Semper Fidelis – Podporucznik John Plachta z US Marines Corps

Zawsze wierni – dla ojczyzny, dla sprawy, której służą, dla siebie nawzajem. Jest to piękne hasło amerykańskiej piechoty morskiej – “Mariness Corps”.

Mariness Corps jest częścią Amerykańskiej Marynarki specjalizującej się w akcjach desantowych szczególnie znanych z europejskich i azjatyckich pól bitewnych drugiej wojny światowej. Jest to swego rodzaju mistyczne braterstwo zrodzone w walce i niebezpieczeństwie śmierci. Ich plakaty werbunkowe piszą, że nikt nie chce wojny, nikt nie chce się bić, ale ktoś musi wiedzieć, jak się bić. Mariness mówią o sobie, że są zawsze na straży, są pierwsi w bitwie, są zawsze wierni. Jednostki Mariness są rozmieszczone dookoła świata i gdy tylko zajdzie konieczność, są gotowe do natychmiastowej interwencji. Ich trzy częściowy znak rozpoznawczy tworzy globus, orzeł i kotwica z przeplatającym je łańcuchem, przypominając ich światową rolę, patriotyzm i związek z morzem.

Fascynująca jest historia tych elitarnych jednostek wojskowych. Marines Corps zostały uformowane 10 listopada 1775 roku przez Kongres amerykański. Ich pierwsza potyczka zbrojna była przeciwko angielskim wojskom lorda Cromwella w 1776 roku. Później były potyczki w północnej Afryce, w Marokko, Algierii, Tunisie i Libii. Jednostki Marines Corps brały udział w wojnie z 1812 roku przeciw Anglii, która zakończona została rozejmem w Gencie w wigilię Świąt Bożego Narodzenia w 1814 roku. Znaczny był udział Mariness w Wojnie Meksykańskiej 1846-1848. Podczas wojny domowej część jednostek przeszła na stronę Konfederacji, większość służyła na nielicznych statkach wojennych. W 1898 roku oddziały desantowe zajęły bazę w Zatoce Guantanamo na Kubie. W tym okresie zadaniem Mariness były sporadyczne interwencje w krajach Ameryki Południowej i wschodniej Azji przy zbieraniu należności podatkowych oraz przy tłumieniu strajków.

Stopniowo ich znaczenie strategiczne wzrastało poprzez ćwiczenia artyleryjskie, sygnalizacji i innych koniecznych specjalizacji. Podczas pierwszej wojny światowej prezydent Woodrow Wilson wysłał znaczne oddziały Mariness do Francji. W 1929 roku utworzona została specjalna grupa Mariness w celu opracowania strategii akcji desantowych oraz rozwoju i przygotowania odpowiedniego uzbrojenia, ekwipunku, jak łodzi desantowych, czołgów i transporterów. Po ataku na Pearl Harbor i udziale amerykańskich wojsk w drugiej wojnie światowej oddziały Mariness liczyły około 70 tysięcy ludzi. Charakter desantowy wojny na Pacyfiku podkreślił użyteczność tego rodzaju jednostek wojskowych. Ich liczebność gwałtownie wzrosła, ponad pół miliona Mariness brało udział na różnych frontach II wojny światowej. Wkrótce po kapitulacji Niemiec i Japonii drastycznie zredukowano liczebność oddziałów Mariness do około 74 tysięcy. Konflikt koreański (1950-1952) spowodował wzrost ich liczebności do 250 tysięcy. 

Oddziały Mariness były pierwszymi amerykańskimi jednostkami wojskowymi, które wylądowały w Da Nang, w Wietnamie, w 1965 roku. W 1968 roku około 84 tysiące Mariness walczyło w Wietnamie. W tym czasie ich liczebność wzrosła do 307 tysięcy. W 1973 roku Mariness wraz z innymi wojskami amerykańskimi opuściły Wietnam i zostały zredukowane do przedwietnamskiego poziomu około 200 tysięcy.

Imponująca ich historia była motywem budowy Narodowego Muzeum Marines Corps w Quantico w stanie Virginia. Jest to muzeum, które zapoznaje z ich historią, mówi o ich przeszłości, teraźniejszości i ich przyszłej roli w amerykańskich siłach zbrojnych. Na czołowej ścianie muzeum wyryte są słowa starszego sierżanta Dan Daly, podwójnego zdobywcy najwyższego wyróżnienia wojskowego Medal of Honor (jest to odpowiednik polskiego orderu Virtuti Militari), są to słowa, które zna każdy żołnierz Marines Corps. Podczas pierwszej wojny światowej, 6 czerwca 1918 r., sierżant Dan Daly w bohaterskim zrywie poderwał swoich Mariness do ataku na niemieckie linie obronne słynnym hasłem: „Come on you sons-of-bitches! Do you want to live forever” (Naprzód skur…syny, chcecie wiecznie żyć). Stąd przylgnął do US Mariness niemiecki przyimek „Teufel Hunden” (Diabelskie Psy). Był to najbardziej krwawy dzień w historii Mariness, to zwycięstwo przypłaciło swoim życiem ponad tysiąc Mariness. Była to większa strata od wszystkich dotychczasowych strat, w całej ponad 140-letniej historii istnienia Marines Corps. 

Pisano o nich, że żyją tradycją, że amerykański Marines Corps nosi na swych plecach amerykańską przeszłość narodową i nadzieje na lepszą przyszłość. Muzeum w Quantico miało być czymś więcej niż standardowym zbiorem różnego rodzaju uzbrojenia i wyposażenia, miało również uhonorować bohatersko poległych kolegów, ale również miało być miejscem, gdzie będzie można poznać ich unikalną kulturę i dorobek. Miał to być swego rodzaju skarb narodowy przekazujący przyszłym pokoleniom sens hasła „Semper Fidelis”. Charakterystyczna sylwetka głównego budynku muzeum przypomina moment wzniesienia flagi amerykańskiej na szczycie wzgórza Surabaczi na wyspie Iwo Jima w lutym 1945 roku, podczas słynnego ataku Mariness w czasie drugiej wojny światowej. 

Główna baza szkoleniowa Mariness znajduje się w pobliżu małego miasteczka Quantico, położonego nad wybrzeżem Atlantyku, na południe od Waszyngtonu. Jest to miejsce, gdzie przygotowywana jest kadra oficerska (OCS – Officers Candidate School) Mariness do służby w kraju i za granicą. Tutaj również znajduje się centrum szkoleniowe agentów FBI, amerykańskiej służby śledczej. 

Jednym z absolwentów OCS był John Plachta z Chicago. Parę lat temu John graduował z Wojskowej Akademii Stanu Virginia w Lexington ze specjalizacją inżyniera Budownictwa Lądowego. Po ukończeniu studiów otrzymał bardzo dobrą pracę przy budowie autostrady Dan Ryan w Chicago. Rodzice mieli nadzieję, że zamiast kariery wojskowej pójdzie w ślady ojca i będzie kontynuował karierę inżynieryjną. Złożył podanie o przyjęcie do OCS i w kilka miesięcy później został podporucznikiem Marines Corps. To kilkumiesięczne rygorystyczne przeszkolenie było twardą szkołą sztuki wojennej, nauka woli zwycięstwa bez względu na jakiekolwiek przeciwności. Nie każdy jest w stanie wytrzymać ten intensywny trening, wielu było zmuszonych do rezygnacji. Kolejne przeszkolenie John odbył w Camp Le’Jeune, w Północnej Karolinie oraz w bazie 29 Palms, na pustyni Mohawi, na północny wschód od San Diego. 
Podporucznik John Plachta zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później czeka go wyjazd w strony aktywnego konfliktu zbrojnego. Początkowo miał to być Afganistan. W maju tego roku poleciał na siedmiomiesięczny pobyt w Iraku, z grupą doradców, którzy szkolili wojska irackie. Było to trudne przeżycie dla jego rodziców. Wsparcie moralne zaoferowała parafia St. Mary of the Woods, gdzie John spędził swą młodość i gdzie ukończył szkołę podstawową. Obecni uczniowie szkoły parafialnej St. Mary of the Woods posłali dużo listów do swego starszego kolegi, do Iraku, z podziękowaniami, wyrazami wdzięczności i podziwu dla jego odwagi. Aktywnie włączył się do tej akcji proboszcz parafialny, ksiądz Greg Sakowicz. Na każdej mszy świętej przypominano parafianom o poświęceniu Johna w Iraku. Również i rodzice spotykali się z częstymi gestami wsparcia moralnego podczas całego pobytu syna w Iraku. 

Jego baza znajdowała się w pobliżu zapory wodnej Haditha Dam, nad rzeką Eufrat, na północny zachód od Bagdadu. Kontakt z nim był możliwy przede wszystkim poprzez internet, okazyjnie telefoniczny. Znaczną częścią ich działalności było przeszkolenie Irakijczyków do samodzielnego przejęcia kontroli nad własnymi sprawami swej ojczyzny. John stale pisał, że miał bardzo dużo pracy, trudno było mu zn
aleźć wolną chwilę dla siebie. Częste wyjazdy w konwojach „outside the wire”, poza obóz, były najbardziej niebezpieczne, dużym problemem były burze piaskowe, które utrudniały normalne funkcjonowanie. John miał dużo szczęścia, nie miał żadnych wypadków. 
Dużym przeżyciem dla niego i jego współtowarzyszy była wizyta sławnego generała Davida Petraeusa. Strategia generała Petraeusa powiększenia stanu wojsk amerykańskich oraz zwiększenie kontaktów z przywódcami religijnymi w Iraku okazała się słuszna. Znacznie zmalała ilość ataków terrorystycznych na wojska amerykańskie, zmalała również ilość ataków pomiędzy sektami religijnymi. Sukces ten jest widoczny również w fakcie skrócenia tury jednostki Marines Corps, w której służył podporucznik John Plachta w Iraku. Zamiast początkowo planowanych siedmiu miesięcy, Johna jednostka wróciła do swej bazy w Kalifornii już po sześciu miesiącach.

Rodzice oczekiwali, powrót swego syna na bazie Marines Corps w Camp Pendleton nad wybrzeżem Pacyfiku, położonym kilkadziesiąt mil na północ od San Diego. Transportowy samolot 747 z jego jednostką wylądował 11 listopada na lotnisku w Riverside koło Los Angeles. Do Camp Pendleton przyjechali w trzech autobusach, w późnych godzinach nocnych, z kilkugodzinnym opóźnieniem. Było to olbrzymie przeżycie dla niego i jego współtowarzyszy. Przejście z irackiej pustyni do Kalifornii to prawdziwy szok kulturowy, to dwie odmienne cywilizacje.

Ponieważ John zna język polski, w kilka dni po powrocie do Kalifornii zwrócono się do niego o odebranie z lotniska w Los Angeles przybywającej z Polski rodziny poległego w Afganistanie polskiego pochodzenia szeregowca Marines Corps, Dawida Pietrek. Ze Szczecina do Los Angeles przybyła jego matka z córką i babcią Dawida, aby na bazie Marines Corps, na pustyni Mochawi, wziąć udział w uroczystościach pogrzebowych i aby pozałatwiać ostatnie formalności. 
Kilka lat temu Dawid był studentem medycyny w Szczecinie. Wygrał w losowaniu zieloną kartę, przyleciał do Chicago, pracował tutaj w służbie zdrowia, był wolontariuszem, zajmował się pielęgniarstwem i rehabilitacją starszych osób i niepełnosprawnych. Zaimponowała mu służba w amerykańskim Marines Corps. Matka mówiła, że Dawid kierował się pobudkami idealistycznymi, potrzebą pomagania innym, potrzebą walki o prawa niewinnych, zastraszonych ludzi, walki z terroryzmem, niesienia pomocy medycznej, itp. Chciał nosić mundur Marines, bo wiedział, że jest to najwspanialszy mundur z wszystkich mundurów, jakie noszono w Jego rodzinie. Matka nosi mundur strażacki, jego ojciec nosił mundur policyjny, a dziadek mundur wojskowy. Dawid był dumny, że ma zaszczyt nosić, jego zdaniem najlepszy, mundur US Mariness. Jego hasłem było hasło Semper Fidelis – do końca wierny. Matka z dumą opowiadała o swym synie, mówiła, że jej syn Dawid kochał życie, mówiła że serce jej rozrywa wciąż straszliwy ból, ale musi to wszystko godnie przyjąć.

Będąc na wojnie był wiele razy zmęczony, głodny, brudny, wiele razy ich bombardowano, ale gdy dzwonił do matki, powtarzał, że jest w Afganistanie, bo kocha to co robi, bo pomaga innym niewinnym ludziom – walczy z terroryzmem. Wiele razy mówił, że jest przygotowany na wszystko, nawet na śmierć i gdyby zginął, to chce, żeby matka wiedziała, że gdyby ponownie mógł wybrać swoją drogę, to zrobiłby to jeszcze raz, pojechałby do Afganistanu i robiłby z dumą to samo. 

Dawid przeszkolenie odbył na bazie Marines Corps w San Diego. W kwietniu tego roku wysłano go do Afganistanu. Parę miesięcy później, wracając do bazy w konwoju pojazdów pancernych wybuchła przydrożna mina. Z pięcioosobowej załogi pojazdu pancernego tylko jeden Marines ocalał z rozległymi poparzeniami ciała. David został pochowany na Arlington National Cemetery w Waszyngtonie. 

Porucznik John Plachta, w czasie kilkudniowego pobytu rodziny Dawida w Kaliforni, był dla nich tłumaczem, doradcą i przewodnikiem. Było to dla niego jedno z najtrudniejszych zadań. Po powrocie matki Dawida do Polski John otrzymał od niej list, w którym napisała: „Dziękuję za Twoje wspaniałe serce. Dawid, gdyby mógł Tobie cokolwiek powiedzieć, to na pewno ucieszyłby się, że nam pomagasz i powiedziałby do Ciebie – dzięki przyjacielu za Twoje serce dla mojej rodziny, dzieki ci za to, że byłeś przy nich. Podziękuj twoim rodzicom za to, że Ciebie tak wspaniale wychowali”. 

John przybył na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving) do Chicago. Tegoroczne Święto Dziękczynienia miało dla niego i dla jego rodziców specjalne znaczenie. Proboszcz kościoła St. Mary of the Woods, Greg Sakowicz, przechodząc do ołtarza zauważył obecność Johna z rodzicami. Po skończeniu mszy poinformował parafian o obecności Johna w kościele i o jego służbie w Iraku. Wszyscy jednocześnie odruchowo wstali i zgotowali młodemu oficerowi Marines Corps gorącą owacje. Był to niezwykle wzruszający moment dla niego i dla jego rodziców. Takiej spontanicznej reakcji nikt się nie spodziewał. Ten piękny gest uznania parafian St. Mary of the Woods jest odzwierciedleniem szacunku i doceniania ofiarności tych młodych ludzi, którzy z pobudek czysto idealistycznych, patriotycznych, narażając swe własne życie bronią naszej wolności i naszego stylu życia.
Katarzyna Pekala

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*