śmierć Niedersteina

Niederstein nie chciał, nie miał też powodu umierać. Trzymał się, jak na swój wiek, bardzo dobrze. Był otoczony sympatią, by nie powiedzieć: uwielbieniem.


Reiner Herink, któremu służył, nie chciał jego śmierci. Decyzja miała charakter prawny. Podjęta została na zimno, po kalkulacji ile Niederstein zdoła jeszcze wydolić i zarobić. Wyszło, że żwawego staruszka powinien zastąpić kto inny.
Wtedy zapadł wyrok śmierci. Herink musiał go wykonać. Zabił Niedersteina 5 lutego br.


Taka jest Ameryka  mówi Corky Siemaszko, czołowy dziennikarz nowojorskiego „Daily News”  Albo zarabiaj, albo giń. W Europie pewnie by przeżył…


Rodak Niedersteina, Gerd Fischer, dziennikarz z Monachium potwierdza słowa amerykańskiego kolegi po piórze i daje upust swemu niezrozumieniu Ameryki: „Przed trzema laty przyszedłem na Metropolitan Ave., jak na cmentarzu świętego Jana chowali supermafiosa Johna Gotti. Nowy Jork był wyłączony z ruchu, bo orszak pogrzebowy jeździł w 150 aut po całym mieście od domu pogrzebowego, pod dom gangstera, pod dom jego matki, pod jego klub towarzyski itd., a ekipy telewizyjne pokazywały to wszystko z helikopterów. Nic innego się nie liczyło. Teraz na Metropolitan Avenue zamykają najstarszą na Queensie i jedną z najstarszych w Nowym Jorku restaurację, znaną w świecie. I co? Wszyscy mają w d…., że na śmietnik odchodzi 160letnia historia, podczas gdy USA liczy raptem 228 lat…


Nie da się dalej ukrywać. Niederstein to nazwa restauracji. Trupem padł nie człowiek, a instytucja. Za chwilę padnie dom, gdzie zbudowała sławę.
Pogrzeb na stulecie… pogrzebu. Nomen omen. Johann Niederstein, założyciel restauracji chowany był równo sto lat wcześniej. Zmarł 30 stycznia 1905 roku, a na cmentarz luterański znajdujący się zaraz za ogrodzeniem „Niedersteina” odprowadzono go 5 lutego tegoż roku.


Właściciel Reiner Herink nie wie o tej rocznicy. Wspomina inną: „Ostatnim dniem pracy miał być 8 lutego, ale przyśpieszyłem na piątego, bo to dzień… 90. urodzin mego, świętej pamięci, ojca. To on przejął tę restaurację od rodziny Niedersteinów…


Johann Niederstein pochodził z Bonn. Był kucharzem od 1845 roku. W 1866 roku przypłynął do Nowego Jorku i przy Drugiej Alei na Manhattanie kupił zajazd z pokojami i restaurację „Yorkville”. W tym samym czasie inny Niemiec Heinrich Schumacher wystawił u zbiegu Metropolitan Avenue i 69 Ulicy w Middle Village na Queensie „Grand Hotel”. Ideą było zapewnienie usług gastronomicznohotelowych dla… żałobników przybywających na pobliski Lutheran Cemetary. Obszerny budynek z podcieniami posiadał nie tylko restaurację, ale także pomieszczenia, gdzie można było oporządzić konie.
Ponieważ okolica szybko się rozbudowywala, a środkiem Metropolitan Ave. zaczęły sunąć tramwaje, popularność restauracji znacznie wzrosła i stała się ona ośrodkiem towarzyskiego życia  także  doczesnego. Przychodzono tu już nie tylko na stypy, ale także chrzciny, komunie, zaręczyny, weseliska. Hucznie obchodzono święta niemieckie i amerykańskie oraz inne okazje.


W 1888 roku Schumacher sprzedał interes Niedersteinowi, a ten ochrzcił go swoim nazwiskiem. W rękach rodziny pozostawał do 1969 roku. Wtedy nabyli go Herinkowie, repatrianci spod śląskiego Opola przybyli do Ameryki w 1954 roku, po wcześniejszym wypędzeniu przez II wojną do Niemiec.
Twoja rola strzelić gola…


Reiner Herink kończył akurat 18 lat, kiedy postawił stopę na ziemi amerykańskiej. Tydzień później rozegrał na boisku przy Metropolitan Avenue swój pierwszy mecz piłkarski w lokalnej drużynie niemieckiej. Grali z Irlandczykami, a zawody oglądało… cztery tysiące ludzi. Po zawodach poszli na piwo do „Niedersteina” miejsca owianego już swoją sławą, w którym bywał słynny nowojorski burmistrz Fiorello LaGuardia czy baseballista Bebe Ruth. No i cały niemiecki Nowy Jork ma się rozumieć.


Herinkowie marzyli o „Niedersteinie” od początku. Po piętnastu latach w Nowym Jorku dopięli swego. Za oszczędności i z pomocą banku nabyli obiekt, kiedy poprzedni właściciele nie znaleźli chętnych do kontynuowania rodzinnej tradycji. Reiner miał wtedy 33 lata, a jego brat Horst o trzy więcej. Zaczynali grać swój wielki mecz.


Trzy razy „S” i orkiestra
Siła „Niedersteina” polegała zawsze na znakomitym jedzeniu. Wierni bywalcy powiadają, że można to lapidarnie określić jako 3 x S. Czyli: „Spaten”, najsłynniejsze bodaj piwo niemieckie warzone od XIV wieku w Monachium, wołowy sauerbraten i strucel jabłkowy na deser. Oczywiście menu było znacznie dłuższe i obejmowało wiele innych delikatesów. Choćby rozmaite śledziowe przekąski, gęsie wątróbki, zupę cebulową, a w lecie wiśniową, pstrągi, sznycel wiedeński, całą gamę steków czy wykwintne dania z kaczki. Goście zachwycali się kapustami: kiszoną z kminkiem czy czerwoną, czy choćby masłem czosnkowym do pumpernikla  w formie przystawek. Podobnie domowymi kartoflami z patelni. W wyborze były zawsze wina reńskie.
W latach świetności restauracja serwowała rocznie 130 tysięcy obiadów!
Wrażenie robiło wnętrze.


Zasadniczą częścią lokalu, mogącego jednorazowo pomieścić (bez łamania surowych przepisów przeciwpożarowych) 476 gości, była sala restauracyjna z barem. Jej ozdobą i atrakcją był zainstalowany u sufitu system wentylacyjny  system wiatraków połączonych pasami i przekładniami, a napędzany pedałami specjalnego roweru z… piwnicy. Zainstalował go jeszcze Johann Niederstein. Złośliwi powiadali, że pod ziemią pedałował Murzyn, ale tak naprawdę przychodzili tam okoliczni niemieccy nastolatkowie, aby zarobić, jako „cykliści”, kieszonkowe. Od frontu restauracji, po zabudowaniu podcieni, mieścił się tzw. brightroom (sala słoneczna), a z tyłu partyroom (sala balowa) z potężnym parkietem. Mniejszy parkiet znajdował się też w głównej sali.


Generacje tradycji
Tradycja „Niedersteina” miała przede wszystkim charakter niemiecki i generacyjny. Przede wszystkim przychodzili tu mieszkańcy okolicznych dzielnic Queensu: Middle Village, Maspeth, Glendale, Ridgewood. Głównie Niemcy, ale także niemieccy żydzi, Austriacy. Druga wojna nie podcięła popularności lokalu. Niemiecka społeczność amerykańska od początku była „en bloc” antyhitlerowska, a wielu młodych Amerykanów, których rodzice imigrowali ze Szwabii, Nadrenii, Westfalii czy Bawarii ochotniczo zaciągało się do US Army i walczyło w Europie. W „Niedersteinie” z okazji kapitulacji III Rzeszy urządzono fetę.


Reiner Herink mówi o pokoleniach klientów z rozrzewnieniem. Najstarszym jest dobiegający stu lat Hans Tschensch ze śląska, który przybył do Nowego Jorku jako kilkuletni brzdąc. Przychodzi do „Niedersteina” od zawsze. Najpierw z rodzicami, potem kolegami, z dziewczyną, którą poślubił, swoimi dziećmi, wnukami, prawnukami. Tu świętował swoje najważniejsze wydarzenia w życiu, także żegnał najbliższych, którzy odchodzili na pobliski cmentarz. „Co teraz będzie?”  pyta dramatycznie Tschensch  „To koniec mego świata”.


Niemiecka imigrantka, 63letnia Edith Rosenkrantz mieszka w Washington Crossing w stanie New Jersey, dobre 100 km od lokalu. Każdej soboty przyjeżdżała do „Niedersteina” na kolację i potańczyć. Z kolei 66latka Julia Duignan z Middle Village „uczęszcza” do lokalu od… czwartego roku życia.
„To jest totalny koniec epoki. Czegoś dobrego, czego będzie brakować do końca życia”  mówi reporterowi „New York Timesa”. Listę można ciagnąć bez końca.


Klimaty polskie
„Niederstein” był lokalem chętnie odwiedzanym przez Polaków.
Beata Jażowska, najbardziej lubiana kelnerka tego lokalu, pracująca w nim niemal 15 lat mówi, że liczba rodaków przychodzących tu rosła z każdym rokiem. Dorabiali się, sprowadzali się w te strony i stawali klientami. Tradycję stawały się polskie sylwestry i inne okazje.


Wiadomość o sprzedaży przyjęliśmy wszyscy jak szok  wspomina.  Reiner Herink był znakomitym szefem, dbającym o każdego pracownika i każdego klienta. Tego już nie ma w Nowym Jorku. Szybka gastronomia zabija tradycję i poziom. żal, że tak się dzieje.


Polacy w „Niedersteinie” to nie tylko dzień dzisiejszy. W czasach swojej nowojorskiej emigracji zaglądali tu m.in. Julian Tuwim i Jan Lechoń. Pierwszy mieszkał na Long Island, drugi przez pewien czas w Elmhurst o przysłowiowy rzut kamieniem od okolicy restauracji. Pochowany został zresztą na Calvary Cemetary, cmentarzu kalwaryjskim, też na Queensie, kiedy 8 czerwca 1956 roku wyskoczył z 22 piętra Hudson Hotel przy Columbus Circle, po dramatycznym rozstaniu z przyjacielem. 11 maja 1991 roku prochy wielkiego poety ekshumowano i przeniesiono na cmentarz w Laskach.


Obu z nich wspominał Jan Karski, legendarny kurier Polski Podziemnej i rządu londyńskiego. Spotkał się z nimi w latach 40. właśnie w tej restauracji. Tuwimowi miał do przekazania, że rząd na wychodźstwie będzie udzielał mu wsparcia finansowego tak długo, jak będzie funkcjonował. Wspominali też łódzkie gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego, gdzie obaj robili maturę (Tuwim 20 lat wcześniej, kiedy nie nosiło jeszcze imienia Marszałka). Lechoniowi, którego szczerze podziwiał i uważał za „drugiego Mickiewicza”, recytował jeden z jego wierszy. Deklamacja Karskiego nie zrobiła jednak na poecie wrażenia. Wolał słuchać o realiach okupacji w Polsce.


Jan Karski bywał w „Niedersteinie” wielokrotnie także w latach późniejszych. Lubił tutejszą kuchnię i klimat. Miał też specjalny sentyment… semantyczny. żona profesora nosiła rodowe nazwisko… Nirenstein, nim w późnych latach 30. przyjęła artystyczną wersję „Nireńska”, bardziej pasującą do kariery tancerki.
Karski chętnie zresztą żartował z personelem „Niedersteina” mówiąc, że Nirensteinowie byli „kuzynami” założycieli restauracji.


Bardzo częste nowojorskie wizyty Jana Karskiego w latach 90. miały zwykle swój finał w „Niedersteinie”. Tu wiosną 1994 roku świętowano jego 80. urodziny. Tu w maju 1995 roku profesor podejmował niewielkie grono przyjaciół po powrocie z Warszawy, gdzie Lech Wałęsa udekorował go Orderem Orła Białego z okazji 50lecia zwycięstwa nad faszyzmem, w czym Karski też miał  zdaniem prezydenta RP  swój udział, a czemu bohaterski kurier niechcianej misji ratowania żydów od zagłady, energicznie protestował.
W 1998 roku, kiedy z Oslo przyszła wiadomość o nominowaniu Jana Karskiego do Pokojowej Nagrody Nobla, na kolację zaprosiłem go tym razem  ja.
W 1999 roku w „Niedersteinie” celebrowaliśmy polskie wydanie wojennego bestselleru Jana Karskiego „Story of a Secret State” („Tajne państwo”). Po śmierci wielkiego Polaka, w lipcu 2000 roku, przyszli tu jego najbliżsi, aby już tylko go wspominać.


Tim Fleischer, barman „Niedersteina” od 31 lat dobrze pamięta Jana Karskiego, któremu robił jego ulubiony drink „Manhattan”. Profesor miał w sali restauracyjnej swój ulubiony, dwuosobowy stolik, przy którym najczęściej biesiadowaliśmy. Widział od niego całą salę, mając za plecami tylko ścianę.
„To mi zostało z konspiracji. Na wszystko trzeba mieć oko”  żartował.
W ostatnim dniu „Niedersteina” na stoliku Jana Karskiego leżały jego książki i stała jego fotografia. Tak kultowa restauracja żegnała pamięć swego słynnego gościa. „To był wielki honor mieć go w naszych progach”  powiedział Reiner Herink.


Wszystko na sprzedaż
Kiedy 11 lat temu zmarł Horst Herink, brat Reinera, zarząd nad „Niedersteinem” przejął trust prawniczy dbający o interes całej rodziny. Dzieci żadnego z braci nie chciały kontynuować restauracyjnej kariery i tradycji.
Przez ostatnie pięć lat starałem się, aby to miejsce przetrwało. Chciałem, aby ktoś kupił restaurację i pod historyczną marką kontynuował działalność. Bóg mi świadkiem, zrobiłem wszystko…  mówi Reiner Herink ze łzami w oczach.  Nie znalazł się jednak nikt chętny na prowadzenie gastronomii. Społeczność niemiecka wyprowadza się na… cmentarz, albo w inne strony. Tandeta gastronomiczna zalewa Amerykę i wypiera tradycyjne, pracochłonne kuchnie europejskie. Do tego dołożył się zakaz palenia w restauracjach i rygorystyczne przepisy o prowadzeniu pojazdów po spożyciu alkoholu. Nikt nie chciał zaryzykować z kupnem tak dużego lokalu jak nasz. Propozycja przyszła od inwestora budowlanego i zarządcy nieruchomości podjęli decyzję o sprzedaży. To jest moja prywatna tragedia.


Historyczny budynek pójdzie pod buldożery. Na jego miejscu staną budynki apartamentowe. „Niederstein” z tradycją firmy od 1845 roku zniknie z pejzażu nowojorskiego. Taka jest Ameryka. żadnych sentymentów. Gerd Fischer stuka się w czoło.


W Europie takie miejsce ratowanoby za wszelką cenę. Przede wszystkim zainteresowane byłoby miasto, gdzie „Niederstein” by stał. Czy u mnie w Monachium, czy u pana w Warszawie, czy w Paryżu, albo nawet w Moskwie.
Wszystko jest na sprzedaż w Ameryce. W Europie historią się nie handluje.
Niemiecki romantyk.


Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*