Przyjacielska Albania


Moja albańska przygoda zaczęła się od tego, że partnerka wielu różnych wypraw zagranicznych, po wysłuchaniu odczytu o tym kraju, zapragnęła nagle go odwiedzić. A że i ja tam nigdy jeszcze nie byłem, zaakceptowałem prawie od razu tą propozycję. Piszę „prawie”, ponieważ w międzyczasie, w czasie kilku rozmów z kolegami podróżnikami, wszyscy mi to stanowczo odradzali. Że kraj dziki, niedostępny, nieprzyjacielski, prymitywny, a ludzie awanturnicy, agresywni, nożownicy i do tego w olbrzymiej większości muzułmanie, nie znoszący chrześcijan, zwłaszcza katolików. Przestudiowałem więc parę przewodników o tym kraju, zrobiłem prowizoryczny program i… pojechaliśmy.

W biurach podróży, informacjach turystycznych i z przewodników dowiedziałem się, że nie istnieje żadne połączenie kolejowe z Albanią – pomimo że na mapach jest takie zaznaczone – ani żadne autobusowe. Istnieje tylko połączenie promami z Bari w Italii lub z Triestu, ale przedłuża to, utrudnia i podraża nasz dojazd. Oczywiście jest też połączenie lotnicze ze stolicą Tiraną kilku linii lotniczych, lecz bilety są potwornie drogie (np. węgierską linią Malev, z Budapesztu do Tirany, przelot jest droższy niż powrotny do Ameryki).

 

Jedyna więc lądowa droga, jaka nam pozostała, to przejazd pociągiem do Podgoricy w Czarnogórze, stąd taksówką na jedyne od północnej strony – jak nas wszyscy po drodze informowali – otwarte przejście graniczne w Han i Hotit, a dalej albańskimi autobusami. Nocnym pociągiem z kuszetkami wyjechaliśmy więc z Krakowa, przez Koszyce do Budapesztu, a stąd po paru godzinach czekania innym expresem do Belgradu w Serbii. Dawno już nie byliśmy w Serbii (od czasów starej Jugosławii), zostaliśmy więc na całą dobę, aby zwiedzić nowy Belgrad. Ponownie, pociągiem nocnym z kuszetkami, dojechaliśmy do Podgoricy, stolicy Czarnogóry. Okazało się prawdą, że żadnego autobusu na granicę albańską nie ma i że trzeba jechać taksówką. Do granicy jest tylko 25 km. Po półudniowym zwiedzaniu Podgoricy i małym targowaniu się z taksówkarzem, zapłaciliśmy tylko $20 i wczesnym popołudniem byliśmy już na granicy.

 

Albański oficer graniczny okazał się, bardzo przyjacielski, znał język angielski i uciął sobie z nami koleżeńską pogawędkę. Już tu na granicy okazało się jak bardzo Albańczycy oczywiście ci co znają jakiekolwiek obce języki – spragnieni są zwykłej konwersacji. Pomimo oficjalnego zakazu, pozwolił nam robić zdjęcia na granicy i po załatwieniu granicznych formalności, załatwił nam okazyjny przejazd samochodem (34 km) do Shkodra, pierwszego większego miasta na północy Albanii. Żadnych autobusów z granicy nie było. Na granicy w banku wymieniliśmy od razu pierwsze pieniądze na albańskie leke. Za $1 US otrzymuje się teraz 96 leke. W kolejnych bankach były po 97 leke, a u oficjalnych, ulicznych „zmieniaczy” zawsze po 96. Natomiast we wszelkich tranzakcjach handlowych lub zakupach przyjmowało się na okrągło 100 leków za dolara.

 

Ponieważ prawie natychmiast był autobus ze Shkodra do Tirany, skorzystaliśmy z tego i udaliśmy się tam najpierw, odkładając zwiedzenie starożytnego miasta Shkodra na drogę powrotną. Stacje autobusowe, które są zaznaczone na planach miast, to tylko umowne, nieoznaczone miejsca na ulicy lub placu. Żadnych budynków dworcowych, tablic informacyjnych lub oznaczeń tu nie ma. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Jeszcze gorzej jest z drogami. Są wąskie, zniszczone, pobocza pełne dołów i dziur. Pomiędzy miastami, jeszcze da się jakoś środkiem przejechać, ale w miastach jest najgorzej. Tylko główne bulwary są asfaltowane i dość dobrze utrzymane. Boczne ulice to polne błotniste drogi, pełne dziur i wybojów. I nigdzie żadne ulice nie są oznaczone i opisane (tylko na planach). Najgorsze są jednak place, na których są stacje autobusowe. Autobus, aby wyjechać z takiego placu, musi „czołgać” się 10 do 20 minut, wpadając z jednej dziury w drugą. Jak im nie szkoda tych samochodów? Może właśnie dlatego – jak obliczyliśmy w kilku kolejnych obserwacjach – jeździ tam po drogach prawie 70% słynących z doskonałej wytrzymałości Mercedesów.

 

No, ale teraz jedziemy parę godzin w miarą wygodnym autobusem do Tirany i mamy trochę czasu, aby przypomnieć sobie krótki zarys historii Albanii. W czasie 2 milenium BC tereny zachodnich Bałkanów zamieszkiwali lliryjczycy, przodkowie dzisiejszych Albańczyków. W VII w. BC przybyli Grecy, którzy założyli kolonie w dzisiejszym Durres, Apollonia i Butrint. Handlowali pokojowo z Iliryjczykami, którzy w IV w. BC utworzyli swoje plemienne ksiąstewka. W III w. BC rosnące królestwo lliryjczyków ze swoim centrum w Shkodra, weszło w konflikt z Rzymem, który w 228 r. BC wysłał flotę 200 statków przeciwko królowej Teuta – ówczesnej władczyni królestwa lliryjsko Ardańskiego. Długa, ale w końcu przegrana w 167 r. BC wojna, przedłużyła władzę Rzymian nad całymi Bałkanami.

 

Pod panowaniem Rzymian Iliria żyła kilka wieków w pokoju i dobrobycie, zachowując swój język i tradycje. Kiedy w 395 r. AD nastąpił podział imperium Rzymskiego, Iliria dostała się pod panowanie Bizancjum, czyli Wschodniego Imperium Rzymskiego. Nastały migracje Wizygotów, Hunów, Ostrogotów i Słowian, trwające aż do VI wieku. Tylko na południu zachowali się rdzenni Iliryjczycy. W 1344 r. Albania zaanektowana była przez Serbię, po czym już w 1389 r. zawojowana była przez Turków Ottomana i cały region dostał się pod ich panowanie. W latach 1443 do 1468 bohater narodowy Skanderbeg poderwał Albańczyków do walk powstańczych przeciwko Turkom. Prowadził je ze swojego zamku w Kruja, wygrywając aż 25 bitew z Turkami. Nawet Sułtan Mehmet Fatih – pogromca Konstantynopola – nie zdołał zdobyć jego zamku. Jednak po jego śmierci, od 1479 r., cała Albania dostała się pod panowanie Turków Ottomana. Była pod ich panowaniem aż do 1912 r.

 

W XV i XVI w. tysiące Albańczyków uciekło przed Turkami do południowych Włoch, a z pozostałych około połowa przeszła na islam. Albania uzyskała niepodległość w 1912 r., ale już w czasie I wojny światowej była okupowana kolejno przez wojska Grecji, Serbii, Francji, Włoch i Austro-Węgier. W 1920 r. przeniesiono stolicę kraju z Durres do Tirany, a w 1928 r. królem został Ahmed Zogu I. Kiedy w 1939 r. Mussolini zaatakował Albanię, król Zogu uciekł do Londynu, zabierając ze sobą całe złoto krajowego skarbca. W 1941 r. powstała Komunistyczna Partia Albanii, którą założył i prowadził aż do swojej śmierci w 1985 r. Enver Hoxha (Hodża).

 

W 1948 r. Albania zerwała z Jugosławią, ściśle współpracując z ZSRR aż do roku 1961. Wtedy to zerwała z ZSRR, zaczynając współpracę z Chinami. Po inwazji Sowietów na CSSR w 1968 r. Hoxha zarządził wybudowanie 700 000 żelbetonowych, iglowatych bunkrów po całym kraju. Po śmierci Mao w 1976 r. już od roku 1978 następuje całkowita, międzynarodowa izolacja Albanii. Po śmierci Hoxha rządy obejmuje Ramiz Alia. W 1992 r. po elekcji zakończyła się 47-letnia władza komunistów i po rezygnacji Alia parlament wybiera na prezydenta Sari Berisha. Przez kolejne 10 lat kraj przechodzi kilka kryzysów, aby w roku 2002 polityka się ustabilizowała, a ekonomia i gospodarka zaczęły należycie i dobrze prosperować.

 

Nasz autobus zatrzymał się w Tiranie, gdzieś na ulicy, przy nieoznaczonym miejscu. Wszyscy wysiedli, co oznaczało koniec jazdy. Już wcześniej wiedzieliśmy, że w Albanii nie ma żadnych niedrogich hosteli ani nie ma też żadnej informacji turystycznej. Przygotowałem spis kilku tańszych hoteli, bo miały one tu być podobno najdroższe. Widząc jednak w pobliżu napis Hotel Areela, skierowaliśmy się – będąc obciążeni całym bagażem – w kierunku strzałki. Ulica była bardzo podziurawiona, ale po przejściu około 200 m., z trudem odnaleźliśmy nasz reklamujący się hotel w bocznym zakamarku. Ta jego uliczka czy też placyk okazał się polnym przejściem po dołach z wodą i błotem. Całe szczęście, że była już piękna słoneczna, ciepła pogoda i dwa dni temu przestało padać. Natomiast sam 7-piętrowy, 3-gwiazdkowy hotel okazał się bardzo przyjemny, czysty i komfortowy. Cena też była niska, 3000 leków (30$) za pokój 2-osobowy z łazienką, gorącą wodą, balkonem i klimatyzacją. Właściciele mówili troszkę po angielsku. Ale gości nie było.

 

Jeszcze wieczorem zrobiliśmy mały spacer rozpoznawczy po okolicy, dochodząc głównym bulwarem Zogu I do centralnego i głównego placu Skanderbeg’a. Znajduje się tu jego konny pomnik, Opera z białego kamienia z Domem Kultury, meczet z minaretem Et’hem Bey, za nim wieża zegarowa, Narodowe Muzeum Historii z mozaikowym muralem na frontowej fasadzie.

 

Rano kolejnego dnia wybraliśmy się autobusem na wycieczkę do osławionej miejscowości Kruja, oddalonej od Tirany 32 km. Po łatwym odszukaniu właściwego autobusu (bo naganiacze nawołują) to właśnie tym wyjeżdżaliśmy z podziurawionego placu, wlokąc się ponad 15 minut. Po prawie godzinie byliśmy już na miejscu, gdzie na zboczach gór usytuowane jest bajkowe miasteczko Kruja, o wąskich, serpentynami pnącymi się do góry uliczkach i górującym nad nim wspaniałym zamkiem. Pod nim znajduje się stary meczet z białym minaretem Dolma tege oraz staromiejska uliczka zapełniona straganami z pamiątkami całej Albanii. Dojście do zamku to tylko kilkanaście minut, opłacamy wstęp po 100 leków od osoby i znowu mijamy wiele stoisk z pamiątkami. Dolna część zamku jest ładnie odnowiona i mieści się tu Muzeum. Górna, z wieżą obserwacyjną i murami obronnymi, penetrowana jest przez dużą ilość dzieci szkolnych, przybyłych tu na wycieczkę z miasta Pecini. Turystów zagranicznych nie ma nigdzie. Widok z górnej części zamku na góry i miasteczko jest naprawdę wspaniały.

 

Po powrocie do Tirany, już po południu, wybraliśmy się taksówką (autobus tam nie jeździ) kilkanaście km za miasto do Parku Narodowego Mt. Dajti, a właściwie do dolnej stacji kolejki linowogondolowej. Z godzinnym czekaniem i drogą powrotną, koszt wyniósł 1500 leke. Kolejka jest bardzo długa, końcowy odcinek pnie się ostro pod górę. Dopiero z tej kolejki oglądaliśmy z bliska porozrzucane dookoła – na zboczach otaczających Tiranę – te osławione bunkry. Przy drodze do Tirany też one stały, tylko były słabo widoczne.

 

Mając taksówkę podjechaliśmy na drugi koniec miasta, pod Uniwersytet w pobliżu Parku Kombetar i pięknego budynku Kongresu. Wracając pieszo po bulwarze Deshmoret, oglądaliśmy jeszcze Akademię Artystyczną, Budynek Premiera, ciekawą białą Piramidę – dawne Muzeum Hoxha – Narodową Art. Galerię oraz Budynek Rządu już przy placu Skanderbega. Przy ulicznych barach i piekarenkach próbowaliśmy często smaczne wypieki z francuskiego ciasta. wypełniane serem, zwane tu byrek. Wyśmienite.

 

Kiedy byliśmy na placu Skanderbega, podszedł do nas w średnim wieku mężczyzna, ubrany w ciemny garnitur i zapytał, czy nie mówimy po angielsku i czy może nam w czymś pomóc. Tak się ucieszył, że może z nami porozmawiać, że po pokazaniu nam kilku ciekawostek w okolicy centrum zaprosił nas na kawę i co ciekawe za nic w świecie nie pozwolił nam zapłacić. On nam stawia. Okazał się miłym człowiekiem, bardzo rozmownym, opowiadał o wielu ciekawostkach albańskiego życia. Nazywał się Mirandi Kulla, był artystą malarzem, a obecnie prowadził małe roboty budowlane. Dzień okazał się pracowicie wypełniony, więc był już czas na odpoczynek.

 

Niedaleko od bazaru był  postój autobusów, po odszukaniu właściwego, wyjechaliśmy z Tirany, przez Durres i Lushnje do Fier. Bilety kosztowały po 300 leków. Niedaleko naszego końcowego przystanku, pustego placu autobusowego i jeszcze bardziej opustoszałego starego dworca kolejowego, znaleźliśmy bardzo przyjemny, nowy i niedrogi (2000 leków), zupełnie pusty hotel Gjeli. Natomiast w sąsiednim Barze Szybkiej Obsługi, na pytanie o jakąś taksówkę, od razu podszedł do nas jeden z gości znający język angielski i z telefonem komórkowym oferując swą pomoc. Zadzwonił po taksówkę i przetłumaczył kierowcy nasze życzenie jazdy do starożytnych ruin korynckiego miasta z IV w. BC, zwanego Apollonia. Oddalonego od Fier o 20 km. Cenę za jazdę w obie strony, z czekaniem, ustaliliśmy na 1500 leków, co było bardzo tanio. Na miejscu były jeszcze bilety wstępu po 500 leków i do muzeum po 250. Ciekawe, ładne, niektóre fragmenty dobrze zachowane.

 

Rano w hotelu obudził nas gwizd lokomotywy pociągu jadącego z Tirany do Vlora. Z naszego balkonu oglądaliśmy ten bardzo biedny pociąg, stary, brudny, jadący wolno jak „ciuchcia” i złożony z trzech IV klasy wagonów. Jednak chyba dobrze zrobiliśmy, że jedziemy autobusami. Ażeby złapać kolejny, w kierunku południowym, do Dhermi lub Himary, trzeba było przejść pieszo – taksówek nie było – ponad kilometr do zupełnie innego miejsca przy chodniku, gdzie stały mini-busy, tu nazywane furgonami. Okazało się jednak, że jadą tylko do Vlora. Jest to ciekawa nadmorska miejscowość z portem i plażami, leżąca na naszej trasie, dlatego bez wahania dodaliśmy ją do programu i za 250 leków od osoby – pojechaliśmy. We Vlora od końcowego przystanku naszego furgonu, ażeby dostać się na plażę, trzeba było jeszcze dojechać miejskim autobusem parę przystanków. Bilety były po 20 leków. To właśnie od tej miejscowości Vlora, zaczyna się ładna Albańska Riviera. Przez około 20 km, aż do długiego półwyspu Karaburun, ciągną się urocze, czasem bezludne, czasem założone leżakami i parasolami, piaszczyste plaże Morza Adriatyckiego. Woda jest czysta i przyjemnie ciepła. Za Karaburun zaczynają się plaże Morza Jońskiego i przebiegają one – z przerwami – do najdalszego na południu miasta Albanii, do Sarandy.

 

Dopiero, kiedy już jechaliśmy autobusem z Vlora do Himary (bilety po 200 leków) mogliśmy podziwiać kolejne plaże w całej rozciągłości. Ale żeby się dostać do naszej wybranej – podobno najsławniejszej i najpiękniejszej, w kurorcie Dhermi – trzeba pokonać górską przełęcz na wysokości 1027 m npm, zwaną Llogaraja i zjechać ostrymi serpentynami, prawie do morza, a właściwie do wioski Dhermi. Oddalona jest ona od plaży z hotelami 1 km. Wzdłuż rzeki Dukatit, zaczęliśmy piąć się ostro pod górę, jadąc cały czas bardzo wąską, bez poboczy, drogą, aż osiągnęliśmy przełęcz. Był tu mały zajazd i odpoczynkowy przystanek 20-minutowy na picie, jedzenie i te inne potrzeby.

 

Kiedy zaczęliśmy zjeżdżać tymi okropnymi serpentynami, skończył się las i odsłonił się wspaniały widok na naszą karkołomną, w dole, zakosami wijącą się drogę i lazurowe – z pustymi plażami – Morze Jońskie. Tak, na tych agrafkowatych, ostrych skrętach, trzeba było mieć zdrowe nerwy. Nic dziwnego, że pomocnik kierowcy roznosił pasażerom samolotowe torebki plastikowe. Na wszelki wypadek… Przez wioskę Dhermi autobus przepychał się bardzo wąskimi, z dziurami, jednopasmowymi uliczkami, ale wysoko na zboczach, daleko od plaży. Tam już nie było żadnego transportu, trzeba było łapać jakąś okazję, bo z ciężkimi plecakami trudno chodzić.

 

O taką okazję nie było trudno, bo właśnie była sobota, lato i duża ilość tych trochę bogatszych Albańczyków przyjeżdżała tu na wakacje i odpoczynek. Pierwszy jadący Mercedes, od razu się zatrzymał i zabrał nas nie chcąc żadnego wynagrodzenia. Na plaży nowy szok. Co kilkaset metrów stały żelbetonowe bunkry, najczęściej w gromadce po trzy, z tyłu połączone również żelbetonowym, niskim korytarzem. Plaża była długa i szeroka, niestety – kamienista. Żwir drobny i grubszy, tylko przy hotelowych odcinkach plaży trochę piasku. Woda wspaniała, czysta jak kryształ, bez fal, tylko niestety dla mnie trochę za chłodna. Pierwszy hotel przy samej plaży miał już wszystkie pokoje zajęte, dalej za nim były tylko prywatne pensjonaty – też zapełnione – wróciłem więc na północ, w kierunku grupy luksusowo wyglądających hoteli, położonych na zboczach nadmorskiej skarpy.

 

Już w pierwszym z nich, z wielopiętrowymi tarasami, dostaliśmy pokój za 3000 leke (30$). Byliśmy mile zaskoczeni, bo przewodniki zeszłoroczne podawały, że pokoje tu będą najtaniej po 4000 leke. Nasz hotel nazywał się Leona. Później, na wieczornym spacerze po okolicy, okazało się, że chyba załatwiliśmy go zbyt pochopnie. Obok, tej samej klasy, reklamowany w Lonely Planet, mający zwykle pokoje po 5000 leke, hotel Dhermi, teraz miał je po 2500 leke. I jeszcze były wolne. Ale najciekawsze było zameldowanie. Po prostu, po obejrzeniu pokoju i zaakceptowaniu, dostaje się klucze, bez pytania o paszporty lub pieniądze. Płacicie przy wyjeździe – powiedzieli.

 

Po dwóch dniach odpoczynku, kąpieli i łykania jodu, ruszyliśmy w dalszą podróż. Nikt w hotelu nie wiedział, o której godzinie jedzie – na górnej, głównej drodze – autobus do Himary. Trzeba więc było dojść pod górę, do drogi, w ciemno i tam na nieoznaczonym przystanku czekać. Już po kilkudziesięciu metrach, pierwszy jadący samochód – też Mercedes – zabrał nas w górę i oczywiście nie chciał wynagrodzenia. Czekaliśmy na przystanku dość długo, kiedy przejeżdżał – jadący właśnie do Himary – samochód. Elegancki pan chętnie nas zabrał, cały czas zapewniając nas, że absolutnie nie chce żadnej zapłaty. Ponieważ mówił po angielsku, ucieszył się, że będzie sobie mógł z nami pogadać. Jechaliśmy karkołomną drogą, bardzo wąską, pełną dziur i bez poboczy.

 

Na jednym z pięknych punktów widokowych zatrzymał się w kawiarni położonej nad przepaścią i zaprosił nas nawet na kawę. I też nie pozwolił abyśmy to zapłacili. Na północnych rogatkach Himary skręcił w bok – przepraszając, że musi odwiedzić swego ojca mieszkającego przy północnej plaży. Dopiero ta droga, którą zjeżdżał do plaży, pobiła wszystkie inne najgorsze. To nawet nie była chyba droga, tylko kamieniste dno jakiegoś wyschniętego potoku, pełnego dziur i większych głazów. Te ich auta dokonują cudów wytrzymałości. Plaża była kamienista, zupełnie bezludna i oczywiście z rozstawionymi trójkami bunkrów.

 

Po półgodzinnej przerwie tą samą kamienistą drogą powróciliśmy w górę do głównej drogi i po paru minutach dojechali szczęśliwie do również nadmorskiego miasteczka z plażą, do Himara. Tu okazało się, że nasz przyjacielski kierowca chciał nam wlepić swego kolegę taksówkarza, który by nas zawiózł do Sarandy – do której właśnie zdążaliśmy – za marne kilkadziesiąt dolarów. Przy okazji obaj zapewniali, że żaden autobus tędy nie jedzie. Ponieważ nie zgodziliśmy się – wiedząc, że jest inaczej kazał sobie zapłacić 1000 leków za podwiezienie nas do Himary (autobus kosztuje 200 leków). Oczywiście od razu, bez słowa, zapłaciliśmy i od razu go pożegnali. I to był tylko jeden tego rodzaju przypadek niesolidności w czasie całego naszego pobytu w Albanii.

 

Za rogiem w aptece znalazłem farmaceutkę mówiącą po angielsku, która potwierdziła moje wiadomości, że autobus tędy jedzie i będzie tu za parę minut. Ledwo skończyliśmy rozmowę, a autobus właśnie podjechał. Wygodny, komfortowy i tylko po 300 leków bilety. I ten odcinek kilkugodzinnej drogi, z Himara do Saranda, trawersujący zbocza górskiego wybrzeża, jest chyba najbardziej krew mrożący w żyłach. Dla tych o słabszych nerwach młody konduktor ponownie roznosił plastikowe torebki, aby nie zanieczyścić autokaru. Droga wąziutka, jednopasmowa, pełna serpentyn, cały czas nad niesamowitą przepaścią. Najgorsze były przejazdy przez kolejne wioski. Tam trzeba było przeciskać się polnymi, pełnymi dziur uliczkami na jedno auto, czasem skręcającymi pod kątem prostym lub przez niezabezpieczone, „na pół auta”, drewniane mostki. Jak nasz kierowca tamtędy przejechał – trudno uwierzyć.

 

Saranda to najdalej na południe położone miasto Albanii. Jest jednocześnie portem, kurortem z plażami i sportami wodnymi, oraz miejscem do zwiedzania – chyba najciekawszych i największych w Albanii – położonych w pobliżu wykopalisk archeologicznych – Butrint. Pięknie zlokalizowane nad małą zatoką Morza Jońskiego i na zboczach sąsiadujących z miastem gór. Przystanek końcowy był jak zwykle gdzieś na małym, nieoznaczonym placyku, przy skrzyżowaniu centralnych ulic. Tu czekała nas nowa niespodzianka. Kierowca nasz wiedząc, że ma zagranicznych turystów, porozumiał się telefonicznie ze swoim znajomym właścicielem hotelu, który już na nas czekał na przystanku. Zaoferował nam warunki nie do odrzucenia: podwójny pokój z łazienką i wygodami, ze śniadaniem, za 2000 leków, czyli $20. Zawiózł nas nawet wynajętą taksówką, bo okazało się, że był on położony na zboczach wzgórz, około 10 minut spacerkiem od centrum.

 

Hotel nazywał się Gjeka. Nowy, kilkupiętrowy, ładnie położony, pokoje czyste z balkonami i widokiem na całą Sarandę i zatokę, a śniadanie okazało się najlepsze w całej Albanii. Byliśmy tylko sami w jadalni przy suto zastawionym stole, prawie jak w otwartym bufecie. Tą samą taksówką za 1000 leków pojechaliśmy od razu 20 km dalej do Butrint, aby zdążyć jeszcze tego dnia przed zamknięciem bram. Już tu w Saranda dowiedzieliśmy się, że do Butrint chodzą już miejskie autobusy (o czym jeszcze nie wiedział przewodnik Lonely Planet). Jadąc minęliśmy bardzo osławioną i rozreklamowaną ładną plażę Ksamili, kilkanaście km na południe od Saranda, ale nie powróciliśmy do niej, bo chyba z tym urokiem trochę przesadzili.

 

Butrint to piękne ruiny starożytnego, grecko-rzymskiego miasta z IV w. BC. wstęp kosztuje tak jak w innych Parkach Narodowych, czyli po 700 leków. Spacer dookoła i zwiedzanie zajmuje najmniej dwie godziny. Ruiny miasteczka rozłożone są na owalnym półwyspie, otoczone solidnymi, grubymi murami oraz wodami dużego jeziora Butrint. Większość z nich zachowała się dobrze do dnia dzisiejszego. Według mitologii, pierwszą osadę tutaj założył już syn Priama Helenus wraz z uciekinierami z upadłej Troi. Poświęcił on bogom woła, który ranny dobiegł do tego miejsca, co oznaczało, że jest ono odpowiednie i dobre. Od tego też czasu osada ta nazywała się Buthrotum, co oznaczało „ranny wół”. Poprzez wieki miasto się rozbudowywało i umacniało, tworząc silny graniczny bastion Greków, Rzymian, Wenecjan, potem tureckiego Ali Pasha. Oglądamy kolejno ruiny z IV w. BC., sanktuarium lecznicze boga Asclepiusa z III w. BC., amfiteatr, później przerobiony trochę przez Rzymian, rzymskie łaźnie, Agorę-Forum, „gimnazjum”, czyli salę ćwiczeń oraz z VI w. AD., baptiserium, czyli chrzcielnicę z podobno piękną mozaikową podłogą, niestety całą zasypaną piaskiem, aby nikt jej nie oglądał i nie filmował! Trudno sobie wyobrazić coś bardziej idiotycznego! Jest przecież bardzo dużo sposobów na to, aby tam nikt nie wchodził, nie deptał lub niszczył.

 

Odwiedziliśmy też rzymski dom miejski przerobiony później na Pałac, fontannę dedykowaną Nimfom, Wielką Bazylikę z VI w. AD, dwie niskie bramy: Jeziorną i Lwią wraz z murami obronnymi z IV w. BC. Przez Lwią bramę przechodzimy do położonego na wzgórzu akropolis, gdzie zachowały się najstarsze fragmenty budowli z VIII w. BC. Później, już w XIV – XVI w. Wenecjanie zbudowali tu na szczycie wzgórza zamek, nazwany ich imieniem, czyli Wenecką Wieżą. Ta część zamku jest ładnie odrestaurowana już od lat 1930. przez włoskich archeologów. Prace te były kontynuowane po II wojnie światowej przez Albański Instytut Archeologii. W roku 1992 UNESCO zaliczyło Butrint do Miejsc Światowego Dziedzictwa, a w 2001 roku Butrint został Parkiem Narodowym. Tam na górze spotkaliśmy jedynych zagranicznych turystów, starszą brytyjską parę właśnie zaczynającą schodzić w dół do parkingu. Po zejściu odczekaliśmy swoje kilkanaście minut i autobusem za 200 leków od osoby powróciliśmy do Sarandy.

 

Nie było jeszcze ciemno, wobec tego doszliśmy do portu pięknym, wysadzanym wspaniałymi palmami bulwarem nadmorskim, aby rozeznać się w możliwościach wycieczki statkiem na grecką wyspę Corfu. Statek odpływa codziennie rano o 10:30, płynie około godzinę, a do Sarandy wraca na 8 wieczorem. Pierwsza nasza wersja powrotu do Czarnogóry była, żeby popłynąć statkiem na Corfu, skąd włoską linią do Bari w Italii i kolejnym statkiem do jakiegokolwiek portu w Czarnogórze lub Dalmacji. Nie chcieliśmy wracać tą samą drogą do Tirany lub Shkodra.

 

Dopiero rano, idąc z plecakami do portu, zobaczyliśmy wygodny autokar z napisem „Tirana”. Po rozmowie z kierowcą okazało się, że te bezpośrednie autobusy jadą zupełnie inną, krótszą, wzdłuż środkowej doliny rzeki Drinos, drogą i też przez jeszcze nie zwiedzone Durres. To spowodowało zmianę tej pierwszej, nie potwierdzonej nigdzie trasy, decydując się na powrót do Sarandy i kolejnego dnia na autokar do Durres. Plecaki pozostały więc w granicznej przechowalni portu, a my kupiliśmy powrotne bilety na Corfu po 3300 leków na osobę.

 

Rejs był jak zawsze bardzo przyjemny, ale w porcie stolicy Kerkyra kontrola bagażu była bardzo szczegółowa. Wychodząc ze statku wszyscy musieli przejść przez mokrą, dezynfekującą gąbkę. Upał był niemożliwy. Człowiek był tak rozleniwiony, że nie chciało się chodzić i zwiedzać. Ale nie było z portu autobusów ani taksówek i trzeba było dowlec się te 2 km do centrum miasta. Już w portowej dzielnicy zwróciliśmy uwagę na czystość, porządek, świetne asfaltowane ulice i luksusowe autokary. Ceny też są wszędzie odpowiednio wyższe, bo tylko za Euro. Chyba tylko pocztówki są stosunkowo tanie, cztery za € 1.

 

W centrum znaleźliśmy restaurację, gdzie serwowali moje ulubione greckie danie – mousaka. Posileni mogliśmy dalej spacerować po starym mieście, zwiedzając jeden z dwóch wielkich, tu mieszczących się, zamków i stare prawosławne kościoły.

 

Wróciliśmy planowo statkiem do Saranda w Albanii, gdzie okazało się, że obcokrajowcy muszą płacić za każdym razem, kiedy wjeżdżają, podatek turystyczny (zamiast wizy) w wysokości 15$. Wyłączeni z tego obowiązku są Polacy i Portugalczycy. Mieliśmy zamiar powrócić do naszego hotelu Gjeka, ale ciągnąc się z plecakami pod górę, gdzie był nasz hotel, na sąsiedniej ulicy jeszcze przed ostatnim podejściem, natknęliśmy się na mały hotel w kamienicy ze sklepikiem. Sprawdziliśmy i zostaliśmy. Pokój kosztował tylko 1500 leków, duży, czysty z łazienką, kuchenką i sąsiednim pokojem do naszej dyspozycji. Jak poprzednio – zapłaciliśmy, dostali klucze i cały apartament był nasz.

 

Rano, spiesząc do autobusu na Tiranę, zdążyliśmy jeszcze kupić w sąsiednim sklepiku najbardziej znany i najsławniejszy poza granicami Albanii koniak-brendy o nazwie Skanderbeg. Był on tu o 20% tańszy niż w Tiranie. Za bilety do Durres (1 godz. przed Tiraną) zapłaciliśmy po 900 leke, a cała jazda zajęła nam tylko 8 godzin. Zatrzymaliśmy się na krótki postój w Gjirokaster, starym miasteczku, które mieliśmy w pierwotnym planie zwiedzić, słynącym ze swego Starego Miasta o brukowanych uliczkach, zamku i starożytnego, na kamiennych łukach mostu. Brakło na to czasu. Stare Miasto i zamek mogliśmy zobaczyć tylko z daleka, z przystanku autobusowego. Most filmowaliśmy przez okna autobusu. Parę godzin jechaliśmy doliną rzeki Drinos, gdzie droga jest właśnie przebudowywana i poszerzana, aż do Tepelene i Memaliaj. Gdzieś w połowie drogi, w górach, mieliśmy ponownie 20-minutową przerwę na posiłek i potrzeby własne, po czym przez Lushnje dojechaliśmy zupełnie wygodnie i we właściwym czasie do Durres.

 

W Durres z przystanku linii dalekobieżnych musieliśmy jeszcze dojechać loco minibusem do centrum, odległego o około 10 km. W jakiejś kawiarni u niezwykle miłego właściciela zostawiliśmy plecaki, za przechowanie których absolutnie nic nie chciał przyjąć, i ruszyliśmy na zwiedzanie. Zaczęliśmy od starych rzymskich łaźni, położonych z tyłu Teatru Narodowego, potem oglądaliśmy nowy i pięknie wyglądający meczet Xhamia e Madhe Durres, położony na wzniesieniu obok centralnego rynku i naprzeciwko Ratusza z zegarem. Aby zobaczyć starożytny Rzymski Amfiteatr z II w. BC., trzeba się było wspiąć za meczetem stromą uliczką ze starymi schodami. Jest cały ogrodzony siatkowym płotem i bardzo zniszczony. Z 15 000 miejsc zachowały się tylko jako tako 2 pierwsze rzędy. Potem wspinaliśmy się jeszcze wyżej opłotkami, pomiędzy chatkami z ogródkami, aby zobaczyć oraz sfilmować starożytne Bizantyjskie Mury miejskie z VI w.

 

Poza tymi kilkoma archeologicznymi miejscami Durres jest głównym i największym portem Albanii oraz kurortem wypoczynkowym z długą, ponad 3 km. plażą Morza Adriatyckiego. Dojechaliśmy do niej miejskim autobusem i skorzystali ze wspaniałej kąpieli w ciepłym morzu. Jest dużo leżaków z parasolami, za które płaci się tylko po 300 leków na cały dzień. Wreszcie tradycyjne już wyśmienite albańskie „byrki” z serem, po 25 do 70 leków, i całkiem dobre lody na deser. Są one tu bardzo tanie, od 10 do 20 leków gałka. Dla porównania w Grecji na Corfu gałka wyśmienitych lodów kosztowała € 1, co też jest tanio w porównaniu z USA.

 

Musieliśmy ponownie jechać 36 km. do Tirany (1 godz.) i dopiero stamtąd innym autobusem do Shkodra. Ponieważ w Tiranie nadarzył się od razu furgon, czyli mikrobus, też za 300 leków od osoby, nie tracąc czasu na szukanie innego – pojechaliśmy. Jechał z nami student anglistyki, który ucieszył się, że ma okazję do porozmawiania. Dowiedzieliśmy się od niego kilka ciekawych rzeczy o Albanii. M.in. mówił, że Shkodra jest drugim największym miastem Albanii i że w północnej jej części jest aż 60% katolików. Wg. przewodnika LP w całej Albanii miało być aż 70% muzułmanów (których – jak on powiedział – wielu studentów niezbyt lubi), reszta chrześcianie. Na miejscu w Shkodra byliśmy późno w nocy, a końcowy przystanek był pod samym głównym, 7-piętrowym hotelem „Rozafa”. Pokoje oczywiście były wolne i nawet tanie, ale niestety bez ciepłej wody. Poleciałem więc do z tyłu schowanego, sąsiedniego, mniejszego, ale bardzo komfortowego hotelu, gdzie były świetne pokoje z łazienkami po 1600 leków. Właścicielem był Niemiec, który tym razem spisał nasze paszporty i od razu je oddał.

 

Właśnie spod hotelu „Rozafa” jeżdżą furgony dwa razy dziennie do Ulcinij. O 7 i o 9 rano. Ponieważ ten o 7 nie odjechał z braku klientów, mieliśmy trochę czasu na oblecenie centrum miasta. Leży ono nad wielkim granicznym jeziorem o tej samej nazwie, czyli Shkodra, którego 2/3 należy do Czarnogóry, a 1/3 do Albanii. Jest tu wielki starożytny zamek o nazwie Rozafa, duży uniwersytet, centralny meczet, który oglądamy rano, oraz jadąc po kolejnych pasażerów, raczej ubogie dzielnice tubylców ze straganami ulicznymi, potwornie podziurawionymi ulicami i grupami ładnie ubranych muzułmanek.

 

Wygodny furgon kosztował po 500 leków od osoby, co ze względu na szybkość i łatwość w dostaniu się do Czarnogóry było bardzo tanio. Na przejściu granicznym było szybko i bez problemów, bo w żadnym z tych państw nie potrzebna jest wiza. W Ulcinij, które słynie z pięknej piaszczystej plaży, wymieniliśmy najpierw dolary w banku. Za $100 dostaje się € 77, bo taka waluta już tu obowiązuje. Po wspaniałej kąpieli w cieplutkich wodach Adriatyku (parasol za € 2 obowiązkowy, bo słońce praży niemiłosiernie, a przejście bosą nogą po rozgrzanym piasku grozi poparzeniem) pojechaliśmy luksusowym autokarem do pięknego, starego i położonego nad fiordem Kotoru, który obowiązkowo trzeba było zwiedzić. Innym autokarem powróciliśmy do uroczej Budvy, gdzie już plaże były kamieniste. Wieczorem dojechaliśmy do miasta Bar, skąd już sypialnym pociągiem, z przesiadką w Belgradzie, do Budapesztu na wspaniałe 2-dniowe, gorące kąpiele mineralne w Sechenyi Furdo. Wreszcie powrót sypialnym do Krakowa.

 

Tekst i zdjęcia:

Jerzy Skwarek

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*