Ptasia grypa dotarła do Polski

(Korespondencja własna „Dziennika Związkowego”)

Warszawa  Polska stała się dziesiątym krajem Unii Europejskiej, w którym wykryto ptasią grypę. Widmo tej zakaźnej choroby od wielu miesięcy krążyło nad Europą, coraz bardziej zbliżając się do granic Polski. Najpierw stwierdzono przypadki tej nadal nieco zagadkowej choroby w Turcji i innych krajach Europy południowej, m.in. na Węgrzech, we Włoszech, Francji, Austrii, na Ukrainie i w Rosji. Duże poruszenie wywołało padnięcie łabędzi i innych ptaków na należącej do Niemiec przybrzeżnej bałtyckiej wyspie Rugia. Aż wreszcie stwierdzono przypadek w niemieckiej miejscowości oddalonej o półtora kilometra (jedną milę) od polskiej wioski Krajnik Dolny. Była tylko kwestia czasu aż podobny przypadek się wydarzy po polskiej stronie.


Niespodzianką było tylko to, że pierwszy przypadek nie stwierdzono na obszarach tużprzygranicznych ani na terenie Parku Narodowego Ujścia Warty, będącym jednym z największych siedlisk dzikiego ptactwa w Europie, ale w samym centrum Torunia. Polska dostąpiła zatem wątpliwego wyróżnienia, że był to pierwszy w Europie przypadek wykrycia ptaków zainfekowanych ptasią grypą na terenie dużego 200tysięcznego miasta. Pierwsze dwa łabędzie znaleziono na zamarzniętej Wiśle koło przystani wioślarskiej przy nadwiślańskim Bulwarze Filadelfijskim, o rzut beretem od przepięknej toruńskiej Starówki. Jeden z ptaków jeszcze dogorywał, ale został uśpiony przez weterynarza. Wkrótce znaleziono w pobliżu trzeciego łabędzia. Potem sygnalizowano kolejne padłe ptaki w Płocku i innych miejscowościach. Gdzieniegdzie znaleziono też martwe koty, które najłatwiej się zarażają ptasią grypą, kiedy spożyją zainfekowaną ptasią padlinę.

Na kolejnych konferencjach prasowych przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa, któremu podlegają służby weterynaryjne, Ministerstwa Zdrowia oraz władz regionalnych i lokalnych zapewniali dziennikarzy, że działają zgodnie z zaleceniami Unii Europejskiej. Procedura wygląda następująco. Kiedy lokalne służby weterynaryjne stwierdzają podejrzenie o ptasią grypą, próbki wysyłają do Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach, jedynej placówki przygotowanej do tego typu badań. Tam, jak zapewniał jego dyrektor dr Wijaszka, można „z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością” stwierdzić, że jest to potencjalnie groźny szczep ptasiej grypy H5N1. Wówczas próbki jadą do brytyjskiego laboratorium w Weybridge pod Londynem, które definitywnie orzeka, czy chodzi o H5N1.

Władze polskie poinformowały Komisję Europejską (czyli rząd Unii Europejskiej), że wokół miejsca, gdzie w Toruniu znaleziono dwa zarażone wirusem H5 łabędzie, ustanowiono przepisową 3kilometrową strefę ochronną i 10kilometrową strefę obserwacyjną. Zgodnie z prawem UE, w strefach obowiązuje ograniczony i kontrolowany ruch ludzi. W strefie ochronnej we wszystkich gospodarstwach wiejskich i na wielkich fermach drobiu ptactwo musi być trzymane w zamknięciu. Władze Torunia zaapelowały do kierowców o omijanie miasta a do mieszkańców o niekorzystanie z własnych samochodów, gdyż każdy pojazd przyjeżdżający przez Toruń będzie musiał przejechać przez matę odkażającą, co spowalnia ruch i tworzy korki.

Apeluje się także o niewypuszczanie z mieszkań kotów i o wychodzenie z psami tylko na smyczy. Do zdechłych ptaków nie należy się zbliżać, lecz informować o przypadku najbliższe władze: policję, straż miejską czy pożarną. Do znudzenia władze powtarzają, że ptasia grypa jest chorobą ptaków, nie ludzi. Jeden z komentatorów powiedział w telewizji, że łatwiej kobiecie zajść w ciążę kąpiąc się w publicznym basenie, w który, przebywał jakiś mężczyzna, niż zarazić się ptasią grypą.
Minister zdrowia, prof. Zbigniew Religa, na specjalnie zwołanej konferencji uspokajał społeczeństwo mówiąc: „To, że zachoruje człowiek, jest mniej prawdopodobne niż to, że ktoś z nas kupi dziś los i wygra w totolotka”. Przypomniał, że ptasia grypa jest monitorowana od 2003 r. W tym okresie na całym świecie wirusem H5N1 zaraziły się 174 osoby, z czego zmarły 94, ale zachorowały osoby w azjatyckich krajach Trzeciego świata jak Wietnam i Tajlandia, czy Turcja, gdzie istnieje niski poziom higieny, a ludzie często mieszkają z ptakami pod jednym dachem. „Jeśli nie ma się bezpośredniego kontaktu z dzikim ptactwem, je się mięso ugotowane, smażone lub pieczone, nie ma możliwości zakażenia. Ugotowane na twardo jajko też nie stanowi zagrożenia”  przekonywał minister. Wirus ten ginie w temperaturze 70ąC (158ąF) i niszczą go także detergenty.

Premier Kazimierz Marcinkiewicz, który wkrótce po ogłoszeniu pierwszego w Polsce przypadku ptasiej grypy, pośpieszył do Torunia, by zapoznać się z sytuacją i uspokoić nastroje ludności. Podobnie jak minister rolnictwa oznajmił, że na obiad jadł pieczonego kurczaka, aby konsumenci nie odwrócili się od drobiu. Nawet przed stwierdzeniem pierwszego przypadku tej choroby w Polsce, spożywanie drobiu zmalało w Polsce od początku roku o ok. 30 procent, co stanowi poważny cios dla przemysłu drobiarskiego.

Gdy pojawiły się pierwsze sygnały, że podejrzewa się dwa znalezione w Toruniu ptaki o ptasią grypę, w redakcjach warszawskich zaczęły krążyć wśród dziennikarzy dowcipy. że to nie łabędzie, lecz kaczory (tak przeciwnicy mówią na braci Kaczyńskich), ale informację tę miał zablokować Pałac Prezydencki, nakazując podać, że były to łabędzie. Na czacie internetowym pewien internauta stwierdził, że ptasia grypa wybuchła właśnie w Toruniu, bo to kara Boska za ojca Rydzyka i PiS. Znacznie poważniejsze zarzuty pod adresem rządu postawiła wpływowa, a zaciekle antyPiSowska „Gazeta Wyborcza”, twierdząc, że władze RP początkowo zataiły informację o obecności w Polsce zjadliwego wirusa ptasiej grypy.

„Już w sobotę (4 marca) laboratorium weterynaryjne w Puławach (jedyne w kraju uprawnione do badania tego wirusa) wiedziało, że w Polsce mamy wirus H5N1, ale na prośbę resortu rolnictwa ukryło tę informację  pisze „Wyborcza”. Według gazety, dr Tadeusz Wijaszka, szef puławskiego laboratorium, poinformował o tym głównego lekarza weterynarii Krzysztofa Jażdżewskiego. W rezultacie gorączkowej narady w ministerstwie rolnictwa skierowano prośbę do dra Wijaszki, aby odciął ostatni człon z nazwy wirusa i na razie poinformował oficjalnie, że laboratorium wykryło wirusa jedynie H5. Szczepów ptasiej grypy jest wiele, a jedynie wirus H5N1 może stanowić śmiertelne zagrożenie dla ludzi.

„Informacje o tym, że rząd od soboty wiedział, iż mamy do czynienia z wirusem H5N1 są całkowicie nieprawdziwe, skomentował zarzuty „Gazety Wyborczej” rzecznik rządu Konrad Ciesiołkiewicz.  Badania szczegółowe trwały całą niedzielę, ale dopiero po nich mieliśmy wiedzę graniczącą z pewnością, choć w dalszym ciągu trzeba było czekać na potwierdzenie z Anglii”.

Bez stuprocentowej pewności nie było sensu siać paniki. Władze publiczne nie są polującą na sensację gazetą i za zadanie mają ochronę zdrowia i bezpieczeństwa obywateli. Jak wyjaśnił dr Wijaszka, jego instytut w Puławach jest w stanie stwierdzić obecność zjadliwego wirusa prawie w stu procentach, ale międzynarodowe władze zdrowia uznają jedynie metody stosowane przez laboratorium pod Londynem. Stąd też jedynie jego orzeczenie uznaje się za miarodajne.      

Ale w tak przepolitycznionym kraju jak dzisiejsza Polska, nawet pojawienie się potencjalnie groźnej choroby jest dobrą okazją do rozpętania kolejnej nagonki na konserwatywny obóz rządzący. Mimo że ostatecznie sprawa została wyjaśniona, u wielu czytelników pierwsze wrażenie pozostanie, a zarzuty zapadną w świadomość. Znów nielubiany przez większość mediów, choć cieszący się poparciem społeczeństwa, rząd PiS zrobił coś nie tak, nie dotrzymał, zaniedbał, zataił. Już od wielu miesięcy takie i inne zarzuty sypią się nieustannie na władze rządowe ze strony niepogodzonej z porażką wyborczą Platformy Obywatelskiej i jej medialnej klaki. Nie pomaga to krajowi w walce ani z ptasią grypą, ani z korupcją, bezrobociem, biedą czy jakąkolwiek inną plagą społeczną.
Robert Strybel

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*