Podróż uchodźcy: fałszywy paszport i samolot albo pieszo i tanio

Podróż uchodźcy: fałszywy paszport i samolot albo pieszo i tanio

Syryjczyk Ismail przez rok zastanawiał się, jak z żoną Moną i dwoma małymi synkami przedostać się z Turcji do Wielkiej Brytanii. Kiedy do Stambułu dotarła z Damaszku młodsza siostra Mony, Fatma, razem podjęli decyzję: pora ruszać w dalszą drogę.

W Stambule, dokąd cała rodzina, w tym matka i brat Ismaila, dotarła na początku 2014 r., 40-letni inżynier nie miał szans na pracę. Martwił się też o szkołę dla synków, która w Turcji dzieciom syryjskich uchodźców nie przysługuje.

Ismail, jego żona, ich synowie: 8-letni Mohammad i 6-letni Omar oraz 27-letnia Fatma pojechali do Bodrum, gdzie zapłacili przemytnikowi ok. 4 tys. euro za cztery miejsca (dwoje dzieci policzono jako jednego dorosłego) na pontonowej łódce, która miała ich przewieźć na jedną z greckich wysp przy wybrzeżu Turcji.

„Podróż trwała 29 godzin. Mężczyzna, któremu przemytnicy powierzyli ster i GPS, nie miał pojęcia, gdzie się znajdujemy. Przez całą drogę wszyscy wymiotowali. Nie mieliśmy wody ani jedzenia” – mówi PAP Fatma, z zawodu farmaceutka, która na ucieczkę z Damaszku zdecydowała się, gdy jej aptekę zaczęły odwiedzać syryjskie służby bezpieczeństwa, oskarżając ją o pomaganie rebeliantom.

Rodzina miała szczęście. Po ponad dobie ich ponton dotarł na Tilos, jedną z mniejszych wysp Dodekanezu. Po rejestracji na posterunku policji i spędzeniu kilku dni w miejscowym centrum dla uchodźców wsiedli na prom do Aten.

W stolicy Grecji czekało ich jednak rozczarowanie. Po koszmarnej przeprawie na Tilos Ismail nie chciał narażać rodziny na ryzykowną trasę przez Bałkany. Dostał namiary na przemytnika, który oferował podróż samolotem do Londynu. Jednak kwota, jakiej ten Syryjczyk zażądał za fałszywe paszporty i pewne przejście dla wszystkich przez kontrolę na lotnisku na Krecie, była zaporowa.

„Postanowiliśmy, że do Londynu pojedzie Mona z dziećmi i ja – mówi Fatma. – Ismail wrócił do Stambułu do matki i brata. Po opłaceniu naszej podróży nic mu nie zostało. Doszliśmy do wniosku, że powinien poczekać, aż Mona z dziećmi dostanie azyl, a wtedy będzie można go sprowadzić jako ojca dzieci” – mówi Fatma, która nie zna dokładnej sumy, jaką szwagier zapłacił przemytnikom. Szacuje, że było to 6-7 tys. euro na osobę (dzieci znów potraktowano ulgowo).

Już z Londynu Fatma opowiada, że przemytnicy faktycznie załatwili wszystko. Syryjki nigdy nie dostały dokumentów do ręki, a wszystkie formalności na lotnisku załatwiła za nie starsza kobieta. Fatma przypuszcza, że „opiekunka” nie poleciała z nimi, choć miała bilet na ten sam samolot.

„Nie wiem, co się z nią stało, rozpłynęła się. My wylądowaliśmy bezpiecznie i od razu poprosiliśmy o azyl. Teraz jesteśmy już po drugim przesłuchaniu. Wszystko jest na dobrej drodze” – mówi Fatma.

Jej rodzina jest jedną z nielicznych, której udało się przedostać tą drogą do W. Brytanii. Dla większości jest ona zbyt kosztowna. Idą więc przez Bałkany i jeśli chcą dotrzeć do W. Brytanii, najczęściej trafiają do francuskiego portu Calais, gdzie próbują ukryć się w pociągu towarowym jadącym na wyspy.

Właśnie taki plan ma Amir, obecnie przebywający w Paryżu, w tymczasowym schronisku dla uchodźców. 40-letni Sudańczyk pochodzi z Gór Nubijskich i w 2002 r. został wyrzucony z uniwersytetu w Chartumie za działalność polityczną na rzecz swojego regionu, pogrążonego w ustawicznej wojnie z arabskim rządem prezydenta Omara el-Baszira.

Amir, który siedmiokrotnie starał się dostać na pokład samolotu lecącego z Grecji do Anglii na fałszywych papierach, ocenia, że suma, jaką Ismail zapłacił przemytnikom za bezpieczny przelot całej czwórki na Heathrow, była astronomiczna.

Uchodźcy z Syrii w Monachium  fot. Angelika Warmuth/EPA

Uchodźcy z Syrii w Monachium fot. Angelika Warmuth/EPA

Najwyższą ceną za fałszywy paszport, o jakiej słyszał Amir, to 3,5 tys. euro. Paszporty, których sam używał, kosztowały jeszcze mniej. Sudańczyk nigdy nie miał też „opiekuna”, słyszał jednak o takich przypadkach i podejrzewa, że jednym z powodów wysokiej ceny jest liczba osób zaangażowanych w proceder.

„Nikt tego głośno nie mówi, ale to się wyczuwa. Przemytnicy mają zapewne swoich ludzi na greckich lotniskach, szczególnie na wyspach. Inaczej jak by to wszystko było możliwe?” – pyta Amir. Dodaje, że kilkakrotnie usiłował też przedostać się z Grecji na Zachód przez góry w Albanii, ale za każdym razem był łapany i odsyłany do Aten. W sierpniu spróbował przez Macedonię, Serbię i Węgry, tym razem polegał jednak tylko na sobie i garstce przyjaciół.

Na szlaku jego 10-osobowa grupa spotykała przemytników, którzy często straszyli policją i próbowali wymusić opłaty – mówi Amir w rozmowie z PAP. Za przewiezienie samochodem przez granicę serbsko-węgierską żądali np. 2000 euro.

„Było nas trzech Sudańczyków i siedem osób z Syrii, w tym trzy kobiety. Syryjczycy chcieli się zgodzić, ale my, Sudańczycy, powiedzieliśmy, że damy sobie radę sami” – opowiada.

„Najgorsze były te granice – macedońsko-serbska i serbsko-węgierska. Szliśmy nocami, lasem. Były z nami dzieci, nie mieliśmy wody, nie mogliśmy używać latarek. Jako mężczyzna musiałem iść przodem, torować drogę. Nawet dla mnie było to trudne, a przecież jestem silny. Wciąż czuję to zmęczenie, ciągle jeszcze kaszlę, utykam” – opowiada Amir. Kiedy wreszcie po wielu przygodach dotarli do Budapesztu, grupa rozpadła się. Amir nie ryzykował wyprawy na dworzec. Miał namiar na przyjaciela Sudańczyka, od lat pracującego na Węgrzech, który przewiózł go samochodem do Monachium. Stamtąd pociągiem Amir pojechał do Berlina i dalej do Paryża. Mówi, że na całą podróż z Grecji do Francji wydał niecałe 100 euro (bilet na pociąg ze Skopje kosztował go 7 euro, a z Berlina do Paryża – 50).

„Nie wiem, co dalej. Najchętniej pojechałbym do Anglii, bo znam język i chcę wreszcie skończyć studia. Poza tym ludzie mówią, że Anglia szybko rozpatruje podania o azyl, a ja już nie mogę czekać. Zestarzałem się podczas tego czekania na azyl” – mówi Amir. Jego emigrancka odyseja trwa w sumie 12 lat – trzy w Egipcie, trzy w Turcji i sześć w Grecji, gdzie do tej pory nie miał choćby pierwszego przesłuchania.

„Mój przypadek jest bardzo dobrze udokumentowany. W Kordofanie (w środkowym Sudanie – PAP) toczy się wojna, wojska Baszira bombardują nasze wioski. Chodzi o to, żeby ktoś wreszcie mnie wysłuchał i pozwolił normalnie żyć” – mówi Amir. Jego przyjaciel z Calais namawia go teraz na przyjazd; stamtąd mieliby razem spróbować schować się w jednym z pociągów przewożącym do Dover niemieckie samochody.

W raporcie o przemycie nielegalnych migrantów w Grecji w 2015 r., opublikowanym na Balkananalisis.com, oceniono, że tylko w tym państwie indywidualne osoby i kryminalne organizacje na przemycie ludzi zarabiają rocznie ponad 2,5 mld euro.

Ateny stały się międzynarodowym centrum przemytu ludzi, a podrobione czy sfałszowane paszporty i karty identyfikacyjne, mające umożliwić ich okazicielom wjazd do krajów strefy Schengen, można kupić w każdym większym mieście. Jakość dokumentów zależy od ceny, jaką migrant jest gotów zapłacić. Najtańszy skradziony czy podrobiony paszport można kupić już za 50 euro (tyle zapłacił Amir).

Najlepsze podróbki pochodzą z nielegalnych drukarni w Tajlandii, Chinach i Bangladeszu. Są wśród nich doskonałe fałszywe paszporty bułgarskie, ostatnio pojawiające się nie tylko w Europie, ale też w Meksyku i USA.

Z Aten Agnieszka Rakoczy (PAP)

Na zdj. uciekinierzy z Afryki u wybrzeży Sycylii fot Carlo Alessi/EPA

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*