Adwokat diabła

Cody Parkey: to, co się zdarzyło, będzie przez bardzo długi czas żadlić fot.Facebook

Trawienie porażki Chicago Bears z Philadelphia Eagles trwa do dziś. Kopacz Cody Parkey został publicznie zlinczowany za porażkę i wyeliminowanie z rozgrywek. Zdecydowana większość nie przyjęła do wiadomości tego, że w tym sezonie miał on w czwartej kwarcie 11 celnych kopnięć na 12 oddanych, że w niedzielnym meczu w trzech bezbłędnych trafieniach zdobył dziewięć punktów. Liczy się tylko to, że w sezonie regularnym pomylił się dziesięć razy, pięć razy obijał słupek, a w niedzielę zawiódł w najważniejszej próbie swojej pięcioletniej kariery w NFL po raz jedenasty. Próba usprawiedliwienia tego, to tak jak stanie się adwokatem, który podjął się obrony diabła. Jest jednak pora, by przypomnieć kilka faktów, które za porażkę nie obarczają jedynie Parkeya. Również inni w jakimś stopniu, mniejszym lub większym, przyczynili się do niedzielnej przegranej, która stała się prawie chicagowską żałobą.

Władze ligi w poniedziałek oficjalnie zmienili pudło z 43 jardów na blok przez obrońcę Eaglesa Treyvona Hestera. Palcem dotknął on piłki, w sposób na pierwszy rzut oka niewidzialny, ale na tyle skuteczny, by zmienić jej lot, w wyniku czego najpierw odbiła się od słupka, później od poprzeczki, by w końcu opaść na zewnątrz.

Parkey, który w Chicago był pod ostrzałem na długo przed meczem za 10 nieskutecznych kopnięć, w tym pięć słupków w sezonie zasadniczym, po zakończeniu meczu nie cofnął się przed mediami, stanął naprzeciwko nim, dzieląc się swoimi refleksjami i smutkiem.

– Nie można wszystkiego przewidzieć i założyć. Czuję się okropnie, wyrzuciłem zespół z rozgrywek i mam tego świadomość. Myślałem, że uderzyłem świetnie piłkę i próbowałem zagrać na wiatr. Naprawdę nie ma na to odpowiedzi, nie udało mi się i to zrzucam na siebie. Jutro znowu zaświeci słońce, ale niestety to, co się zdarzyło, będzie przez bardzo długi czas żądlić – powiedział tuż po zakończeniu spotkania.

Błędy i niedoróbki

Kiedy bitewny kurz opadł, a emocje zostały wyciszone, przyszedł czas na dokładniejszą analizę tego, co wydarzyło się w niedzielny wieczór na Soldier Field. Analizę skoncentrowaną nie tylko na feralnym kopnięciu na dziesięć sekund przed upływem czasu, również tego, co to kopnięcie poprzedzało.

Szczególnie sporo niedoróbek i niedomówień było przy dwóch przyłożeniach Eagles.
Przy pierwszym w trzeciej odsłonie meczu obrona, która była tak fundamentalnie zdrowa i unikająca błędów przez większość sezonu, w momencie podania Nicka Folesa do Dallasa Goederta, miała na boisku tylko 10 ludzi. Gdyby był komplet 11, być może nie zmusiłoby to osamotnionego Adriana Amosa do pojedynczego krycia „łapacza” Eagles. Zanim jednak do tego doszło, wcześniej był personalny faul wspomnianego Amosa, kara za…zbyt dużą ilość zawodników na boisku oraz przewinienie Prince Amukamary. Zbyt duża ilość zawinionych okoliczności, by móc mówić o przypadku i nieszczęśliwym zbiegu okoliczności.

Równie dużo ich było w czwartej odsłonie. Gdyby na siedem minut przed końcem meczu, przy stanie 15:10 dla Bears, Mitchell Trubisky powtórzył to, co zrobił z 49ers, kiedy utrzymał piłkę ponad pięć minut, i z Vikings, kiedy była ona w jego posiadaniu jeszcze dłużej, możliwości Eagles przeprowadzenia ostatecznej akcji, byłyby bardziej ograniczone. Niestety piłka po błędzie Howarda, który stracił dwa jardy i dwa niecelne podania rozgrywającego gospodarzy, została oddana rywalom na 4,48 minut przed końcem.

Na domiar złego, wprowadzający ją do gry Patrick O’Donnell kopnął zaledwie na 36 jardów. Jego przeciętna w sezonie wynosiła 45 jardów, gdyby do niej się zbliżył, Eagles miałyby do pokonania znacznie dłuższą drogę, co przy szybko upływającym czasie zmusiłoby rywala do podejmowanie szybkich i nie do końca przemyślanych decyzji. Foles bezlitośnie ten prezent wykorzystał. Szybko podprowadził zespół do czerwonej strefy i po nieudanych trzech pierwszych podejściach, sfinalizował czwarte. Po raz czwarty w swoim czwartym meczu play-off oszukał i przechytrzył rywala. Gdyby Bears przerwali to podanie, o ostatnich 56 sekundach nikt by już nie pisał, nie mówił i nie rozpamiętywał. Po prostu już by ich nie było.

Drugie wejście Goulda?

Decyzja generalnego menadżera Bears Ryana Pace’a pozbycia się kopacza Robbie’go Goulda zawsze budziła wątpliwości. Nasiliły się one szczególnie teraz, po tym, jak wpadka Parkeya rozpaliła namiętności, żal i rozczarowanie.

Gould w Bears grał 11 sezonów, będąc ich najdłużej utrzymującym się aktywnym graczem i wszechstronnym liderem. Jego kariera w Chicago została przerwana tuż przed rozpoczęciem sezonu 2016. Od tego czasu grał dla Giants i 49ers i w ciągu trzech lat jego rekord był imponujący. Na 85 prób aż 82 były celne. Nikt w NFL nie mógł się takimi statystykami pochwalić. Tymczasem kopacze Bears zanotowali w ciągu tego okresu tylko 60 celnych kopnięć na 79 oddanych, co było najgorszym osiągnięciem w lidze.

Faktem jednak jest, że 2015 rok nie był dla Goulda tak wspaniały, jak poprzednie, choć wciąż był ponadprzeciętnym kopaczem, o czym świadczy wynik 33-39 i kilka kopnięć z odległości powyżej 50 jardów z najdłuższym wynoszącym 55. W pamięci kibiców tkwią jednak jego niecelne próby w końcówkach meczów z 49ers i Redskins, które kosztowały Bears nie tylko zwycięstwa, być może nawet play-off. Czara goryczy została przelana, kiedy Gould w sezonie przygotowawczym nie trafił raz z pola i dwa razy za jeden punkt. Wtedy Pace wymyślił Connora Bartha, który miał być lepszy, a jak to się nie udało, a próby z Mike Nugentem i Cairo Santosem też nie wypaliły, w klubie pojawił się Parkey, który wcześniej próbował zaistnieć w Browns i Dolphins. Pace podpisał z nim czteroletni kontrakt za 15 milionów dolarów, w tym dziewięć gwarantowanych.

Zagadką jest, czy po niedzielnej historii, dostanie szansę na grę w kolejnym sezonie. Czy władze klubu dojdą do wniosku, że 11 niecelnych kopnięć, to wystarczający powód do tego, by kontrakt rozwiązać, nawet kosztem milionowych strat. A może też dojdą do wniosku, że należy odkurzyć ponownie Goulda, który po zakończeniu sezonu stanie się wolnym agentem, czekającym na oferty i wcale nie jest wykluczone, że nie skorzysta z szansy powtórnego wejścia do tej samej rzeki. W niedzielę był na trybunach Soldier Field i ciekawe, czy miał satysfakcję z tego, co się stało, czy wszedł w skórę Parkeya. Przecież równie dobrze i jemu, w takim momencie i w takich okolicznościach mogłoby się to przydarzyć.

Dariusz Cisowski

Categories: Sport

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*