Metodologia gwałtu

fot.skeeze/pixabay.com

fot.skeeze/pixabay.com

Kultura gwałtu”, podobnie jak „poprawność polityczna”, to pojęcie będące kością niezgody w politycznych i światopoglądowych sporach. Według konserwatystów to jedynie feministyczna fantasmagoria, liberałowie grzmią o systemowym społecznym problemie. W sporze gubi się jego sedno – przemoc seksualna, której ofiarami i sprawcami mogą stać się nasze dzieci.

Był późny styczniowy wieczór 2015 roku. Dość chłodno, nawet jak na kalifornijskie warunki, pogoda w sam raz, żeby zarzucić bluzę lub lekki sweter. Dwaj mężczyźni jadący na rowerach przez kampus Uniwersytetu Stanforda zauważyli, że za śmietnikiem dzieje się coś dziwnego. Kiedy podjechali bliżej, zobaczyli leżącą na ziemi półnagą kobietę i mężczyznę, który na ich widok zaczął uciekać. Nie zastanawiając się długo, ujęli go. Mężczyzną okazał się 20-letni Brock Turner, student pierwszego roku, uniwersytecki pływak i stypendysta. Kobieta leżąca pod śmietnikiem okazała się pijaną, nieprzytomną ofiarą gwałtu.

Gonienie króliczka

Badania nad przemocą seksualną na amerykańskich uniwersytetach sięgają lat 70. ubiegłego wieku. Z tego okresu pochodzi określenie „kultura gwałtu”, po raz pierwszy użyte wtedy przez wojujące feministki. Kultura gwałtu to system przekonań zakorzenionych w nas przez wychowanie, szkoły, kulturę masową i media. Podstawą kultury gwałtu jest obarczenie ofiary winą za bycie zgwałconą i usprawiedliwianie sprawcy, który „poszedł za głosem instynktu”. Przekonanie to opiera się na założeniu, że kobieta jest sama sobie winna poprzez prowokacyjny strój, przebywanie po zmroku w miejscach, gdzie może dojść do ataku, picie alkoholu i branie narkotyków w towarzystwie mężczyzn, umawianie się na randki w miejscach odludnych lub prywatnych (np. w domu), czy zachowania i wypowiedzi o seksualnych konotacjach i podtekstach. Kobiety, które ubierają się i zachowują prowokująco, porównuje się do właścicieli domów, którzy zostawiają je otwarte na noc, a później dziwią się, że zostali okradzeni. Stąd częste przeświadczenie, że zgwałcona kobieta ponosi, jeśli nie całą, to przynajmniej część odpowiedzialności za gwałt.

Zakorzeniony w naszej kulturze model mężczyzny jako zdobywcy i kobiety jako obiektu do zdobycia owocuje całym spektrum zachowań seksualnych i przekonań, najczęściej błędnych, dotyczących oczekiwań kobiet i ich intymnych granic. Powszechna wśród mężczyzn jest opinia, że kobieta, która na propozycję seksualną reaguje oburzeniem lub odmową, w rzeczywistości pragnie zbliżenia, wręcz wymaga od mężczyzny, by nie odpuszczał, zdobył, choćby siłą i przymusem. W męskim słowniku kobiece „nie” często oznacza „tak”. Według danych Centers for Disease Control and Prevention – 19,3 proc. kobiet pada ofiarami gwałtu lub jego próby w ciągu swojego życia.

Jedna na cztery, czy sześć na tysiąc?

Badania przeprowadzone przez National Institute of Justice w roku 2000 objęły 5 tys. studentek dwóch amerykańskich szkół wyższych. Ich wyniki były zatrważające. Okazało się, że ofiarami gwałtu lub jego próby pada od 20 do 25 proc. studentek, czyli jedna na cztery. Wyniki badań stały się głównym orężem w rękach zwolenników teorii o kulturze gwałtu. „Jedna na cztery” stało się głównym hasłem zwolenników hipotezy o kulturze gwałtu, która urosła do rangi społecznego systemowego problemu. Na uniwersyteckich kampusach, kosztem federalnych grantów, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać centra pomocy psychologicznej dla ofiar kampusowych gwałtów. Z braku zajęcia skupiły się na prewencji i edukowaniu kobiet (oraz mężczyzn), w jaki sposób gwałtu uniknąć. Ofiary gwałtów przeżywały swoje tragedie w samotności, w najlepszym razie zwierzając się przyjaciółkom. Te same badania wykazały bowiem, że zgłaszanych jest zaledwie pięć procent przypadków seksualnej przemocy.

W 2104 r. na stu amerykańskich kampusach odnotowano po 10 lub więcej przypadków gwałtów. Niechlubnymi rekordzistami zestawienia zostały uniwersytety Brown i Connecticut, gdzie zgłoszono 43 gwałty. W Illinois, na Uniwersytecie Knox odnotowano w 2014 r. 14 gwałtów, na kampusie University of Illinois w Champaign – 9, a Northern Illinois University – 8.

Zaatakowani poczuli się natomiast konserwatyści, mający na pieńku z ruchami feministycznymi, którzy zanegowali istnienie kultury gwałtu i podważyli rozmiar seksualnej przemocy oraz ich korzeni – wychowania w kulcie macho i wyuczonej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie pogardy wobec kobiet. Nie bez racji wytknęli autorom badań szereg błędów. Pytanie zadawane przez ankieterów brzmiało: „Czy padłaś ofiarą praktyk, które określić można by było jako gwałt?”. Te odpowiadały twierdząco, choć w rzeczywistości często nie doszło do gwałtu, a do innej formy naruszenia intymności, jak niechciane całowanie czy natrętna próba rozbierania w czasie randki. Innym problemem zdaniem krytyków był sposób docierania do respondentów: w badaniu brały udział tylko ochotniczki, które same zgłaszały się do badaczy, a w nagrodę za udział dostawały kartę rabatową na zakupy.

fot.RyanMcGuire/pixabay.com

fot.RyanMcGuire/pixabay.com

Konserwatyści wytoczyli swoje działa i powołali się na badania przeprowadzone przez US Department of Justice w latach 1995-2013. Objęły one 160 tys. kobiet w wieku od 18 do 24 lat, zarówno studentek, jak i kobiet, które ukończyły edukację na szkole średniej. Wyniki badań potwierdziły teorię o feministycznym spisku: okazało się, że częściej gwałcone są kobiety niebędące studentkami – 7,6 na tysiąc, w porównaniu do studentek – sześć na tysiąc. 80 proc. znało gwałciciela, tyle samo nie zgłosiło gwałtu, z czego 16 proc. uznało incydent za nieistotny i niewarty zgłaszania. Tu z kolei z krytyką wystąpili socjologowie liberalni, kwestionujący metodologię i rezultaty badań. Ponownie problemem okazał się sposób doboru uczestników. Badacze dzwonili do domów wybranych z książki telefonicznej Amerykanów i pytali, czy młode kobiety padły ofiarą przemocy seksualnej w okresie ostatnich sześciu miesięcy, często nie rozmawiając bezpośrednio z nimi. Zdaniem krytyków, ojciec czy matka, z którymi rozmawiał ankieter, mogli nie wiedzieć, czy ich córka została zgwałcona. Metodologia została podważona, ponieważ badacze wiedzieli z kim rozmawiają, co wykluczyło anonimowość ankiety. Z kolei nawet niedoświadczony badacz wie, że wstyd jest czynnikiem skutecznie powstrzymującym ofiary gwałtów przed dzieleniem się swoją krzywdą z innymi, w szczególności z rodzicami. Problematyczne było też zawężenie okresu czasu do ostatniego półrocza, tym bardziej, że do większości przypadków uniwersyteckiej przemocy seksualnej dochodzi w pierwszych miesiącach pierwszego roku studiów, kiedy statystyczna ofiara ma 19-20 lat, podczas gdy górna granica wieku grupy docelowej wynosiła 24 lata.

Konflikt pomiędzy liberałami a konserwatystami, który rozgorzał na osi seksualnej przemocy oraz spór o samo istnienie kultury gwałtu spowodowały, że dyskusja przeniosła się na poziom światopoglądowy, ignorując ofiary seksualnej przemocy i ich dramat. Podobnie jak sedno sprawy, czyli gwałt.

Wstyd i lęk

Skutki gwałtu to przede wszystkim zespół stresu pourazowego i wszystko co się z nim wiąże, czyli koszmary nocne, poczucie ciągłego zagrożenia, uporczywe powracanie do momentu gwałtu. Także uzależnienia; wiele ofiar gwałtów zaczyna pić na umór, żeby zapomnieć o doznanej krzywdzie. – Miałam pacjentkę, która przyznała się do bycia ofiarą gwałtu dopiero po trzecim DUI. Dziewczyna dostała na kampusie „pigułkę gwałtu”, ale nigdy nikomu nie powiedziała o tym, że została zgwałcona. Bała się, że wszyscy się od niej odwrócą. Miała przekonanie, że gwałt był jej winą, ponieważ napiła się tego wieczoru alkoholu – mówi psycholog Katarzyna Pilewicz.

„Miałam pacjentkę, która przyznała się do bycia ofiarą gwałtu dopiero po trzecim DUI. Dziewczyna dostała na kampusie „pigułkę gwałtu”, ale nigdy nikomu nie powiedziała o tym, że została zgwałcona. Bała się, że wszyscy się od niej odwrócą”

Gwałt odbija się na całym życiu kobiety. Jego ofiary odczuwają lęk przed intymnością, mają problemy z tworzeniem związków, utrzymywaniem intymności i bliskości, nie ufają mężczyznom. Często uważają się za zbrukane, a swoje ciało za nieczyste i obrzydliwe. Zgwałcone zostaje nie tylko ciało, także poczucie bezpieczeństwa i wartości własnej kobiety.

– Ofiarom gwałtu pomagam pozbyć się poczucia winy. Z mojej praktyki pamiętam dziewczynę, która przyszła do mnie nazajutrz po gwałcie, do którego doszło podczas chicagowskiego festiwalu Lollapalooza. Natychmiast wszystko z siebie wyrzuciła, płakała, waliła pięściami w ściany i podłogę, wyła z bólu. Dopiero potem, kiedy się uspokoiła, mogłyśmy pracować nad jej poczuciem winy i psychologicznie wyszła z gwałtu bez wielkich uszkodzeń. To rzadki przypadek, bo z reguły kobiety nie mówią o gwałcie, trzymają go w sobie przez lata. Spotykam pięćdziesięciolatki, które po raz pierwszy w trakcie terapii mówią, że zostały zgwałcone jako młode dziewczyny – dodaje Pilewicz.

fot.Antranias/pixabay.com

fot.Antranias/pixabay.com

Doszła po minucie

O kulturze gwałtu zrobiło się ostatnio głośno przy okazji procesu wspomnianego już 20-letniego studenta Uniwersytetu Stanforda, Brocka Turnera. Proces młodego mężczyzny zatrzymanego na gorącym uczynku, kiedy za śmietnikiem dobierał się do pijanej do nieprzytomności dziewczyny, pokazał, że opinia publiczna oraz amerykański wymiar sprawiedliwości dokonują osobliwej zamiany miejsc – sprawcę traktują jak ofiarę, a ofiarę – jako winną poniesionej krzywdy. Choć Turner został uznany za winnego napaści seksualnej, usłyszał wyrok… 6 miesięcy więzienia i 3 lat nadzoru kuratorskiego, choć kodeks karny przewiduje w takich przypadkach nawet 14 lat pozbawienia wolności. Po ogłoszeniu wyroku ojciec mężczyzny napisał list do sędziego, apelując o złagodzenie kary zbyt surowej za „20 minut akcji”. Ubolewał, że w wyniku procesu syn stał się tak zestresowany, że przestały smakować mu jego ulubione steki. Rodzina i znajomi oskarżonego przedstawiali go jako ofiarę okoliczności, świetnego studenta i sportowca, któremu „po kilku głębszych” zdarzyła się chwila słabości. Sędzia przychylił się do ich opinii i skrócił wyrok do trzech miesięcy. Medialna narracja towarzysząca procesowi podtrzymywała stereotyp, określając dziewczynę jako „pijaną nieprzytomna ofiarę gwałtu”, a sprawcę jako „obiecującego uniwersyteckiego pływaka”, chłopaka, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie, winnego co najwyżej pochopnej decyzji i skorzystania z okazji. Czarę goryczy przelało stwierdzenie gwałciciela, że dziewczynie podobał się seks za śmietnikiem, a po minucie miała orgazm. Nie udało się podważyć jego wersji, gdyż ofiara nic nie pamiętała, a ocknęła się dopiero w szpitalu.

Nie znaczy tak…”

Najnowsze badanie z 2015 r. przeprowadzone przez Association of American Universities na 150 tys. studentek z 27 szkół wyższych wykazało, że 20 proc. z nich doświadczyło kontaktów seksualnych, na jakie nie wyraziły zgody, ale wśród wymienionych zachowań były też takie jak dotykanie czy całowanie. Badanie było dobrowolne i przeprowadzone na ochotnikach.

Inne, przeprowadzone na Uniwersytecie Kentucky, było obowiązkowe dla wszystkich studentów, wzięło w nim udział 24 300 młodych ludzi, obojga płci. Pięć procent z nich twierdziło, że bez ich zgody doszło do penetracji oralnej, waginalnej lub analnej. 88 proc. kobiet odpowiedziało, że nigdy nie zostawiły napoju lub drinka ani nie piły nic ofiarowanego przez nieznanych mężczyzn. 25 proc. przyznało się do konsumpcji alkoholu lub narkotyków na randce i przed uprawianiem seksu. Większość zaatakowanych studentek padło ofiarami osób, które znały, czyli kolegów z uczelni. Okazało się, że studentki mieszkające w akademikach są trzykrotnie bardziej narażone na gwałt niż mieszkające poza kampusem.

W październiku 2010 r. grupa studentów prestiżowego Uniwersytetu Yale skandowała pod żeńskim akademikiem „Nie znaczy tak, tak znaczy anal” i śpiewała sprośne piosenki. Młodzi mężczyźni należący do studenckiej organizacji Delta Kappa Epsilon (tej samej, do której w czasie studiów należał George W. Bush) w ten sposób świętowali przyjęcie w swoje szeregi nowych członków, a seksistowski wybryk był częścią rytuału inicjacyjnego. Wybryk stał się symbolem panującego na amerykańskich uczelniach kultu męskości i rozbuchanego mizoginizmu, czyli pogardy wobec kobiet traktowanych jako obiekty seksualnej chuci. Studenci zostali tymczasowo zawieszeni, a sprawa ucichła. Reakcje protestujących przeciwko kulturze gwałtu studenckich organizacji broniących praw kobiet uznano za przesadne. Obraźliwe hasło powróciło w 2014 r., tym razem namalowane na prześcieradle i wywieszone przez studentów Texas Tech University podczas zakrapianej imprezy. Bractwo zostało zlikwidowane, a jego członkowie wysłani na obowiązkowe zajęcia z zapobiegania przemocy seksualnej.

Imprezujący studenci byli zaskoczeni reakcją rektoratu, ich zachowanie wpisywało się przecież w obowiązujące standardy i tradycje amerykańskiego życia akademickiego, gdzie kultura gwałtu wciąż kwitnie w najlepsze. W 2104 r. na stu amerykańskich kampusach odnotowano po 10 lub więcej przypadków gwałtów. Niechlubnymi rekordzistami zestawienia zostały uniwersytety Brown i Connecticut, gdzie zgłoszono 43 gwałty. W Illinois, na Uniwersytecie Knox odnotowano w 2014 r. 14 gwałtów, na kampusie University of Illinois w Champaign – 9, a Northern Illinois University – 8.

fot.Deannachka/pixabay.com

fot.Deannachka/pixabay.com

Noszę to w sobie

Ofiara Brocka Turnera od początku pragnęła pozostać bezimienna. Nie chciała procesu, wielokrotnie powtarzała, że satysfakcję przyniosą jej przeprosiny Turnera i jego przyznanie się do winy. To nie wydarzyło się ani na sali sądowej ani poza nią. Zamiast tego stała się ofiarą procesu określanego przez socjologów jako powtórna wiktymizacja: została upokorzona przez prawników sprawcy, którzy przedstawili ją jako rozwiązłą obyczajowo alkoholiczkę, która sprowokowała podchmielonego, ale w gruncie rzeczy porządnego młodego mężczyznę.

W poczuciu bezsilności dziewczyna napisała list do gwałciciela, opublikowany na portalu BuzzFeed News. Oto jego fragment: „Cierpienie po gwałcie to jedno. Ale znoszenie tego, że ktoś bezwzględnie zabiega, by obniżyć rangę tego cierpienia, jest jeszcze gorsze. Twój upadek był widoczny: zostałeś odarty z zaszczytów, tytułów… Mój niedostrzegalny. Noszę to wszystko w sobie. Zabrałeś mi moją wartość, prywatność, moją chęć życia, mój czas, bezpieczeństwo, intymność, moją pewność siebie, odebrałeś mi głos”.

Grzegorz Dziedzic

gdziedzic@zwiazkowy.com

 

Categories: Społeczeństwo

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*