Poprzez Ukrainę na Krym i do Lwowa – Reportaż i fotoreportaż z sentymentalnej podróży

Wagonem sypialnym rzucało dosyć mocno, ale zmęczenie wzięło górę i wkrótce udało się nam zasnąć. Nie na długo, bo po paru godzinach, w środku nocy, staliśmy na polskiej granicy całe półtorej godziny. Zabrano nasze paszporty, przy małym dreszczyku emocji, czy aby naprawdę na amerykańskie paszporty nie potrzebujemy wiz? Pomimo zapewnienia konsulatu, wszystko mogło się zdarzyć. Bagażu nie kontrolowano zupełnie. Za granicą, po stronie ukraińskiej staliśmy jeszcze dwie godziny, bo tak jak w dawnych latach, zmieniano tu koła z całym podwoziem, aby dostosować wagony do szerszych, rosyjskich torów.

W ostatnich minutach postoju oddano nam bez słowa paszporty i pociąg ruszył w kierunku Kijowa. Wkrótce okazało się, że ich tory są jeszcze gorsze i bardziej rozregulowane. Naszym wagonem szarpało na wszystkie strony, do tego stopnia, że obawialiśmy się, czy nie wyskoczy z szyn. O korzystaniu z toalety nie było mowy. Nie można było ustać, nawet trzymając się poręczy. Pomimo jednak tego, jazda sypialnym i w czystej pościeli, to wspaniały komfort w podróży.

Parę dni przed wyjazdem na Ukrainę, będąc w Radomiu, otrzymałem w prezencie świetną książkę “Szpieg w Jałcie”, brytyjskiego autora i historyka Michaela Dobbs’a. Była tak ciekawa, że przeczytałem ją “jednym tchem”. Dobbs na podstawie wielu dokumentów opisuje całą historię spotkania w Jałcie na tygodniowej konferencji trzech mocarstw w lutym 1945 r: Stanów Zjednoczonych Ameryki, Wielkiej Brytanii i Rosji Sowieckiej. Opisuje skandale polityczne, intrygi i zdrady, jakich dopuściły się rządy, tragedię Polski “sprzedanej” Stalinowi w czasach, kiedy o losach przyszłego świata decydowało trzech “chorych” – w przenośni i w rzeczywistości – przywódców: Franklin Roosevelt, Winston Churchill i Józef Stalin. Tam właśnie jedziemy, na Krym i do Jałty, podbudowani przypomnianą historią.

Z Warszawy do końcowej stacji na Krymie, czyli do Simferopola, chodzą dwa pociągi pospieszne. Jeden berliński, drugi lokalny. Oba prowadzą tylko wagony sypialne. To bardzo wygodne, bo jedzie się prawie dwie doby. A dopłata do sypialnego II klasy – cztery łóżka – to tylko 62 złote. Czyli bardzo niedrogo. Wybraliśmy ten pociąg z Warszawy, wyjeżdżający około godziny 21:00., bo zatrzymuje się on w Kijowie na całe sześć godzin. Przez ten czas można już trochę poznać tę sławną stolicę Ukrainy.

Do Kijowa przyjechaliśmy prawie punktualnie o 14:40. Na szczęście główny bagaż można było zostawić w przedziale, ufając zapewnieniom ukraińskiej konduktorki, że kabiny i cały wagon będzie zamknięty, a one będą w środku na straży. Musimy tylko przyjść parę minut wcześniej, bo pociąg będzie stał zupełnie gdzie indziej, na innym peronie i trzeba go będzie odszukać.

Kijów położony nad Dnieprem od dawna należał do najładniejszych miast dawnej Rosji. Ma wiele historycznych budowli, świątyń, cerkwi i pomników. Dworzec kolejowy duży i ładny. Po zaopatrzeniu się w mapę miasta i wstępnym wymienieniu w banku po $100 (otrzymaliśmy za nie po 455 hrywien ukraińskich) ruszyliśmy zwiedzać miasto. Odszukaliśmy w sąsiedztwie wejście do metra, aby najpierw dojechać do Złotych Wrót w centrum Kijowa.

I tu od razu pierwsza ciekawostka. Ruchome schody wiozły nas bardzo długo i głęboko pod ziemię. Może było to około 8 do 10 pięter w dół. Ludzi dość dużo, ale znakowa informacja zupełnie dobra. Już po dwóch stacjach ukazał się napis “Zołotyie Worota”, a po kolejnym bardzo długim wyjedżaniu w górę, na wprost ukazał się nam ładny, odnowiony, murowany zamek. Otoczony jest małym parkiem i paru stoiskami z popularnym tu kwasem chlebowym. Do frontowej wielkiej żelaznej bramy prowadzą szerokie i wysokie schody.

Wrota nie są już dawno złote, chociaż prawdopodobnie nigdy takimi nie były. Są dwie legendy, skąd wzięła się nazwa. Jedna z nich mówi, że w dawnych czasach istnienia górnego grodu Kijów otoczony był murem o trzech bramach. Ta, która się zachowała, była główną z 1037 r. i aby dostać się do ufortifikowanego grodu, trzeba było opłacać myto w postaci złotych dukatów.

Ta druga legenda opiewa piękno tej bramy powleczonej błyszczącą blachą miedzianą wyglądającą jak czyste złoto. I stąd nazwa. Jest jeszcze trzecia, historyczna legenda. Kiedy król polski w 1018 r. zdobywał Ruś Kijowską, trzykrotnie uderzył swym mieczem w bramę. Musiała być to jednak inna brama, bo nie zgadzają się daty. Chrobry umarł w 1025 r. a obecna brama powstała dopiero w 1037 r. Pomnik fundatora i władcy Jarosława Mądrego stoi obok.

Zameczek z bramą stoi przy Wałach Jarosława. Z tyłu znajduje się Muzeum Złotych Wrót. Kilkaset metrów od Złotych Wrót, na rogu ulic Wladimirskiej i Bohdana Chmielnickiego, oglądamy z zewnątrz bardzo ładny budynek Narodowej Opery Ukrainy z 1901 r. Poprzednia Opera z 1856 r. uległa spaleniu w 1896. Obecna ma podłużną kopułę, ozdobną architekturę, szerokie schody i jest mieszaniną stylów barokowego, neoromańskiego i racjonalistycznego.

Po ulicy Wladimirskiej dochodzimy pieszo do placu Soboru i Klasztoru Sofii Kijowskiej (Sofijskaja Płoszczadź) zbudowanej również w 1037 r. za czasów kniazia Jarosława Mądrego. Było to dla upamiętnienia w tym miejscu zwycięskiej bitwy. Ma wysoką frontową wieżę ze złoconą kopułą, a za murami, wielką świątynię-katedrę o 13 zielono-złotych kopułach i wymiarach: 37 m na 55 m. Wewnątrz, jak we wszystkich cerkwiach lub soborach, bardzo bogate, złocone ołtarze oraz wspaniałe pieśni męskich chórów. Była właśnie niedziela i odbywały się nabożeństwa. Modlących się i turystów było dosyć dużo.
Po przeciwnej stronie placu Sofijskiego stoi wspaniały, konny pomnik hetmana kozackiego i bohatera narodowego Ukrainy – Bohdana Chmielnickiego. Pomimo typowo polskiego nazwiska, był kozakiem i jako hetman stojąc na czele powstania kozackiego, rozbił polskie wojska w 1648 r. pod Żółtymi Wodami i Piławcami i dotarł aż pod polski Lwów i Zamość. W roku 1654 połączył na wiele lat Ukrainę z Rosją. Od pomnika wiedzie nas szeroka aleja, Wladimirskij Projezd, do z daleka widocznego o pięknych złotych kopułach, soboru i klasztoru św. Michała Archanioła z 1108 r.

Przechodząc tą aleją mijamy uroczy stary budynek z kolumienkami, supernowoczesny hotel ze szkła, Hyatt Regency oraz długi park z ławeczkami i mniejszymi pomnikami. Aleję zamyka dość duży Plac Michałowski, przy którym stoi wyż. wym. sobór i klasztor. Fundatorem był Wielki Kniaź Światopełk, a wewnątrz znajduje się jego i jego żony Warwary grobowiec. Oglądamy piękne bogato zdobione fasady, złote kopuły, złocone ołtarze i słuchamy pięknego śpiewu. Obok jest tablica z 2008 r. upamiętniająca 900-lecie powstania klasztoru. Przy placu tym stoi też ładny, duży, z białego marmuru pomnik Wielkiej Kniaziny Olgi, przy którym wielu turystów robi sobie zdjęcia.

Na północ od placu dochodzimy ulicą Diesatinnają do położonej na wzgórzu pięknej cerkwi św. Andrzeja z 1744 r. Ma zielono-złote kopuły, wielopiętrowe schody i dookoła widokowy taras na niżej położoną część miasta i rzekę Dniepr. Wewnątrz ponownie bogaty, złoty ołtarz, dużo wiernych i zwiedzających i jak wszędzie piękne śpiewy. Obok wzgórza z cerkwią biegnie ciekawa uliczka-deptak, cała zastawiona straganami z pamiątkami, zwana Andrejewski Spust (Zjazd). Tuż przed schodami zaciekawił nas tłum gapiów otaczający dwa mosiężne pomniki: w wyzywającej pozie Proni Prokopownej i klęczącego przed nią Gołochwastowa. Niestety, nie udało nam się dowiedzieć, kim byli.

Ażeby dostać się do sławnej Ławry Kijowsko-Pieczarskiej, musieliśmy powrócić do placu Michałowskiego i z tyłu, za jego plecami, zjechać na dół do placu Po
cztowego naziemną kolejką linową, zwaną tu Funikuler. Stąd autobusem kilka przystanków, wzdłuż Dniepru i paru przybrzeżnych parków, dojechaliśmy do tego największego w całej Europie prawosławnego klasztoru z XI w. Otoczony jest murem z dużą wejściową złoconą wieżą bramową.

Początkowo były to jaskinie podziemne, gdzie przed stuleciami mumifikowano ciała co sławniejszych mnichów. Dopiero w latach późniejszych rozbudowano wielki, złotem zdobiony, klasztor naziemny i katedrę Pieczarską. W czasie naszej wizyty była w remoncie, ale uprzejmy odźwierny wpuścił nas do środka, abyśmy coś niecoś zobaczyli i sfilmowali. Przy okazji wyjaśnił, że w ołtarzu znajduje się aż 186 ikon. A wieża-dzwonnica z XVIII w. ma 96,5 m wysokości i na górnym trzecim poziomie mieści 13 dzwonów o łącznej wadze 6000 pudów (1 pud = 16,38 kg). Wydaje się, że największy dzwon to ten stojący na dziedzińcu, żeliwny, pięknie rzeźbiony i ornamentowany, mający na głowicy ładnie wyrzeźbione głowy czterech zwierząt.

Na dworzec kolejowy, czyli Passażerskij Wakzał, dostaliśmy się “marszrutką’’ – czyli miniautobusem – który w całej Ukrainie jest niezwykle popularnym środkiem komunikacji. Dojechaliśmy w odpowiednim czasie, aby spokojnie odszukać czekający na nas na dalekim, bocznym peronie pociąg. Wreszcie mogliśmy spokojnie odpocząć, pokrzepić się i napić dobrej herbatki oraz przygotować się do kolejnej, wygodniej nocy w naszym sypialnym. Nie przeszkadzało nam nawet to cholerne trzęsienie.

Po dużym, całodziennym zmęczeniu, w czasie dalszej jazdy, nie przeszkadzało nam nawet to cholerne trzęsienie. W Dnietropietrowsku mamy 20 minut przerwy, ale jesteśmy tu nad ranem więc nawet nie przerywamy snu. Dopiero rano w Zaporożu mieliśmy całogodzinny postój, ale można było pospacerować i rozprostować kości tylko na i przy peronie. Przed południem mijamy stację Novooleksiejiwka i przez przesmyk Zatoki Siwasz Morza Azowskiego dostajemy się na sporą wyspę w zatoce oddzielającą Krym od lądu stałego. W naszym wagonie jest kilkanaście osób z Polski, reszta z Ukrainy. Wszyscy stoimy przy oknach na korytarzu, oglądając wodne rozlewiska, wysepki i mierzeje. Właśnie po lewej stronie ukazuje się nam bardzo ciekawy, wąski półwysep zwany Mierzeją Arabacką.Oddziela on zatokę Siwasz od Morza Azowskiego. Wkrótce potem wjeżdżamy na upragniony Krym, sławny i opiewany w poezji Adama Mickiewicza i Puszkina. Na krótko zatrzymujemy się na stacji Dżankoj, gdzie wysiadają turyści jadący do Teodozji i nad Morze Azowskie.

Do ostatniej i naszej docelowej stacji w Simferopolu dojeżdżamy w planowanym czasie, o 13:00. Dworzec bardzo ładny, z długą zadaszoną kolumnadą i jasno kremową barwą budynków stacyjnych. Pogoda wyśmienita, jest ciepło i słonecznie, ale nie za gorąco. Na placu dworcowym ogromna ilość autobusów i marszrutek. Kierowcy krzyczą, nawołują, zachęcają, bo wiadomo, że większość turystów od razu jedzie do rozsianych po całym Krymie kurortów Morza Czarnego.

Już wcześniej wybrałem na ‘‘przywitanie” Ałusztę leżącą na wschodnim wybrzeżu Krymu. Wybraliśmy wygodną marszrutkę i już po półtorej godzinie byliśmy na miejscu. Na końcowym przystanku, blisko plaży, czekało mnóstwo pośredniczek wynajmujących pokoje w hotelach i pensjonatach. Wszystkie nas od razu osaczyły, bo byliśmy jedynymi turystami zagranicznymi. Po paru próbach podejścia, okazało się jednak, że oszukują. Każda zapewnia o komfortowych warunkach, a po dojściu do hotelu lub domu gościnnego, stwierdzamy, że nie ma albo łazienki, albo wody, albo daleko i pieszo pod górę. Pokoi do wynajęcia było bardzo dużo. Prawie co druga willa miała tabliczki z napisem “Żylie”, znaczy wolne pokoje. Ale albo były nieodpowiednie, albo bardzo drogie w nowoczesnych pensjonatach. Znalezienie dobrego pokoju zajęło więc nam parę godzin. Wreszcie jedna energiczna “lady” znalazła w pobliżu plaży, komfortowe pokoje w pensjonacie, z łazienką, zawsze gorącą wodą, lodówką i pełnym wyposażeniem za 75 hrywien, czyli $19 od osoby, za noc.

Na popołudniowym spacerze po nadmorskim bulwarze, zatłoczonym ludźmi i setkami sklepików, straganów i wszelkiego rodzaju rozrywkami (wszędzie są tu popularne przyplażowe mini studia fotograficzne, gdzie można sobie zrobić zdjęcie w strojach z epoki Katarzyny Wielkiej i na carskim tronie, oraz różne huśtawki i karuzele), sprawdzaliśmy ceny robiąc przy okazji małe zakupy. Po kolacji w ludowej restauracji był już czas na odpoczynek. Plaża tutejsza bardzo nas rozczarowała. Tylko betonowe zejście do morza. Ci, którzy chcą mieć namiastkę plaży, jadą kilkanaście km dalej, ale tam też sam żwir i kamienie. Wobec tego na kolejne zwiedzanie jedziemy do dalej położonego kurortu, do Sudaku. Trolejbusem trzeba się dostać do głównego dworca autobusowego, skąd małym autobusem uroczą, górską drogą nad wybrzeżem i po serpentynach 82 km do Sudaku.

Z dworca w centrum mar-szrutką dojeżdżamy do głównej atrakcji Sudaku, do ruin wielkiej twierdzy genueńskiej z III wieku. Ma ona ładny barbakan, mury obronne, wieże i wysoki obronny szczyt skalny, na który oczywiście od razu się wspinamy. Widoki ze szczytu na Morze Czarne i okolice są imponujące. Po zejściu oglądamy też położony w pobliżu stary meczet Paduszach-Dżamu. W Sudaku sprawdzamy przy okazji lokalną plażę, kamienisto-żwirowatą, szarą, ale o czystej tylko chłodnawej wodzie. Druga duża atrakcja mieści się w oddalonej o 7 km miejscowości Nowy Świat. Pomaga nam w tym niezawodna marszrutka, których wszędzie jest pełno, po czym pieszo na południowy koniec plaży, gdzie nad Błękitną Zatoką zaczyna się sławna Carska Ścieżka. Wstęp 15 hrywien. Jest wąska i trawersuje strome, skalne, wapienne zbocze wybrzeża. Wycięta była specjalnie dla cara i jest naprawdę niezwykle urocza i widokowa. Doszliśmy około 1,5 km do wielkiej niszy i jaskini skalnej, po czym trzeba było wracać, aby zdążyć na ostatni autobus do Ałuszty.

Obecnie wygląda bardzo ładnie, równe, trawiaste alejki, rzędy białych w większości opisanych, kamiennych, nagrobnych krzyży, a przed dolnym łukiem – bramą centralny, główny symboliczny grób z mieczem i napisem: “Tu leży żołnierz polski poległy za ojczyznę – 1918 – 1920”. Spotykamy tu dużą wycieczkę z Polski, z Wojakowa k/Tarnowa, którą przy okazji fotografujemy.

Losy tej części nekropolii łyczakowskiej były bardzo dramatyczne. Po przejęciu Lwowa przez władze sowieckie w 1945 r. cmentarz Orląt uległ całkowitemu zniszczeniu. Wiele lat upłynęło zanim po setkach rozmów polsko-ukraińskich pozwolono na odbudowanie historycznego, polskiego cmentarza. Potem zaczęły się spory o polskie napisy na nagrobkach, później akty wandalizmu ukraińskich ekstremistów, aż wreszcie dopiero przed paru laty pozwolono na całkowite jego odnowienie. W górnej części naszego cmentarza jest jeszcze zbiorowy grobowiec z tablicą: –Amerykanom poległym w walce o Polskę w latach 1919 – 1920”. W drodze powrotnej spotykamy jeszcze wiele polskich grobowców, m.in.: Onyszkiewiczów, Herbertów, polityka Smolki czy Anny Gostyńskiej.

Było już dobrze po południu kiedy tą samą drogą powróciliśmy do Starego Miasta Lwowa. Oglądamy – już pieszo – stare mury obronne, z ulicy ruiny Wysokiego Zamku Kazimierza Wielkiego Z XIV w., Wały Hetmańskie (obecnie Prospect Swobody), bardzo ładny w parku pomnik Szewczenki, piękną Operę, przeuroczą fontannę z pomnikiem Bogurodzicy i wspaniały, z wysoką kolumną i złotym zniczem, pomnik Adama Mickiewicza na placu Mickiewicza. Odwiedzamy też kościół bernardynów, czyli św. Andrzeja, kościół dominikanów, pomnik krynickiego Nikifora, katedrę ormiańską, oglądamy stare polskie książki i magazyny na chodnikowym straganie, rynek
z ratuszem i pomnikiem Neptuna, polską katedrę łacińską z przepięknie rzeźbioną kaplicą Boimów, cerkiew wołoską z XVI w. oraz Bazylikę Metropolitalną z tablicą pamiątkową pobytu w niej naszego papieża Jana Pawła II w czerwcu 2001 r. Przed katedrą łacińską spotykamy uroczego starszego Polaka, kapitana spod Monte Cassino i historyka, z którym parę minut rozmawiamy o katedrze i jego trudnym życiu na emeryturze we Lwowie.

Ta wielka ilość polskich pamiątek historycznych i architektonicznych wiąże się z tym, że Lwów razem z zachodnią częścią dzisiejszej Ukrainy należał do Polski od roku 1340 do 1772. Od tego roku Lwów został stolicą Galicji austriackiej aż do 1918 r. Potem była owa sławna wojna polsko-ukraińska o Lwów, w której tak dzielnie walczyły polskie Orlęta. W granicach Polski Lwów był ponownie od 1918 do 1939 roku i był jednym z największych miast polskich i ośrodków kultury i sztuki. W 1939 r. został zajęty przez władze sowieckie. W 1941 roku zajęty przez hitlerowców, oswobodzony w 1944 i dzięki Konferencji Jałtańskiej przydzielony przez obce mocarstwa do ZSRR. Od 1991 należy do niepodległej Ukrainy. Młodzież może tego już nie pamiętać.

Przemieszczając się powoli w kierunku centrum autobusowego, wstępujemy jeszcze na targ po poziomki i świetny sok z granatów oraz oglądamy w pobliżu bardzo ładny, konny pomnik króla Daniło. Późnym popołudniem jedziemy na dworzec autobusowy, aby dowiedzieć się o autobus do Warszawy (pociągu nie było), gdy nagle zrywa się piekielny wiatr z huraganowym deszczem i burzą. Drzewa wyrywane z korzeniami, wielkie gałęzie fruwają w powietrzu, stają tramwaje i autobusy, zerwane linie telefoniczne i elektryczne, gaśnie światło, wszędzie brak prądu, biura i restauracje natychmiast pozamykane, zupełny “koniec świata”, a miasto całkowicie sparaliżowane. Huragan ustał po półgodzinie, a ludzie wysypali się z kryjówek ponownie na ulice. Niestety tramwaje już były nieczynne aż do rana, a autobusy niesamowicie zatłoczone ruszyły dopiero po godzinie.

Na dworzec kolejowy jednak się dostaliśmy, bo stamtąd o 10 wieczorem odjeżdżał nasz autobus do Warszawy. Kierowcy ukraińscy, obcesowi i niegrzeczni, od razu na wstępie zaznaczyli, że toaleta jest nieczynna i zamknięta. Na ukraińsko-polskiej granicy postój półtorej godziny i długa kontrola dokumentów, a po polskiej stronie staliśmy też tak długo, z tym, że po wyjściu z całym bagażem była bardzo dokładna kontrola jego zawartości. Wreszcie rano i planowo dojechaliśmy na Centralny Dworzec Autobusowy do Warszawy Zachodniej, w tej sposób kończąc naszą przygodę z Ukrainą.
Tekst i zdjęcia:
Jerzy Skwarek
(czerwiec, 2008 r.)

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*