ullenberger ratuje Amerykę…

Korespondencja własna z Nowego Jorku
O tym, czego dokonał w zeszły czwartek w Nowym Jorku kapitan samolotu Airbus 320 linii US Airways Chesley Sullenberger III, mówi już cały świat, a jego wyczyn wchodzi do historii awiacji cywilnej. Lądując awaryjnie na rzece Hudsona u brzegu Manhattanu uratował wszystkich 155 osob znajdujących się na pokładzie, osadzając maszynę na wodzie, z taką perfekcją, iż nie tylko się nie rozleciała, nie poszła na dno, ale nawet po ewakuacji pasażerów dała się odholować do brzegu. „Wszyscy jesteśmy pełni podziwu dla jego mistrzostwa. Nowy Jork dziękuje i nigdy tego nie zapomni” – mówił szczęśliwy burmistrz miasta Michael Bloomberg zapraszając gości do wzniesienia toastu za bohatera.

Było tak. Z nowojorskiego lotniska LaGuardia leżącego na Queensie, na wychodzącym w rozlewisko East River cyplu o 15:26 czasu lokalnego (21:26 warszawskiego) startuje w locie 1594 do Charlotte w Karolinie wypełniony do ostatniego miejsca Airbus 320. Na pokładzie 146 pasażerów i pięcioosobowa załoga. Kapitan Sullenberger podnosi maszynę z pasa. W trakcie wznoszenia ma przelecieć nad pobliską Rikers Island, na której znajduje się słynne nowojorskie więzienie. Nie tylko. Chętnie gnieździ się tam ptactwo wodne. O tej porze nie brak tam gęsi kanadyjskich, którym w Nowym Jorku najwyraźniej cieplej niż w Kanadzie. Ich klucz napotyka na swej drodze Airbus. Kilka ptaków zderza się z maszyną i zostaje najprawdopodobniej „wessanych” do obu silników. Następuje gwałtowna utrata ich mocy. Sullenberger melduje incydent wieży kontrolnej.

Airbus jest już nad Bronksem. 15:28, kapitan podejmuje decyzję zawrócenia na lotnisko i awaryjnego lądowania. Bierze skręt lewo. Ciąg silników ustaje. Sullenberger już wie: nie zatoczy koła, tak aby dociągnąć do pasów startowych LaGuardii. Postanawia lecieć prosto do brzegu rzeki Hudsona i wodować. 15:29, kapitan do pasażerów: „Proszę się pochylić, objąć rękami głowę i przygotować na wstrząs”. Stewardessy biegną przez pokład i sprawdzają, czy pasażerowie wykonują polecenie. Same dopadają swoich siedzeń i robią to samo. 
– Zobaczyłem samolot schodzący w kierunku rzeki i myślałem, że mam jakieś przywidzenia – mówi Robert Read, obserwujący zdarzenie z 25 piętra biurowca, w którym pracuje. – Zawołałem kolegów do okna. Staliśmy bez słowa i patrzyli w napięciu, co się stanie… Dochodziła 15:31.

Jeff Kolojay (Kołodziej) leciał z grupą pięciu kumpli na wakacje golfowe. Mieli ciężki rok w robocie, chcieli się zrelaksować podczas turnieju w Myrtle Beach w Południowej Karolinie. Na czele grupy stał Jim Stefanik, zawodowy instruktor golfa. Prócz niego Robbie Kolojay, dwaj amerykańscy koledzy Jorge i Jimbo. Wszyscy z Chicopee, polskiego przedmieścia Springfield w Massachusetts, słynnego z najstarszej w USA wytwórni polskiej kiełbasy Chicopee Provison Company. Dołączył Jim Zuhowski z nowojorskiej Long Island.
– Kiedy tak zbliżaliśmy się do ziemi, na pokładzie była przeraźliwa cisza. Wszyscy czekali, co sie stanie… Wreszcie poczuliśmy wstrząs. Maszyna sunęła się przez chwilę i wyhamowała. Do środka zaczęła wdzierać się woda, ale konstrukcja kabiny pozostała nienaruszona. 

Pasażerowie zaczęli chwytać kamizelki ratunkowe i poduszki z siedzeń służące do utrzymywania się na wodzie w sytuacji wodowania. Samolot nabierał wody, ale powoli. Załoga otworzyła drzwi i wyrzuciła tratwy ratunkowe. 
– Zobaczyłem samolot na wodzie z okna samochodu. To było na wysokości 48 Ulicy, jakieś 200 metrów od brzegu. Zaraz zaparkował na poboczu, jak wielu innych. Z całej rzeki płynęły w jego kierunku promy, holowniki, łodzie jednostki patrolowe policji i ratunkowe straży pożarnej. Pasażerowie wygrzebywali się na skrzydła samolotu albo pływali na tratwach pneumatycznych… – mówi Jason Abrams.
Kolojay: „Ludzie przesuwali się do przodu samolotu, w miarę jak nabierał wody od tyłu. Robiło się zimno. Nie było jednak jakiejś paniki. Jedni pomagali drugim”.
Ze skrzydeł zabierali pasażerów ratownicy. Na nabrzeżu urządzono błyskawicznie punkt pomocy. Przygotowano koce, gorące napoje. Nadjechały ambulanse medyczne.
Akcja opóźniania maszyny przebiegała sprawnie. Nie trwała dłużej niż 20 minut.
Wszystkim kierował na pokładzie kapitan. Kiedy już w kabinie nie było nikogo Sullenberger dwukrotnie przemierzył ją sprawdzając, czy ktoś nie pozostał. Opuszczał swego Airbusa, jako ostatni.
To, co działo się na rzece Hudsona, Ameryka śledziła na ekranach telewizyjnych.

Wiadamość, że wszyscy przeżyli i nawet nikt nie doznał poważniejszych obrażeń przyjęto wybuchem radości. Z gratulacjami dla Sullenbergera natychmiast pośpieszył George Bush. Zrobił to także Barack Obama.
W historii ostatnich 45 lat lotnictwa pasażerskiego jest to pierwszy przykład udanego wodowania samolotu dużej linii lotniczej. Bez wątpienia jest to sukces Airbusa, którego produkt A320 okazał się naprawdę znakomity i wytrzymał ekstremalne warunki lądowania. Jednak największe słowa uznania należą się bez wątpienia 57-letniemu kapitanowi Chesleyowi „Sully” Sullenbergerowi III, latającemu w US Airways już 29 lat, a w ogóle od czterdziestu, z tego przez dziesięć lat jako pilot US Air Force na najnowocześniejszych ówcześnie maszynach bojowych F-4 „Phantom”.

Podczas służby w RFN miał ponoć nawet uciec ścigającym go sowieckim Migom21. Jest uniwersyteckim wykładowcą lotnictwa Uniwersytetu Berkeley, międzynarodowym ekspertem w dziedzinie bezpieczeństwa lotów oraz wicerzewodniczącym do tych właśnie spraw organizacji ALPA (Air Lines Pilots’ Association) zrzeszającej pilotów linii lotniczych, założycielem organizacji Safety Reliability Methods (SRM), zajmującej się wdrażaniem najnowszych osiągnięć technicznych, technologicznych i organizacyjnych w podnoszeniu bezpieczeństwa komunikacji lotniczej i eliminowania z niej ryzyka. Można powiedzieć, że człowiekiem zdecydowanie na swoim miejscu. Potrafiącym udowodnić czynem to, czego naucza i co propaguje słowem oraz siłą perswazji.

Ameryka ma prawdziwego bohatera, któremu i nam warto się pokłonić. On sam na pytanie dziennikarza, jak ten cud był możliwy, odpowiada skromnie: „Cała załoga po prostu robiła swoje, sir”.

Nowojorski psycholog, dr Samuel Roseman, mówi: „Kapitan Chesley Sullenberger w jakimś sensie uratował całą Amerykę. Po długoletniej traumie psychicznej związanej z tragedią nowojorską 11 września 2001 roku, kiedy islamscy terroryści samolotami ugodzili w wieże World Trade Center powodując śmierć nie tylko wszystkich pasażerów, ale także ludzi w budynkach, po tym wszystkim, co nastąpiło później łacznie z niepotrzebnymi wojnami Busha i ich ofiarami, wierzyliśmy, że wraz z nowym prezydentem nadchodzi nowe. Gdyby więc u progu tej prezydentury, znowu w Nowym Jorku, znowu samolot miał przynieść śmierć i tragedię, byłoby to jakieś tragiczne fatum. Dzięki bohaterskiemu pilotowi zostało to nam zaoszczędzone…”
Można jedynie dodać: „Amen”.
Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*