Z Warszawy pod Matterhorn

część II – Szwajcaria


Wreszcie przyszedł czas na moją drugą część tegorocznej europejskiej podróży, mianowicie na wyprawę do Zermatt w Alpach Pennińskich w Szwajcarii. W Szwajcarii byłem już parę razy, ale tylko w jej części północnej i wschodniej, w Zurychu, Bazylei, Chur, we wspaniałym kąpielisku termalnym Bad Ragaz i w jednym z dwóch najsławniejszych kurortów wysokogórskich St. Moritz w Alpach Retyckich. Drugim jest Zermatt w Alpach Pennińskich ze swoją najpiękniejszą górą Matterhorn (wysokości 4478 m, czyli 13658 stóp). O zobaczeniu jej myślałem już od paru lat.

 

Matterhorn to pojedyńczo stojąca, granitowa góra o kształcie wysmukłej piramidy i ostrych, prawie pionowych ścianach. Przez setki lat była inspiracją malarzy, artystów, poetów i magnesem przyciągającym wszystkich alpinistów. Podobno była zdobyta jako ostatnia w Alpach. Pierwsze wejście na szczyt dokonał Furgg-Grat dopiero 14 lipca 1865 r. Później „zrobiono” ją jeszcze trzema innymi drogami. Dobrze pamiętam nasz wielki, olejny obraz „Matterhorn”, który tuż po wojnie rodzina moja otrzymała razem z poniemieckim mieszkaniem w Lęborku na Ziemiach Odzyskanych. Jako mały 10-letni chłopiec zawsze myślałem, gdzie taka piękna – wyglądająca jak bajkowa „Szklana Góra” – się znajduje. Obraz ten był zawsze tematem podziwu i westchnień całej rodziny i osób nas odwiedzających.

 

Szwajcaria to nieduży kraj w środkowej Europie o powierzchni 41,3 tysiące km. kwadratowych składający się z 23 kantonów, czyli mini-państewek, zrzeszonych w federalne państwo związkowe, od roku 1848. Wcześniej, w 1798 r. powstaje Republika Helwecka. Na Kongresie Wiedeńskim w 1815 r. europejskie mocarstwa uznały prawo i gwarancję wieczystej neutralności Szwajcarii. Neutralność pozwala jej być biernym obserwatorem światowych wydarzeń, nie ingerować w konflikty innych krajów i nie zawierać żadnych sojuszów. Dzięki temu kraj ten nie brał udziału ani w I, ani w II wojnie światowej, ale jednocześnie był schronieniem dla wielu uchodźców z innych krajów. Ma ponad 7 i pół miliona mieszkańców, posługujących się aż czterema oficjalnymi językami: niemieckim, francuskim, włoskim i retoromańskim, w zależności od tego, w jakich mieszkają kantonach. Stolicą jest Berno, ale największe miasta to Zurych, potem Bazylea, Genewa, wreszcie piąte – już po Bernie – Lozanna.

 

Geograficznie Szwajcaria to trzy główne regiony. Dwie trzecie kraju zajmują wspaniałe i najwyższe w Europie, magmowo-granitowe i metamorficzno-gnejsowo-krystaliczne góry Alpy, składające się z wielu górskich łańcuchów, takich jak Alpy Berneńskie, Alpy Pennińskie z kurortem Zermatt i najwyższym szczytem Dufoura (4634 m) w grzbiecie Monte Rosa, Alpy Glarneńskie, Alpy Lepontyjskie czy Alpy Retyckie z kurortem St. Moritz. Północno-zachodnią część kraju zajmuje wyżyna zbudowana ze zlepieńców, margli i piaskowców. Dalej w tym samym kierunku, wąska nizina oddziela wyżynę od falujących, średnio wysokich, osadowo-wapiennych gór Jury.

 

Alpy Szwajcarii w dużej części pokryte są wielką ilością górskich lodowców, a w całym kraju znajduje się 1484 jezior, przy czym największe z nich to Jezioro Genewskie, potem Jezioro Bodeńskie, Jezioro Czterech Kantonów, Jezioro Neuchate i Jezioro Zuryskie. Jak wszyscy wiedzą, Szwajcaria, która nie ma dostępu do morza, ma pomimo tego swoje porty na rzekach Renie, Rodanie, Padzie czy Dunaju i poprzez nie, mając połączenie z morzami Północnym, Śródziemnym i Czarnym, utrzymuje swoją pełnomorską flotę frachtowców i tankowców.

 

W II wieku BC wędrujące ludy Celtów o nazwie Helweci osiedlili się na terenie obecnej Szwajcarii, niedługo potem ulegając armii rzymskiej, stając się jednocześnie częścią prowincji Galii. Poprzez kolejne stulecia i wiele wojen wyzwoleńczych, m.in. spod Burgundii i Habsburgów, wytworzyła się bitna i świetna armia Szwajcarów, często zaciągająca się do obcych władców. To właśnie z nich powstała w 1506 roku sławna Szwajcarska Gwardia Papieska, istniejąca do dzisiaj. W tamtych średniowiecznych czasach bohaterem narodowym – znanym na całym świecie – stał się sławny łucznik nie rozstający się nigdy ze swoją kuszą – Wilhelm Tell. Od tego czasu strzelectwo, poza narciarstwem, stało się sportem narodowym Szwajcarii.

 

Wszyscy wiemy, że Szwajcaria słynie z najlepszych zegarków, banków, czekolady, serów (których produkcja oparta jest na nowoczesnym rolnictwie i hodowIi), pięknego stylu ozdobnego, drewnianego budownictwa wysokogórskiego, nazywanego stylem alpejskim i z jodłowania. Jodłowanie to typowy alpejski śpiew na sylabach z ciągłymi zmianami głosu piersiowego na falset. Może jednak nie wszyscy wiedzą, że Szwajcaria to również cały duży przemysł precyzyjny z instrumentami mierniczymi, medycznymi, jubilerstwem, maszynami włókienniczymi i przędzarkami, silnikami dieslowskimi (skonstruował je co prawda szwajcarski Niemiec Rudolf Diesel, ale u Sulzera w Winterthur), to generatory i turbogeneratory, to stalowe walce do młynów, to największe wytwórnie chemiczne farb i chemii farmaceutycznej, zapachów i perfum (Leopold Ruzicka otrzymał Nagrodę Nobla za wymyślenie syntetycznego sposobu wytwarzania piżma, które jest najdroższym, podstawowym składnikiem perfum).

 

To w Szwajcarii wynaleziono zamek błyskawiczny, nowe buty narciarskie, bobsleje i skeleton (1-osobowe sanki, gdzie zawodnik leży na brzuchu). Tu powstały też znane na całym świecie kolejki linowe, zwłaszcza te naziemne zębate, a jest ich w kraju około 1700. Na całym świecie znana jest też wielka fIrma spożywcza chemika i kupca Henri’ego Nestle z jego słynną kawą „neska”.

 

Ciekawostką może być to, że budowę zegarków – a produkuje się ich ponad 25 milionów sztuk rocznie – przejęli Szwajcarzy od szukających schronienia uciekinierów francuskich Hugonotów, ulepszając i rozbudowując ich produkcję, do najlepszych i najdroższych na świecie.

 

Natomiast banki, których jest około 630, słyną ze swojej solidności, bezpieczeństwa i z nieujawniania nikomu właścicieli kont. Bardzo rozwinięte jest też hotelarstwo. Pierwszy hotel otworzył w Paryżu Szwajcar Ritz i nazwał go swoim imieniem. Teraz w Szwajcarii, poza hotelami luksusowymi są jeszcze hostele studenckie, pensjonaty, prywatne domy gościnne i kampingi, ale ich ceny są najwyższe w Europie. Szwajcar Denis de Rougemont wymyślił w 1864r. organizację Czerwonego Krzyża, którą to organizacją Szwajcaria opiekuje się do obecnych czasów.

 

Szwajcaria słynie też z budowy nowoczesnych dróg, mostów, kolei żelaznej (najsławniejszy to Glacier Express) oraz ze wspaniałych tuneli. Od wielu lat dzięki temu i dzięki niepowtarzalnym urokom wspaniałych Alp, dzięki wyjątkowej czystości, spokoju, bezpieczeństwa, rozwija się turystyka, alpinistyczna wspinaczka i narciarstwo. Pomimo tego jednak, że kraj nie tylko należy do najbogatszych ale i do najdroższych na świecie, turystów jest coraz więcej. Rocznie ponad 11 milionów.

 

Wybierając się z Warszawy do szwajcarskiego Zermatt, miałem do wyboru właściwie tylko dwie drogi, pociągiem lub autokarem (nie lubię po Europie latać samolotami, a kocham pociągi). Pociąg na całą trasę okazał się za drogi, a polski autokar Euroline idący przez Berno do Lozanny wydawał mi się zbyt męczący. Wybrałem więc drogę mieszaną – bardzo wygodną i tanią, nocną kuszetką do Pragi – z nadzieją, że w Pradze znajdę jakąś komunikację dzienną do Bema. Zawiodłem się jednak. Był tylko autokar i też nocny. Mając więc cały dzień czasu, musiałem któryś kolejny raz zwiedzać Pragę, pomimo że byłem tam wiele razy. Autokar czeski, wygodny i komfortowy, jechał przez Pilzno, Monachium w Niemczech i przez Sto Gallen i Zurich do Bema w Szwajcarii. Tu okazało się, że odcinek, który i tak trzeba było przejechać pociągiem, ma od niedawna skróconą trasę przez nowy tunel przebity przez Alpy Berneńskie, od Spiez pod prawie sam Visp. Tu wszyscy musieliśmy się przesiąść już na kolejkę zębatą poprowadzoną przepaścistymi zboczami i trawersami pięknej Doliny Mattertal. Kolejka zębata kilka razy zatrzymywała się na uroczych, wysokogórskich, czyściutkich stacyjkach jak Kalpetran, St. Niklaus, Randa czy Tasch. Dzięki tunelowi cała trasa z Bema do Zermatt trwała tylko 2 godziny.

 

Zermatt to urocze, wysokogórskie miasteczko o zdobionych i malowanych, drewnianych domkach, o kilku kolejkach linowych wiszących i zębatych, o wielu wyciągach krzesełkowych, kilku taksówkach oraz o dwóch liniach elektrycznych mini-autobusów, rozwożących mieszkańców i turystów po wyżej położonych dzielnicach i stacjach kolejek linowych. Szczęśliwie trafIłem na ładną, słoneczną pogodę i chcąc ją wykorzystać od razu pojechałem na stację kolejki linowej, aby z najlepszego punktu widokowego oglądać tę sławną i piękną, widoczną już z centrum Zermatt, górę Matterhorn. Było jednak za późno, ale obiecano mi bilet na dzień jutrzejszy.

 

Niektóre trasy kolejek linowych były jeszcze nieczynne po przerwie wiosennej. Na okres letni miały być otwarte dopiero za dwa tygodnie. Po nasyceniu się więc wieczornymi widokami Matterhornu udałem się mini-busikiem do wyżej położonego hostelu. Trafiłem na miłą recepcjonistkę, która się ucieszyła ze starszego gościa z Ameryki i do mojego 4-osobowego, czyli zbiorowego pokoju, nikogo więcej mi nie dokwaterowała. Miałem więc pełny komfort. Pomimo że cena była – jak wspomniałem – wysoka, to jednak się opłaciło, ponieważ miałem wliczoną pełną półbufetową obiadowo-kolację i wyborne, obfite bufetowe śniadanie. Jeszcze przy zachodzie słońca mogłem się do woli napatrzeć z naszego wysoko położonego hostelu i z jego górnego piętra na Matterhorn (wysokości 4478 m.) i przelewające się wokół niego chmurki.

 

Rano, przy pięknej, słonecznej pogodzie, spacerkiem doszedłem do stacji, i po kupieniu biletu pojechałem dość dużymi wagonikami główną kolejką linową, prowadzącą – po dwóch przesiadkach – na Mały (Klein) Matterhorn. Ostatni, najwyższy odcinek był jeszcze zamknięty, wobec tego dojechaliśmy z dużą grupą narciarzy i mniejszą turystów japońskich – po przesiadce na Furi – do lodowca, punktu widokowego i zamarźniętego jeziorka Trockener Steg, na wysokości 2939 m. Wszystko było tu jeszcze w śniegu, sezon narciarski trwał nadal i niektóre wyciągi krzesełkowe jeszcze pracowały.

 

Stąd właśnie roztaczał się chyba najwspanialszy widok na Matterhorn i całą wielką grań Alp Pennińskich. Po lewej, wschodniej stronie dobrze widoczny wspaniały masyw Monte Rosa z najwyższym szczytem całej Szwajcarii, z Dufourspitze (wysokości 4634m). Nazwa pochodzi od generała Dufour, kartografa i pierwszego twórcy map wysokogórskich.

 

Po zrobieniu filmu, wielu zdjęć i naoglądaniu się w zachwycie wspaniałych alpejskich widoków i po powrocie do miasteczka Zermatt, parę godzin spędziłem na zwiedzaniu centrum, małych zakupach i bardzo przyjacielskich rozmowach w informacyjnych centrach.

 

Dowiedziałem się przy okazji, że Szwajcaria, która należała do Ligi Narodów już od 1921 r., budując i udostępniając jej stałą siedzibę w Genewie, jednocześnie, po wojnie, też w Genewie stworzyła stałą siedzibę dla ONZ, do której w końcu przystąpiła w 2002 r. Współpracuje też ściśle z Unią Europejską.

 

Również, że serów ementalskich zwanych inaczej serem szwajcarskim wyrabia się rocznie około 130 tysięcy ton, a doskonałej szwajcarskiej czekolady aż 78 tysięcy ton.

 

W broszurkach informacyjnych wyczytałem też, że około półtora miliona mieszkańców to imigranci. Są to albo robotnicy fizyczni, albo uciekinierzy z Europy wschodniej. Najwięcej wśród tych imigrantów jest robotników z Włoch, Portugalii, Hiszpanii, Turcji, Niemiec, z państw byłej Jugosławii i trochę z Polski. Z Polski przybywali zresztą już od dość dawna wysiedleńcy: po powstaniu Kościuszkowskim, sam Tadeusz Kościuszko, po powstaniu listopadowym Lelewel, Plater i Adam Mickiewicz. W latach XX wieku był tu Henryk Sienkiewicz, Jan Paderewski, A. Osuchowski, G.Narutowicz. W czasie II wojny światowej schronienie znalazła tu 2 Dywizja Strzelców Pieszych z Polski. Istnieje też już wiele lat Muzeum Polskie w Rapperswilu. W latach 80. XX w. była mała emigracja z Polski posolidarnościowa. Jednym z nich jest mój przyjaciel, mieszkający wiele lat w Chicago, obecnie biznesmen na Florydzie – Tadeusz Chłopiński, który w tamtych latach po brawurowej i karkołomnej przeprawie dotarł i osiedlił się na parę lat w Szwajcarii.

 

Na zakończenie chciałem podać przeliczenia walut w czerwcu 2011 r. Za l00$ US otrzymuje się już tylko 81 franków szwajcarskich, w Czechach za 1$ US też tylko 16 koron, w Niemczech za 1$ US tylko 0.6 Euro.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*