Przed regatami Mackinac – Żeglarskie spotkanie w Związku Narodowym Polskim

Chicago (Inf. wł.) – Ponad 100 lat temu odbyły się pierwsze w historii regaty śródlądowe z „Wietrznego Miasta” na wyspę Mackinac. Z biegiem lat zawody zyskały rangę największych i najbardziej prestiżowych regat śródlądowych na świecie. Światowe konflikty zbrojne spowodowały przerwy w zawodach, co sprawiło, że pomimo ponad stuletniej historii regat w 2008 roku po raz setny na trasę wyruszy blisko 500 pływających jednostek z różnych krajów świata.
Do udziału w imprezie szykują się także żeglarze z Polski i polonijni wodniacy z Chicago. Warto wspomnieć, że parę lat temu polonijny jacht „Błyskawica”, którego skiperem był Krzysztof Kamiński, wygrał te zawody pozostawiając w pokonanym polu wiele lepiej wysposażonych i większych jednostek. Sukces był tak nieoczekiwany przez organizatorów, że nawet trofea nie były gotowe dla zwycięzców.


O sukcesie z 2003 roku mówił podczas spotkania z wodniakami właściciel jachtu Krzysztof Kamiński. Spotkanie zorganizowane przez Stanisławę Rawicką, przewodniczącą Gminy 91 ZNP, do której należy Grupa „Przyjaciele Joseph Conrad Yacht Club” założona przez byłego komandora Klubu Kazimierza Chlebka, spotkało się ze sporym zainteresowaniem sympatyków żeglarstwa. Uczestnicy mogli obejrzeć filmy o tematyce żeglarskiej i wysłuchać bezpośrednich relacji o nawigacji, urządzeniach wspomagających żeglowanie, doświadczeniu i marynarskim szczęściu.

– Takie spotkania służą przybliżeniu tematyki żeglarskiej ludziom, którzy lubią wodę – podkreślił Krzysztof Kamiński. – Powstała grupa związkowa Joseph Conrad Yacht Club, do której ja również należę jako członek ZNP. Chcemy trochę wyedukować ludzi o żeglarstwie, bo jest wiele różnych błędnych pojęć o samym żeglarstwie i ludziach, którzy się nim zajmują. Pokazując filmy z żeglarskich eskapad, chciałem tę tematykę przybliżyć w sposób realistyczny, a nie jakiś wyimaginowany. Żeglarstwo to nie jest żadna chorobliwa pasja. Można ją uprawiać do późnych lat życia. Gdybym był biegaczem, to prawdopodobnie już bym tej dyscypliny nie uprawiał, a tak to pływam i daje mi to wiele przyjemności.

Komentując znakomity wynik „Błyskawicy” z 2003 roku pan Krzysztof przypomniał, że było to olbrzymie zaskoczenie. – Nie byliśmy brani pod uwagę ani przez zawodników, ani przez organizatorów. Nie przypuszczali, że możemy pobić najszybszy jacht regat. Na ten wynik w głównej mierze złożyła się taktyka. Jej autorem był Andrzej Piotrowski. To on decydował, czy iść lewą, czy też prawą stroną jeziora, czy też na ukos lub halsować. Pierwsza doba rejsu zadecydowała o jego wyniku. My płynęliśmy wzdłuż wybrzeża stanu Wisconsin jakieś cztery mile od brzegu i wykorzystywaliśmy bryzę. Reszta jachtów poszła na skróty, tzn. po skosie 45 stopni w poprzek jeziora i „zaparkowali” na środku na 17 godzin. Tam nie było wiatru, a my płynąc przy brzegu wykorzystaliśmy lekką bryzę i płynęliśmy. Wykorzystaliśmy fakt, że jacht był duży, ale lekki zarazem i to dało nam przewagę nad innymi. Różnica temperatury wody i ziemi sprawia, że powstaje mały wiatr, który udało nam się znakomicie wykorzystać. Przy zachodzie i wschodzie słońca woda paruje przyczyniając się również do powstawania lekkiej bryzy.

Nasz sukces spowodował wprowadzenie przez organizatorów wielu zmian w przeliczniku, który teraz jest dla nas niekorzystny. Stosowany on jest tylko przez Chicago Jacht Club i na regatach w San Francisco. Ale to nas nie zniechęca i startujemy nadal. Praktycznie startujemy w zawodach jako ostatnia łódka, a wpływamy do portu na dwunastej, siedemnastej pozycji. Musimy mijać wszystkie łódki na wodzie. O sukcesie w dalszym ciągu decyduje pierwsza doba rejsu – podkreśla pan Krzysztof.

W tym roku będzie można walkę śledzić na ekranach komputerów, bo każdy jacht obowiązkowo musi być wyposażony w łączność satelitarną, za pomocą której możliwa jest obserwacja pozycji danej jednostki. Prawdopodobnie z czterdziestominutowym opóźnieniem będzie można obserwować, ekranach pozycje poszczególnych jednostek. To jest duże udogodnienie dla tych, którzy z lądu śledzą walkę na jeziorze.

– Osobiście bardzo mnie martwi, że jest bardzo małe zainteresowanie żeglarstwem, szczególnie wśród młodych. W aglomeracji chicagowskiej jest bardzo wiele polskich szkół, a nikt na serio nie bierze sobie do serca tego, że można tę młodzież zaszczepić bakcylem żeglarstwa. Można by zrobić kilka systematycznych kursów teoretycznych i praktycznych, co niewątpliwie wpłynęłoby na zainteresowanie tematyką. W naszym gronie jest kilku armatorów łódek, którzy by wzięli kursantów na pokłady. Jest to do zrobienia, ale potrzeba trochę więcej odważnych ludzi, którzy by to przygotowali i zorganizowali. Jeżeli nie będzie nowych adeptów, to z łódek zrobią się jedynie platformy do picia piwa, czego chyba nikt by nie chciał. Niech chociaż dziesięciu młodych ludzi w ciągu roku się wyszkoli, to już będzie z kim pływać. Wszystkie łódki polonijne mają trudności z obsadą załóg, a szkoda, bo pływanie to wielka frajda i wcale nie wymaga, aż tak dużych pieniędzy – podkreślił Krzysztof Kamiński.

Krzysztof Kamiński swoją przygodę żeglarską rozpoczynał w wieku 9 lat w międzyszkolnym klubie sportowo -wodnym w Mrągowie, gdzie obecnie znajduje się szkoła mistrzostwa sportowego. Mając 14 lat zdobył wicemistrzostwo Polski w klasie „Kadet” oraz osiągnął wiele innych sukcesów. Po przybyciu do USA i zdobyciu odpowiedniej pozycji materialnej ponownie zajął się żeglarstwem, któremu jest wierny do tej pory i wspiera wiele przedsięwzięć w tej dziedzinie. Aby wspomagać żeglarstwo, pracuje zawodowo kierując warsztatem wykonującym naprawy samochodów najsłynniejszych marek z aluminiowymi podwoziami. Tylko cztery takie zakłady znajdują się na trenie USA. – Można powiedzieć, że moja pasja samochodowa doszła do najwyższej półki, a moja drugą pasją, którą skutecznie uprawiam, jest żeglarstwo. Tutaj są nieograniczone możliwości – podkreśla bohater wieczornego spotkania żeglarskiego w ZNP.
Tekst i zdjęcia:
Andrzej Baraniak/NEWSRP

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*