Zrealizowane marzenie podróżnicze polonijnego młodzieńca

Wieści z Centrum Wagabundy:

„Centrum Wagabundy” ma przyjemność poinformować, że plan młodego samochodowego pilota – CEZARA SOCHACKIEGO został wykonany bez zarzutu. Gratulujemy z całego serca wykonania tego ciekawego przedsięwzięcia naszemu najmłodszemu członkowi klubu. Do wspaniałego sukcesu przyłączyła się bezpieczna jazda doświadczonego kierowcy, którym był nasz obieżyświat Jędrek. Dziękujemy serdecznie też wszystkim, którzy wsparli Czarka ideę i przyczynili się w ciekawym wypełnieniu czasu podczas wakacyjnej jego podróży. Po szesnastu dniach intensywnej podróży, po nakreślonej pętli zapalonego młodzieńca, witaliśmy go w miejscu startu – klub „Centrum Wagabundy”, Phoenix, Arizona. Choć zaraz po przywitaniu niemalże padł z braku snu i zmęczenia, uśmiechnięta twarz młodego bohatera mówiła sama za siebie. Nie było przykrych niespodzianek na trasie.

 

Swoje pierwsze marzenie życia Cezar zrealizował klubowym samochodem, jakim jest Oldsmobile „Cutlass Supreme S” marki GM z roku 1997, bez zarzutu. Nie mogło być inaczej, pojazd i główny wykonawca zadania tworzyli idealny team rówieśników – 13-latków. Nie przydarzyły się większe problemy po drodze, które by utrudniły wykonanie zadania. Pomocną rolę odegrał w podróżowaniu przyszykowany specjalnie na tę okazję „TripTik” przez arizoński „AAA” (American Automobile Association), z uwagami i szczegółami drogowymi na zakreślonej pętli.

 

Przez okres podróży pozycyjny GPS z AutoGuardu – Polska wskazywał pozycję pojazdu na trasie, którą można było śledzić za pomocą internetu. W klubie wiedzieliśmy, gdzie są podróżnicy w odpowiednim czasie niezależnie od przysyłanych e – mailów. Cezar pokazał nam prowadzony dzień po dniu skrupulatnie notatnik podróży, który posłuży mu w pisaniu przyszłej książki pt.: „Moja pierwsza monitorowana samochodowa pętla”. Uzupełnieniem książki będą zdjęcia obrazujące ciekawe momenty na nieznanej mu trasie. Książka wydana będzie pod koniec tego roku w dwóch językach (po polsku i angielsku). Będzie zachętą do realizowania podobnych wyczynów, w okresie wakacyjnym, przez młodych zapaleńców podróży. Myślę, że książka będzie też dobrym materiałem do filmu. Dzięki Cezarowi będzie uzupełnione wydanie książki pt.: „Poradnik trampingu turysty zmotoryzowanego” o jego ciekawe spostrzeżenia po drodze.

 

Dla potwierdzenia swojego śladu podróży Cezar uwiecznił również wpisami z wizytujących miejsc w specjalnym „Albumie spotkań, przeżyć i wspomnień”, z którym podróżuje po świecie od 1998 roku będąc jeszcze pod opieką rodziców.

 

Swoją przygodą jak i materiałami z podróży Cezar podzieli się w zorganizowanym wrześniowym spotkaniu „Centrum Wagabundy”. O szczegółach poinformujemy.

 

Joanna Marciniak

Rzecznik Prasowy “Centrum Wagabundy”

USA, Phoenix, lipiec 2010

 

***

 

Czarek o podróży (reportaż):

 

CZOŁEM RÓWIEŚNICY !

 

Tak jak pisałem, lubię długie samochodowe wycieczki. Motocyklowe mam przed sobą, mam jeszcze za krótkie nogi. Teraz, po spełnieniu mojego marzenia, polubiłem je jeszcze bardziej, będą moją pasją. A to dlatego, że podróżując daleko w świecie od domu co chwila zmienia się wszystko przed oczami. W pętli widoki i chwile się nie powtarzają. Podniosłem swój poziom nauki. Tą wycieczką zacząłem budować swoją życiową historię. Nie odczuwałem tego siedząc w domu, kiedy dzień podobny jest do dnia, ta sama dyscyplina, te same widoki, ci sami ludzie dookoła i te same nudy.

 

Jak zakładałem – to najważniejszym moim celem, jest udowodnienie sobie i pokazanie rówieśnikom, że można nudne wakacje spędzić na drodze pod opieką rodziców. Spędzić je przyjemnie i pożytecznie z daleka od „złych” znaków naszych czasów, wzbogacając swój dorobek w podróżowaniu i budując życiową historię. Nie bałem się tego wyzwania. Będąc wychowankiem jednego z ognisk „Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy” im. Kazimierza Lisieckiego „Dziadka” w Polsce zahartowałem w sobie wywiązanie się z nałożonych obowiązków, które uczyły mnie pokorności i odpowiedzialności za czyny. A, że wszystkie ogniska były jak jedna rodzina, to panował zwyczaj do wychowawców odnościć się przez: „wujku” i ciociu”. Tak mi pozostało do dziś.

 

Podstawowe punkty, których przestrzegałem:

 

1) Robiłem plan działania poprzedniego dnia na dziś,

 

2) Byłem aktywny i miałem zawsze chęć do pomocy,

 

3) Byłem punktualny i sumienny w wykonywaniu zadania,

 

4) Wstawałem na czas bez problemu o każdej porze,

 

5) Nie grymasiłem, byłem cierpliwy,

 

6) Pisałem co dzień pamiętnik na laptopie,

 

7) Trzymałem higenę osobistą,

 

8) Uprawiałem gimnastykę w wolnych chwilach,

 

9) Nie jechałem dłużej niż 4 godziny „max” i postój,

 

10) Miałem porządek w torbie i dookoła,

 

11) Śledziłem pogodę,

 

12) Nie marnowałem pieniędzy po drodze,

 

13) Byłem prawdomówny i myśłem przed mówieniem.

 

Przedstawię trochę danych z podróży:

 

Stany, przez które przejechałem zamykając po lądzie samochodową pętlę:

 

Było ich razem 28. Oto one: Start – Arizona, New Mexico, Texas, Louisiana, Mississippi, Alabama, Florida, Georgia, South Carolina, North Carolina, Virginia, Maryland, Washington D.C., Delaware, New Jersey, New York, Pennsylvania, Ohio, Michigan, Indiana, Illinois, Wisconsin, Iowa, Nebraska, Kansas, Colorado, Utah, Nevada, California, Arizona – Meta.

 

W ciągu 16 dni przemierzyłem około7,500 mil (12,500 km). Spędziłem w samochodzie około 120 godzin (około 5 nocy i dni), w hotelach 3 zatrzymania, reszta u przyjaciół. Dziennie odbywałem od 200 do 600 mil (300 do 1000 km), czego średnia wyniosła 450 mil dziennie (800 km/dzień). Jechałem z podróżną szybkością 65/80 mil/godz. (100/125 km/godz). Przestrzegałem dozwoloną maksymalną szybkość w poszczególnych stanach, która wahała się od 65 do 80 mil na godzinę (100 do 125 km/godz.). Można było jechać o 5 mil szybciej, policja przymykała oko. Stołowałem się w przydrożnych restauracjach i w gościnie podczas odwiedzin.

 

Co było z moimi odpoczynkami?

 

Podczas tej wielkiej dla mnie pętli, w której nie miałem wystarczająco czasu na wałęsanie się, znalazłem miejsce na krótsze i dłuższe odpoczynki nie licząc zatrzymywań w wytyczonych miejscach do odpoczynku przy autostradach. Pokrótce przedstawię niezapomniane momenty opisując obszerniej w przyszłej książce.

 

Pierwszym odpoczynkiem było zatrzymanie się u „wujka” Mariana Wielądka na jego ranczo niedaleko Houston, Teksas. U niego po kilkudziesięciogodzinnej jeździe odprężyłem się jazdą „quadem”

i na koniu. A to, że lubię łowić ryby, próbowałem szczęścia w stawie na jego posiadłości, ale bez powodzenia.

 

Po dobiciu nad Atlantyk z ciekawością zwiedziłem „Space Kennedy Center”, w którym najbardziej zaciekawił mnie samolot bezzałogowy, sterowany elektronicznie. Zażywałem kąpieli na plaży „Daytona Beach”, kóra jest jedyną na świecie pozwalającą jeździć samochodami po niej. Zwiedziłem stadion wyścigów samochodowych „Daytona 500” dzięki uprzejmości robotników remontujących go. Na krótko przed zamknięciem udało się zwiedzić nam Fort Pułaskiego w Savannach. Dosłownie wpadliśmy na ostatnią projekcję filmu orientacyjnego.

 

Dłuższy pobyt zgodnie z planem był w Nowym Jorku. Był to nakreślony półmetek wyprawy. Tam urozmaiciłem swój pobyt wspólną jazdą z „wujkiem” Andrzejem Okułą na „jetski” z Howard Beach w stronę otwartego oceanu. Odbyłem spotkania w redakcjach polonijnych, a z „wujkiem” Stasiem Malinowskim zwiedziłem wyspę Manhattan z jej wieżowcami, jeżdżąc nowojorskim metrem.

 

Jadąc nad wodospad Niagara Falls zatrzymaliśmy się w posiadłości starego przyjaciela Jędrka – „dziedzica” Andrzeja Jakubiaka z jego stadniną wyścigowych koni, pod Albany. Miałem tam okazję i przyjemność siedzenia na prawdziwym wyścigowym koniu, który kręcił się nerwowo razem ze mną. Coś mu nie przypadłem do gustu. A że lubię zwierzęta – bawiłem się tam z psami, kurkami, świnkami, kozami i gołąbkami.

 

W Chicago czas poświęciłem na wizyty przyjaciół, których poznałem w Phoenix i na wywiady w TV i redakcjach prasowych. Jeździłem na harleyu z „wujkiem” Piotrkiem Knopfem po autostradzie z szybkością 75 mil/godzinę. Wiatr oczy mi zamykał. A „ciocia” Dorota Rawicka zaprosiła nas do jadłodajni polskiej „Czerwone Jabłuszko” z otwartym barem przepysznego jedzenia. Zafundowałem sobie chciany od dawna polski obiad – dwa kotlety schabowe, ziemniaki, sałata i kompot. Ledwo zjadłem, już lodami podzieliłem się z kierowcą. Ostatnią noc spędziliśmy w rezydencji „cioci” Teresy i Zbyszka Wodzińskich, bawiąc się do późna z dwiema fretkami, które chciałem zabrać do Arizony. Wujek pozwolił a ciocia nie dała.

 

Czasu nie starczyło, żeby wszystkich znajomych odwiedzić.

 

W Stevens Point odwiedziliśmy redakcję „Gwiazdy Polarnej”, a przy okazji połapałem sobie z „wujkiem” Jackiem Hilgirem ryby w tamtejszym jeziorze. Udało mi się złowić niedużą catfish.

 

W drodze powrotnej odpoczywając nad Green River (Zieloną Rzeką) złowiłem rybę podobną do płotki. A w Las Vegas zaliczyłem dwa showy w kasynie „Circus – Circus”. Tam zagrałem ukradkiem na maszynie, i …nic.

 

Po dobiciu nad Pacific pochodziłem tylko po plaży „Wenecja” w Santa Monika, rezygnując z pływania z powodu mgły i zachmurzonej pogody. Drogę powrotną, zamykającą pętlę rozpoczęliśmy wjazdem z bulwaru nadmorskiego w austradę międzystanową I-10 (I=Interstate) i pomknęliśmy prosto do domu. Tym samym zaliczyłem w całości jazdę po autostradzie I-10 z zachodu na wschód, łączącą dwa oceany – Pacyfik i Atlantyk.


Z krótkim odpoczynkiem na paliwo i kawę po drodze dobiliśmy do punktu startu już skończonej szczęśliwie eskapady mojego życia. Gdy poczułem chłód w domu, padłem ze zmęczenia, gdy dotchnąłem łóżko. Podróż odbyłem w samochodzie bez klimatyzacji, więc gorączki wokoło miałem dosyć. Nawet nie byłem w stanie podzielić się przygodami z czekającą mamą i siostrą Joasią. Przełożyłem opowiadanie na następny dzień.

 

Może ta wielka i szybko przebiegająca przygoda pilotowania podróży byłaby ciekawym tematem do napisania scenariusza filmowego. Wyprawa była realizowana w szybkim tempie i urozmaicona ciekawymi niespodziankami. A było ich sporo. Film byłby ciekawy i interesujący, sugerujący młodszej widowni jak można spędzić czas wzbogacając swój bagaż dotychczasowej wiedzy praktycznej i teoretycznej. Jestem gotowy do współpracy w przyszłości z każdym zainteresowanym.

 

Dla przyjaciół przygotuję we wrześniu specjalnie „Slide Show”, by podzielić się w „Centrum Wagabundy” swoimi przygodami z tej interesującej podróży w moim życiu. Zdradzę też swoje plany na przyszłość. Już zapraszam wszystkich ciekawych tej „wycieczki wakacyjnej”.

 

Czarek Sochacki

P.S. Macie pytania, napiszcie do mnie, podzielę się uwagami: centrumwagabundy@yahoo.com, lub: Cezar Sochacki, 3715 E. Taylor Street, Phoenix, AZ 85008, USA

 

USA, Phoenix, lipiec 2010

 

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*