kadrą Jana Tomaszewskiego, gdy ulegliście w Łodzi Hiszpanii 2:3. Później byliście siedem miesięcy bez oficjalnego spotkania… Inna sprawa, że mogliście trochę to zrekompensować bardzo długimi zgrupowaniami…

– Rzeczywiście, obecnie sytuacja jest zupełnie inna, sposób obcowania, bycia ze sobą na zgrupowaniach. Wtedy nie mieliśmy internetu, smartfonów. Graliśmy w karty, byliśmy razem od rana do wieczora. Sympatyczne wieczory, grupa się cementowała. To nie tak jak dzisiaj, że zawodnicy są na zgrupowaniu i czasami słowa ze sobą nie zamienią.

– W 1986 roku graliście na mundialu w Meksyku, czyli m.in. pamiętne piekło w Monterrey. Krzysztof Pawlak wspominał kiedyś w rozmowie z PAP, że w meczu z Portugalią (1:0) schudł pięć kilogramów…

– Było ciężko. W Meksyku od początku, gdy przylecieliśmy, nie myśleliśmy, żeby coś wygrać, tylko żeby się nie skompromitować i jak najpóźniej odpaść. To szalona różnica. Co innego jechać na turniej i myśleć, żeby zwyciężyć, a czym innym jest cel – nie przegrać. Męczyliśmy się strasznie od pierwszego do ostatniego meczu. Ale oprócz tego graliśmy całkiem dobrze. Nawet w przegranym 0:4 meczu 1/8 finału z Brazylią przez 30 minut prezentowaliśmy się świetnie. Jedną z bramek rywale zdobyli z rzutu karnego, którego nie powinno być, bo faul miał miejsce przed polem karnym.

– Temperatura też się panu dała we znaki?

– Okropność. Byliśmy zakwaterowani w Monterrey w jakiejś bursie, czymś w rodzaju akademika. Mieliśmy na każdy posiłek 350 metrów i 104 schody do pokonania. Za każdym razem.

– To już przed treningiem byliście zmęczeni…

– Nie byliśmy przygotowani logistycznie, ale chyba również mentalnie. Do futbolu zaczynała wchodzić nowa generacja piłkarzy, która „atakowała”, ale jeszcze nie grała. To nowe pokolenie – zdolne, dobre – było, według mnie, symbolem innej Polski. Wkraczał kapitalizm, zaczynały się postawy nieco roszczeniowe. Dużo oczekiwań, a mniej dawania od siebie. Ci piłkarze mogli mieć roszczenia, bo byli znakomici, ale w sumie jeszcze nic nie zdobyli. I chyba niewielu z nich osiągnęło to, do czego byli predysponowani.

Rozmawiał Maciej Białek (PAP)

Categories: Sport

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*