Wyścig do pałacu prezydena

Warszawa  Zwykle o tej porze roku kraj przeżywa wysyp truskawek. Tak jest i w tym roku. Obecnie dwukilogramowa łubianka truskawek kosztuje 8 złotych ($2.42  czyli ok. 60ź˘ za funt). Ale ponieważ mamy rok wyborczy, tegoroczny urodzaj popularnych czerwcowych owoców zbiegł się z wysypem kandydatów. O najwyższy urząd w państwie zabiega już ok. dziesięcioro kandydatów. Nie dziewięciu, lecz dziewięcioro, bo są wśród nich jak dotąd dwie kobiety.

Największą niespodzianką było ogłoszenie przez Partię Demokratyczną (dawna Unia Wolności z domieszką „dobrych” ekskomunistów) kandydatury Henryki Bochniarz, działaczki ruchu prywatnych biznesmenów i przemysłowców.
Zachęcona niezłymi wynikami w wyborach do Parlamentu Europejskiego, dawna Unia Wolności postanowiła rozszerzyć swoją bazę prorynkowych b. PZPRowców (Hausner, Belka) i przemianować się na Partię Demokratyczną demokraci.pl To dodatkowe określenie ma podkreślać internetową nowoczesność partii eksKORowców. PD broni dziedzictwa okrągłego stołu i jego dziecka, III RP. Wybór Bochniarz wydaje się być próbą zjednania poparcia wyborczego klasy biznesowej. Podobnie jak inni członkowie PD, do 1990 r. była członkinią PZPR.

W wyborach prezydenckich w 1995 r. kandydatem UW był troszczący się o emerytów, bezrobotnych i bezdomnych nieżyjący już dziś KORowiec Jacek Kuroń. Ponieważ Bochniarz stoi na czele Konfederacji Prywatnych Pracodawców, mogłoby to wyglądać na zmianę frontu. „Jestem wrażliwa społecznie!”  podkreśla jednak kandydatka. Szef PD Władysław Frasyniuk dodaje: „Nie sprzeniewierzyliśmy się testamentowi Jacka. On mobilizował ludzi do aktywności, do dialogu między grupami o różnych interesach. Henryka Bochniarz wpisuje się w ten etos, rozwiązując konflikty między pracodawcami i pracownikami w Komisji Trójstronnej. (…) Wybraliśmy kandydatkę bezpartyjną, bo chcemy, żeby prezydent Polski był człowiekiem ponad podziałami politycznymi”. Bochniarz nie była notowana w sondażach.

Jako pierwszy start w wyborach ogłosił prezydent Warszawy, 56letni profesor prawa Lech Kaczyński, którego bliźniaczy brat Jarosław jest przywódcą konserwatywnej partii Prawo i Sprawiedliwość. Kaczyński tak się pośpieszył, że reklamę polityczną zamieścił w telewizji publicznej nawet zanim kampania się oficjalnie rozpoczęła, za co krytykowali go inni członkowie klasy politycznej. Ale mimo tego falstartu, nadal przoduje w sondażach przedwyborczych z 24% poparcia. Czy nie wskazuje to na to, że klasa polityczna swoje, a ludzie swoje? Kaczyński reprezentuję walkę z przestępczością i obroną zwykłego obywatela. Nie boi się iść pod prąd „poprawnościowców politycznych” jak w przypadku walki z domami publicznymi, niewinnie zwanymi „agencjami towarzyskimi”, czy zakazu parady pederastów.

Według wyborców (głównie wyborczyń!), przywiązujących dużą wagę do aparycji zewnętrznej, Kaczyński jest dość niski i przez to mało reprezentacyjny. W rozmowie np. z francuskim prezydentem Chirakiem, któremu sięga zaledwie do połowy klatki piersiowej, musiałby chyba patrzeć prawie prosto w górę. Zwolennicy Kaczyńskiego odrzucają takie argumenty jako mało istotne, podkreślając jego wielkość ducha i odwagi cywilnej, a przede wszystkim „czyste ręce”, nie splamione aferami korupcyjnymi. Kaczyński deklaruje potrzebę „rewolucji moralnej” oraz zamiar budowania IV Rzeczypospolitej na gruzach skorumpowanej jego zdaniem III RP „okrągłostołowej”. Taka linia odpowiada wyborcom, którzy mają już szczerze dość skorumpowanych rządów lewicy, uważając, że postkomuniści, w tym ludzie b. służb specjalnych, cieszą się niezasłużonymi przywilejami, dlatego też popierają daleko idącą lustrację i dekomunizację.

Według większości sondaży na drugim miejscu po Kaczyńskim znajduje się znany kardiochirurg prof. Zbigniew Religa (19% poparcia). Oficjalną kampanię rozpoczął w ub. weekend w swoich rodzinnych Miedniewicach (koło żyrardowa) i ogłosił się „kandydatem zgody narodowej”. Zdaniem Religi, „powinniśmy zrezygnować z wytwarzania wrogości, czas przestać zastanawiać się, kto kim był przed 1989 r.” Sprzeciwia się powszechnej lustracji, bo lustrować trzeba tylko osoby pełniące funkcje publiczne: polityków, parlamentarzystów, członków rządu, prokuratorów, sędziów.

„Nie zmieniajmy też konstytucji  uważa kandydat. Państwo źle funkcjonuje, bo taka, a nie inna jest klasa polityczna, bo partie je zawłaszczają”. Zapytany do której z dużych partii jest mu najbliżej, Religa odpowiedział, że do Platformy Obywatelskiej (Tuska i Rokity), choć nie we wszystkim się z PO zgadza. Ale zaraz podkreśla, że chce być kandydatem ponad partiami. To zdaje się być najmocniejszym argumentem Religi. Niektórzy wprawdzie twierdzą, że powinien się zająć medycyną a politykę zostawić zawodowym politykom, ale ten fakt może się okazać jego największą zaletą.

Religa jakoś nie miał szczęścia do partii politycznych. Związany był w latach 90. z wałęsowskim Bezpartyjnym Blokiem Wspierania Reform, który okazał się fiaskiem. Następnie zakładał Partię Republikańską, która była kolejnym niewypałem. Niedawno założył Partię Centrum, ale w żadnym sondażu nie zbliżyła się nawet to pięcioprocentowego progu wyborczego, bez osiągnięcia którego żaden kandydat nie może zasiąść w Sejmie. I ten fakt może być jego największym, choć niezamierzonym atutem.

Duża część Polaków ma bardzo negatywny stosunek do klasy politycznej w ogóle. Polityka to wygórowane w czasie kampanii obietnice, zwykle niespełniane po zwycięstwie wyborczym. Z życiem wielu polskim wyborcom kojarzą się przede wszystkim żłób, własny interes, kumoterstwo i nierzadko nadużycia i afery. Ponieważ w dość podobny sposób postrzegano rządy postsolidarnościowego AWS jak i postkomunistycznego SLD, ktoś nie umoczony w różne układy i układziki taki jak Religia ma dobre szanse wejścia do drugiej tury październikowych wyborów prezydenckich.

Trzecie miejsce w rankingach popularności (15% poparcia) zajmuje 48letni absolwent historii i działacz podziemnej „Solidarności”, Donald Tusk, kandydat centroprawicowej Platformy Obywatelskiej. Partia ta miała początkowo bardziej prorynkowe oblicze, ale w licytacji o antylewicowy elektorat z PiSem, zaczęła się bardziej przesuwać na prawo. PO wraz z PISem szykuje się do objęcia władzy po postkomunie. Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza, PO zajmie pierwsze miejsce we wrześniowych wyborach parlamentarnych i wraz z wicezwycięzcą PiS utworzy nowy rząd z premierem Janem Marią Rokitą na czele. Jako kandydat na prezydenta Tusk jest mało wyrazisty, by nie powiedzieć nawet trochę mdły. Aż nadto spokojny, chwilami sprawia wrażenie flegmatycznego, i na pewno brakuje mu dynamizmu i charyzmy, którymi odznaczają się zarówno Kaczyński jak i Religa.

Charyzmy i dynamizmu ze sporą domieszką demagogii nie można odmówić 51letniemu Andrzejowi Lepperowi, założycielowi radykalnej partii rolników Samoobrona. W kolejnych sondażach czołowy populista polskiej sceny politycznej był już na trzecim miejscu, ale obecnie znajduje się na czwartym z 14% poparcia. Mieniący się obrońcą biednych i skrzywdzonych, którzy stracili na kapitalistycznej transformacji, Lepper słynie z różnych spektakularnych akcji, od wysypywania zboża na tory poprzez blokadę dróg aż po okupację mównicy sejmowej. Jako absolwent technikum rolniczego jest najsłabiej wykształconym spośród obecnych kandydatów. Należał do PZPR w latach 19771980. Startował w ostatnich wyborach prezydenckich (w 2000 r.), zdobywając zaledwie 1,32% proc. głosów.

Tuż za Lepperem z 13% poparcia plasuje się obecnie 59letni absolwent Szkoły Głównej Statystyki i Planowania, Marek Borowski. Rok temu wraz z grupą posłów opuścił szeregi postkomunistycznego SLD i założył własną partię, Socjaldemokrację Polską. Wyrzucony z PZPR za organizowanie protestów studenckich w 1968 r., wrócił do partii w 1975. Skłanial się ku grupom reformatorskim w PZPR. Plakaty wyborcze SdPl określają Borowskiego jako „prawego człowieka lewicy”. Szanse Borowskiego nieco wzrosną, jeśli SLD nie wystawi własnego kandydata, ale wygląda na to, że postkomuna poprze ministra obrony Jerzego Szmajdzińskiego. B. minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz znajdował się w czołowej trójce i był prawdopodobnie jedynym SLDowcem, który mógłby przejść do drugiej tury dopóki nie ogłosił zamiar niekandydowania. Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że chce aby go SLD ładnie poprosił. W przeciwnym razie zaszyje się z żubrami w głuszy białowieskiej, skąd pochodzi.

Znikome szanse mają pozostali kandydaci, których raczej należałoby zaliczyć do folkloru politycznego niż do poważnej sceny wyborczej. Najstarszym ze wszystkich dotychczasowych zgłoszonych kandydatów jest przedwojenny endek, 69letni Maciej Giertych. Kandyduje głównie dlatego, ponieważ nie może być kandydatem jego syn Roman, lider katolickonarodowej Ligi Polskich Rodzin, ponieważ ten jeszcze nie ukończył wymaganych prawem 35 lat. Pojawił się w Polsce i w szranki wyborcze ponownie stanął emigrant z Kanady, Stan Tymiński, który nieźle namieszał w 1990 r., pokonując Tadeusza Mazowieckiego w pierwszej turze wyborów. Druga po Bochniarz kobieta sięgająca po najwyższy urząd to senator SLD Maria Szyszkowska, zwolenniczka aborcji, homoseksualizmu, eutanazji, ostrego antyklerykalizmu i legalizacji narkotyków.

Dlaczego kandydują osoby niemające najmniejszych szans zostania prezydentem RP? Jest to okazja do zaistnienia w mediach na koszt podatnika, bo państwo dofinansowuje kampanię zarejestrowanych kandydatów. Niektórzy uważają, że nawet jeśli nie mają żadnych szans przejścia do drugiej tury, zdobędą pewny rozgłos i popularność, które przydadzą się z polityce, biznesie czy innej karierze. Taki stopień nagłośnienia daje prestiż i sławę, co mile łechce ambicję kandydata, a nawet pewne nadzieje na przyszłość. Bo za pięć lat, a może nawet 10, kto wie…?
Robert Strybel

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*