Opowieść o polonijnym żeglarzu

Różne są drogi pasjonatów żeglarstwa do uprawiania tego pięknego sportu. Większość wodniaków zaczyna swą przygodę z wiatrem i falą od harcerstwa bądź klubu sportowego. Nie inaczej było z Krzysztofem Kamińskim, który złapał bakcyla w mrągowieckiej Bazie, wylęgarni talentów i medalistów niejednych mistrzostw z czempionatami globu włącznie. Droga do wielkiego pływania wciąż aktualnego komandora chicagowskiego Joseph Conrad Yacht Club była jednak długa i kręta. Zanim udało się popularnemu „Admirałowi” dostać na pokład żaglówek pływających po morzach i oceanach był K. Kamiński pracownikiem Gdyńskiej Stoczni, potem wrócił do rodzinnego Mrągowa, a po wylądowaniu w Stanach Zjednoczonych była długa przerwa w żeglowaniu. Dziś może się szef Inter Pro Sailing Team pochwalić wieloma sukcesami, z wygraną w klasie open regat z Chicago do MacKinac na „Błyskawicy” parę lat temu. Był też sukces Nataszy Caban, która opłynęła świat na jachcie „Tanasza Polska” należącym do teamu. Najnowszy projekt realizowany przez polonijnego biznesmena i podróżnika to opłynięcie z grupą krakowskich i chicagowskich żeglarzy przylądka Horn. Ale o tym niech opowie osobiście Krzysztof Kamiński:

 

„Pomysł zrodził się na spotkaniu żeglarzy m.in. z USA i Kanady na Morzu Karaibskim. Polonijne randez-vous miało na celu uczczenie pamięci Władysława Wagnera, człowieka-legendy, pierwszego Polaka, który opłynął żaglówką świat (informacje o imprezie znajdziecie Państwo w internecie: http://www.zagle.com.pl/artykul/czytaj/pierwszy-karaibski-zlot-polskich-zeglarzy,8903/przyp. aut.).

 

Podczas tej wspaniałej imprezy zaczęliśmy planować wyprawy naprawdę dalekie, opłynięcie Hornu jest właśnie jedną z nich. Okazją do wyprawy jest rejs dookoła świata, jaki odbywa jacht „Nasza Chata”. Na jachcie, który zmierza na Górę Kościuszki w Australii, jest przewożona ziemia z krakowskiego Kopca Kościuszki. Jacht pokonuje wiele etapów, jeden z odcinków wiedzie z chilijskiego Port Montt przez Patagonię, lodowiec na końcu kontynentu, Ziemię Magellana, Horn, Port Williams (najdalej na południe położone miasto świata!) do argentyńskiego Ushuaia, skąd – mam nadzieję – szczęśliwie rozjedziemy się do domów. Załogę stanowią trzy osoby z Chicago i siódemka z Krakowa, a skipperem jest Jacek Reschke, który jest nie tylko doświadczonym żeglarzem, ale i współtwórcą krakowskiego Festiwalu Szantowego. Rejs potrwa ok. sześciu tygodni, będzie więc sporym wyzwaniem i dla łódki, i dla nas. Koniec wyprawy zaplanowany jest na 22 listopada. Choć przepłynąłem wiele tysięcy mil, w tym Ocean Atlantycki, to będzie to chyba mój rejs życia, przecież znajdziemy się w rejonie, w którym żeglarzy jest naprawdę niewielu. To legendarne miejsce, to przecież zetknięcie się dwóch oceanów: Atlantyku i Pacyfiku. A my opłyniemy słynną Ziemię Ognistą, czyli Horn z jego burzami, wiatrem i wysoką falą! Lato w tym zapomnianym przez Boga i nie zamieszkanym przez ludzi rejonie trwa od stycznia do marca, więc nam przyjdzie się zmierzyć z przylądkiem, kiedy będzie wyjątkowo wietrznie, mokro i zimno.

 

Żeby przekonać się o tym, że chicagowska jesień i zima to nie dopust Boży, niekoniecznie należy udać się na wyprawę na koniec świata, czasem wystarczy wylądować w wodzie Zatoki Kalifornijskiej. Wyjątkowo chłodna woda, którą badacz oceanów Jacques-Yves Cousteau ze względu na czystość akwenu i niezwykłej bioróżnorodności nazwał akwarium świata, jest aktualnie przystanią dla innego jachtu”.

 

To „Husaria”, której właścicielem jest nie kto inny jak… Krzysztof Kamiński. „Husaria” przeszła właśnie pierwszy etap po długim postoju i remoncie w Vancouver. To jacht, który uczestniczy w programie zdecydowanie polonijnym.

 

„Jestem armatorem jednostki, a spora grupa Polonusów pomaga mi w realizacji projektu, który jest naprawdę nowatorski i wyjątkowo trudny do realizacji. Jacht został kupiony dwa lata temu, jest to Farr 52, a więc jednostka bardzo nowoczesna, klasy Grand Prix. Jest to łódź oceaniczno-regatowa bez żadnych wygód, wszystko w niej jest nastawione na uzyskiwanie wyników w wielkich regatach. Dziewiczy rejs jako „Husaria” jednostka przeszła z Vancouver do San Francisco, gdzie działa prężnie polonijny klub żeglarski i gdzie odbędą się sesje treningowe przed wypłynięciem w wielki rejs (film z wyprawy do obejrzenia: www.youtube.com/watch?v=m-r70l8LNtg).

 

Jacht stoi w przepięknej marinie i opiekują się nim nasi rodacy tam mieszkający, za co przy okazji składam in wielkie podziękowania. Od stycznia do czerwca odbędą się na tamtejszych wodach trzy treningi z udziałem żeglarzy profesjonalnych z Polski i mieszkających w Kanadzie i USA Polonusów. W lipcu „Husaria” wystartuje w regatach Transpac Race, które są jednocześnie kwalifikacjami do legendarnego wyścigu na odcinku 630 mil morskich z Sydney do Hobard. W przygotowaniach weźmie udział dwunastka profesjonalistów z Polski i spora grupa przyjaciół z naszego kontynentu. Transpac to wyścig na trasie Los Angeles – Honolulu (informacje o zawodach na stronie: www.transpacrace.com/the-transpac-race.html).

 

We wrześniu jacht powinien być w Australii, gdzie czekają nas kolejne treningi przed pierwszym w historii startem polskiego jachtu w jednych z najsłynniejszych i najtrudniejszych regat świata, które jak zawsze rozpoczną się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Oby w 2011 roku Neptun był dla żeglarzy życzliwy, bo różnie z tym bywa (w 1998 roku w regatach Sydney – Hobart wzięło udział 114 załóg, ale tylko 44 dopłynęło do mety. W drodze do niej zawodnicy napotkali na wyjątkowo silny sztorm. Aż sześć osób zginęło i pięć jednostek zatonęło, przyp.SS). W ub. roku wygrał te regaty jacht 40-stopowy, co pokazuje, że może być ciężko, ale i tak, że startują wszyscy na spinakerach. Nasza „Husaria” była budowana z myślą o takich wyścigach, a my z nadzieją przystępujemy do przygotowań, bo choć Polaków na pokładach różnych jachtów było na antypodach sporo, to nigdy tu nie walczyła jednostka pod polską banderą. Chcemy osiągnąć tam dobry wynik, ale najpierw trzeba tam dotrzeć i po drodze pokazać się z jak najlepszej strony. Takie jednostki jak „Husaria” już wygrywały regaty Sydney – Hobard, ale jak wszyscy wiemy, aby osiągnąć sukces, potrzeba wielu rzeczy: dobrej jednostki, zgranej załogi, znajomości akwenu, dobrego meteo, a w końcu zwykłego szczęścia. Aczkolwiek zwykle wygrywają ci, którzy trenują najwięcej!

 

Jedno jest pewne: choć połowę załogi będą stanowili zawodowcy z Polski pozostałą część załogi obsadzą polonijni żeglarze, a ja będę cały czas podkreślał, że to jest chicagowski projekt. Pora najwyższa, by pokazać światu polskie i polonijne żeglarstwo na najwyższym poziomie”.

 

Z Krzysztofem Kamińskim szefem Inter Pro Sailing Team, komandorem Joseph Conrad Yacht Club rozmawiał Sławomir Sobczak

Foto: Jerzy Glica

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*