Świat na końcu świata

Jest takie miejsce w Ameryce, gdzie schodzą się pasterskie ścieżki z całego świata. W Kethum – Idaho w dniach 13 – 15 października co roku odbywa się festiwal pasterski związany z wypasem owiec na górskich halach. Ta tradycja znana jest u nas na Podhalu i nazywana jest „redykiem”.

Obchodzimy go w Polsce dwa razy; na wiosnę, kiedy słońce roztopi śniegi na halach i pojawi się świeża trawa zgłodniałe owce wraz z pasterzami wędrują wysoko w góry, aby tam pozostać przez całe lato. Drugi raz świętujemy ich powrót w złotej aurze jesieni.

Ta tradycja istnieje u nas od niepamiętnych czasów i jest ściśle związana z pasterstwem jako źródłem egzystencji ludów górskich. Ziemia tu bowiem nieurodzajna i skalista. Owce dają mleko, sery, mięso i wełnę, z której można „upleść” swetry, rękawice, a także odzież. Skóry owiec to doskonały materiał na kożuchy, które grzeją nasze plecy w mroźne polskie zimy a także stanowią doskonały towar eksportowy.

Amerykanie nie wykorzystują owiec jako zwierząt mlekodajnych. Hodują je jedynie na mięso. „Co kraj ,to obyczaj” mówi polskie przysłowie, a że Ameryka to kraj wielu kultur, a część z nich związana jest z hodowcą owiec, więc mogliśmy poznać ich obyczaje. W tych dniach można było spotkać górali ze Szkocji i Irlandii w kraciastych spódniczkach, Basków z pogranicza Hiszpanii i Francji w biało-czerwonych strojach z charakterystycznym beretem baskijskim.

Istna feeria kolorów przybyszy z Ameryki Łacińskiej:Peru, Gwatemali, Ekwadoru, Chile… jednym słowem cały świat gdzieś na końcu świata (podróż z Chicago do Kethum trwa około ośmiu godzin). Istna wieża Babel, lecz w odróżnieniu od tamtej, wszystkich łączy jeden język angielski i jedno umiłowanie tradycji i kultury. Niełatwo jest opisać tę rewię kolorów, oryginalność poszczególnych elementów strojów, egzotykę typów ludzkich, barwę głosów, brzmienie instrumentów, temperament i dynamizm tańców ludowych, których różnorodność jest olbrzymia. Spróbujmy uporządkować wrażenia.

Dzień pierwszy – sobota
Słoneczny poranek, zmęczenie długotrwałą podróżą po krótkim śnie ustępuje, jak ręką odjął, bo oto ukazują się przed oczami szczyty gór a ucho wychwytuje dźwięki orkiestry kobziarzy szkockich. Echo melodii rozchodzi się w czystym jak źródlana woda powietrzu. Długie dźwięki piszczałek mieszają się z rytmicznym tonem skrzypiec i basów muzykantów chicagowskich.

Peruwiańscy „mariachi” w charakterystycznych tęczowych czapeczkach zawodzą „El condor pasa”, a zaraz Baskowie pokrzykując i bijąc w bębenki skocznie wybijają rytm dzwoneczkami oplatającymi kostki u nóg. To próba przed występem. Na wielkiej polanie, na której ustawiono już estradę i urządzenia nagłaśniające, stragany oferują pamiątki z całego świata. Kołowrotki napędzane nożnie przędą wełnę, owce w zagrodach beczą swojsko, a psy owczarskie pokazują swoje sprawności i pysznią się swą urodą. Powszechną furorę robią nasze – przepięknej bieli – owczarki podhalańskie z hodowli w Wisconsin.

Za chwilę zaczną się występy. Cały ten muzyczno-plastyczny melanż uporządkuje się i na scenę wejdą orkiestry a tancerze ubarwią zieloną jeszcze (październik – sic1) trawę polany. Nasi wspaniali górale! „Góralska muzyka – cały świat obejdziesz ni ma takiej nika”. Piękni i młodzi z zespołu „Szumni”pod kierunkiem Zdzisława Miernickiego i Marka Ogórka. Duma, energia, radość życia, piękno postaci i charakterów. O tym, że górale to ambasadorowie polskości wie każdy polonus, ale o ich bogatej kulturze i tradycji dowiedział się świat dzięki człowiekowi, który jest ich bratem serdecznym a nie z krwi i urodzenia. Andrzej Tokarz – o nim później opowiem w tym artykule.
Wracajmy do naszych występów.

Oto zaczynają się ukazywać na estradzie i na trawie poszczególne zespoły. Nagradzani gromkimi brawami tancerze i muzykanci dają istny popis swoich umiejętności. Nasi, jak zwykle najbardziej nagradzani – bo i kunszt taneczny i warunki głosowe na najwyższym poziomie. Po wspaniałym występie, po uczcie duchowej pora się posilić. Stoiska z jedzeniem oferują baraninę pod różnymi postaciami oraz kuchnie regionalne z całego świata.

Amerykanie przywykli do różnorodności kulinarnych, trudno ich czymś zadziwić w tym względzie. Szkoda więc, że Państwo nie widzieli ich min i oczu, które mogły oglądać, jak powstaje ser z mleka owczego „warzony” w ogromnym kotle zawieszonym nad ogniskiem. Mistrz ceremonii pan Władysław Pawlikowski, mieszając mleko, musiał odpowiadać na niezliczone pytania związane z tym procesem produkcji przekazywanym od stuleci w rodzinach góralskich.

Na oczach gapiów, jak czarnoksiężnik wyczarował wspaniały, ogromny biały tobołek ociekający żentycą (mleko pozostałe po wyrobie owczego sera) i zawiesił go na góralskiej „ciupadze”. To cudo kulinarne rozdawane po kawałku „prosto z gara”budziło powszechny zachwyt i podziw. Brawo, panie Władysławie! Dziękujemy! O tym człowieku dorzucę jeszcze parę słów później.
A teraz dzień drugi. Oczekiwanie na bohaterów „redyku” – owce i pasterzy, którzy schodzą ku nam do miasteczka. Piękna słoneczna niedziela. Niebo koloru farbki do bielizny (starsi czytelnicy pamiętają ten rekwizyt pralniczy). Wzdłuż ulicy Main (jest taka w każdym amerykańskim miasteczku) przesuwają się korowody grających i tańczących zespołów ludowych. Prowadzi tę paradę pasterz główny – ksiądz w czarnej długiej pelerynie z wielką laską pasterską w dłoni. Znów dźwięki muzyki, feeria kolorów, taniec.

Ale oto są, pokazały się, biegną a właściwie płyną wielką szarą rzeką. Psy pasterskie, ci wierni towarzysze ludzi i zwierząt pilnują, aby nie uskoczyły w bok. Po obu stronach tego strumienia pięknie i dumnie biegną koniki, na których siedzą pasterze i pasterki. Ubrani w kapelusze kowbojskie pozdrawiają zebranych ludzi machając kolorowymi chusteczkami. Znają się wszyscy dobrze, od lat tu przyjeżdżają, łączy ich wspólnota zainteresowań i praca z owcami.

Piękna, kolorowo ubrana (barwna spódnica, wysokie buty, kapelusz czarny) młoda kobieta-pasterz pozdrawia naszego gazdę Andrzeja Tokarza po hiszpańsku „Hello, amigo!”Andrzeja tu wszyscy znają i szanują. To on odkrył dla naszych górali to miejsce. On włączył nas w ten barwny świat natury. Dzięki niemu mogę teraz Państwu go przybliżyć.

Andrzej to człowiek niezwykły. Z urodzenia Amerykanin, z pochodzenia Polak, z wykształcenia prawnik, z umiłowania pasterz (pasie owce w Lemont). Człowiek -pasjonat, chodząca dobroć i życzliwość, i.. niezwykła, autentyczna miłość do góralszczyzny. Dzięki tej miłości nauczył się biegle gwary podhalańskiej, tradycji i obyczaju, a także, a może przede wszystkim, muzyki ludowej Podhala. Gra na skrzypcach, hoduje owce, bierze czynny udział w życiu społecznym Związku Podhalan w Chicago.

Nic, co góralskie, nie jest mu obce, a przy tym człowiek szczery i niezwykle skromny. Ambasador góralszczyzny.Inny wielki człowiek i artysta przez duże „A” to pan Władek Pawlikowski. Ten jest góralem z dziada pradziada i to na dodatek z domieszką krwi madziarskiej (babka była Węgierką).Zapalają się jak ogniki jego czarne oczy, kiedy mówi o swojej pracy i miłości jednocześnie – lutnictwie. Muzyka była towarzyszką jego dzieciństwa. Wychował się w wielodzietnej rodzinie (dziewięcioro dzieci), w której miłość do muzyki piło się z mlekiem matki.

Dzięki wam wielcy artyści i pasjonaci – ambasadorowie polskości za to, że jesteście i dodajecie część naszej polskiej tradycji do bogactwa kultury amerykańskiej.
Ewa Burba

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*