Jakiej płci jesteś, czyli pozew za pozew

fot.dinky123uk/pixabay.com

fot.dinky123uk/pixabay.com

Czy zdarzało się państwu natknąć w publicznej toalecie na osoby, których wygląd świadczył, że znalazły się w niewłaściwym miejscu? Właśnie w tej sprawie rząd w Waszyngtonie wytoczył proces Karolinie Północnej. A Karolina Północna – Waszyngtonowi.

Niemal każdy z nas doświadczył w życiu takiej sytuacji: oto w damskiej toalecie pojawia się ktoś wyglądający jak mężczyzna i bez żenady staje w ogonku do kabiny. Albo odwrotnie – w męskim wychodku pojawia się ktoś, kto na pierwszy rzut oka nie wygląda jak facet. Najczęściej kończy się na konsternacji i zdziwionych spojrzeniach. Jeśli ktoś zdobędzie się na odwagę i zapyta, co dana osoba robi w tym miejscu, w odpowiedzi może usłyszeć: jestem kobietą (w pierwszym przypadku) lub jestem mężczyzną (w drugim). I prawnie może mieć rację co do swojej przynależności do jednej z dwóch płci. Ale nie znaczy to wcale, że znajdować się będzie w toalecie legalnie.

Łazienkowe regulacje

Problem praw osób po operacji zmiany płci i ich dostępu do sanitariatów przestał być tylko marginalną ciekawostką. Tak zwana ustawa łazienkowa (bathroom bill) przyjęta przez Karolinę Północną wywołała ostrą reakcję w Waszyngtonie.

Nowe prawo weszło w życie w marcu. Karolina Północna zobowiązała wszystkie osoby transseksualne do korzystania z publicznych toalet zgodnie z przynależnością płciową figurującą na ich metrykach urodzenia, czyli przed zmianą płci. Na czym polega przyjęta w tym południowym stanie formuła „first-of-its-kind statute”? Krótko mówiąc – kobieta, która po operacji zmiany płci stała się mężczyzną, nadal musi korzystać z toalet dla pań. I odwrotnie – stanie się kobietą nie daje byłemu mężczyźnie z urodzenia przywileju wejścia do damskiej łazienki.

Rząd w Waszyngtonie uznał jednak, że takie rozwiązanie narusza fundamentalne prawa obywatelskie. Prawniczka Departamentu Sprawiedliwości Vanita Gupta wysyłała listy do różnych przedstawicieli południowego stanu, ostrzegając, że legislacja jest sprzeczna z prawami człowieka. Pojawiły się hasła bojkotu Karoliny Północnej oraz perspektywa kosztownej batalii sądowej.

I tak się stało. Rząd federalny i Północna Karolina zaskarżyły się nawzajem. Pozew i kontrpozew można traktować w kategoriach jeszcze jednej anegdoty dotyczącej amerykańskiego życia politycznego. Ale sprawa ma dużo głębsze podłoże, ukazujące głębokość zmian społecznych, jakich doświadcza Ameryka.

Kto ma być chroniony?

Wystarczy przyjrzeć się dokumentom sądowym i wytaczanym argumentom. Administracja Baracka Obamy w pozwie skierowanym przeciwko Karolinie Północnej zarzuca stanowym władzom, że ustawa kwestionująca prawa osób po zmianie płci pozbawia ich należnej ochrony legislacyjnej. Mowa jest o „stygmatyzacji i piętnowaniu pracowników transseksualnych, co skutkuje ich izolacją oraz wykluczeniem. Utrwala to przeświadczenie, że nie są oni godni równego traktowania oraz szacunku” – twierdzi Biały Dom. Eksperci rządu federalnego przy okazji przypominają, że zewnętrzne pierwszorzędne cechy płciowe „stanowią ważny komponent przynależności płciowej, ale nie zawsze przesądzają o rzeczywistej płci danej osoby”.

Urzędników Departamentu Sprawiedliwości najbardziej jednak oburzyło oświadczenie wicegubernatora Karoliny Północnej Dana Foresta, który oznajmił, że antydyskryminacyjne rozporządzenia w Charlotte „dałyby pedofilom, przestępcom seksualnym i dewiantom zielone światło do podglądania chłopców i dziewcząt rozbierających się i korzystających z toalety”.

Według prokurator generalnej USA Loretty Lynch pozew toczy się nie tylko o toalety. Dotyka godności oraz szacunku należnego obywatelom. Lynch przypomniała o doświadczeniach tego południowego stanu jeszcze z czasów niewolnictwa. Kontekst był oczywisty – to osoby transseksualne są teraz uciskaną grupą tak jak niegdyś Afroamerykanie. Lynch przypomniała bowiem o całym szeregu procesów sądowych, które stały się kamieniami milowymi na drodze do emancypacji mniejszości. Włącznie z orzeczeniami sądu apelacyjnego, który opowiedział się po stronie praw osób transseksualnych. Porównała też opór stanowego parlamentu do niechęci, jaką w niektórych regionach USA budziły związki osób tej samej płci. „To ostatnie prawo zostało uznane za przywilej wynikający z zapisów konstytucji – przypomniała o nie tak dawnym orzeczeniu Sądu Najwyższego – teraz, po tym historycznym triumfie mamy do czynienia z legislacją, która uderza w mniejszości seksualne”. Mówiła o wrodzonej „niechęci przed nieznanym” i „niechęcią do zmian”. I o konieczności kultywowania takich wartości jak współczucie, otwartość umysłów, dywersyfikacja i akceptacja.

 fot.Unsplash/pixabay.com

fot.Unsplash/pixabay.com

Kobieta, która po operacji zmiany płci stała się mężczyzną, nadal musi korzystać z toalet dla pań. I odwrotnie – stanie się kobietą nie daje byłemu mężczyźnie z urodzenia przywileju wejścia do damskiej łazienki

Południe: to nadużycie kompetencji

Szczegóły pozwu administracji podano do wiadomości publicznej podczas konferencji prasowej w tym samym dniu, w którym to Karolina Północna oskarżyła rząd federalny. Stanowe władze uważają, że chronią praw człowieka pracowników z administracji Karoliny Północnej. Zarzucają też Waszyngtonowi nadużywanie kompetencji rządu federalnego.

Według prawników reprezentujących Karolinę Północną mamy dodatkowo do czynienia z radykalną nadinterpretacją praw człowieka na poziomie federalnym. W praktyce może to ułatwić wstęp do toalet dla osób płci przeciwnej każdemu, kto będzie utrzymywał, że zmienił identyfikację płciową.

Kto ma orzekać o płci?

Zdaniem prawników – znów wracamy do fundamentalnego pytania: kto w sensie prawnym i w jaki sposób orzeka, i powinien orzekać o płci obywatela? Powszechność i łatwy dostęp do operacji zmiany płci sprawiły, że trzeba wyjść poza uznanie biologicznej przynależności do rodzaju męskiego lub żeńskiego w chwili urodzenia albo stwierdzenia, że ktoś jest nosicielem chromosomów XX lub XY. Ale do kogo powinna należeć ostateczna wykładnia – sądów, Departamentu Sprawiedliwości, czy Kongresu – pozostaje kwestią otwartą. W każdym jednak przypadku rozdział VII federalnej ustawy Civil Rights Act z 1964 roku oraz rozdział IX ustawy edukacyjnej z 1972 roku zabraniają jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na płeć. I to niezależnie od tego, kto w danym momencie czuje się kobietą lub mężczyzną.

Republikański gubernator Karoliny Północnej Pat McCrory nie bez racji zauważył, że cały kraj stanął przed nowym, złożonym problemem emocjonalnym. Mówił o konieczności znalezienia równowagi między prawem do prywatności a prawem do równości. Jednak jego zdaniem to raczej Kongres powinien zająć się dokładnym doprecyzowaniem prawa dotyczącego dyskryminacji płciowej zamiast toczyć boje na salach sądowych. A prokurator Loretta Lynch zapomina najwyraźniej, że prawo do normalnego życia i poczucia bezpieczeństwa mają przede wszystkim zwykli użytkownicy toalet i innych miejsc publicznych. Załatwianie zwykłych potrzeb fizjologicznych powinno być czynnością prozaiczną, bezpieczną i nie ma nic wspólnego z niechęcią do zmian.

Jolanta Telega

j.telega@zwiazkowy.com

 

Categories: Społeczeństwo

Comments

  1. roman
    roman 15 maja, 2016, 12:56

    Prawo do prywatnosci to jedna sprawa. Ale nigdzie nie czytalem, ze nowe regulacje lazienkowe naszej „superadministracji” i naszego „superprezydenta” moga byc wykorzystane przez roznego rodzaju zboczencow do molestowania glownie dzieci ale i osob doroslych. Tyle mowi sie i pisze o ochronie dzieci przed molestowaniem, a z drugiej strony w majestacie „prawa” stwarza sie takie mozliwosci. Wladze Karoliny Polnocnej maja zupelna racje. A wiekszosc dziennikarzy wsadzila glowy w piasek w imie poprawnosci politycznej. Nie uwazam, ze osoby transseksualne sa zboczencami, ale niektorzy moga nimi byc. Natomiast wielu zboczencow wykorzysta taka okazje, jezeli do korzystania z lazienki wystarczy oswiadczenie, ze czuje sie kobieta lub mezczysna.

    Reply this comment

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*