Okoniowy raj

Na ten wyjazd czekałem z niecierpliwością od kilku miesięcy. Od momentu, gdy w grudniu ubiegłego roku redakcyjny kolega Andrzej Kazimierczak wspomniał o jednym wolnym miejscu na wędkarski wypad pod koniec maja do Ely w Minnesocie nie opuszczała mnie wizja złowienia taaakiej ryby.

Tym bardziej realna, iż poparta zwierzeniami kolegi, który roztaczał wizję złowienia kilku dorodnych okoni lub szczupaków w ciągu godziny. “Zobaczysz, tam ryby biorą jak głupie” – powtarzał Andrzej, gdy mieliśmy okazję usiąść przy butelce piwa i pogwarzyć o jego wędkarskich przygodach w dziewiczych rejonach Ameryki.

Sam wychowałem sie w pradolinie Warty i wędkarstwem zajmowałem się od momentu, gdy byłem w stanie wyciąć leszczynowy pęd i przywiązać do niego kawałek żyłki lub sznurka. Do tego wystarczył haczyk, pióro od gęsi i robaki, których nie brakowało w żadnym miejscu. Wszak wszędzie pasły się krowy, a i w strumykach nie brakowalo wtedy prawdziwego rybiego przysmaku w postaci robaczków mieszkających w domkach z trawy, malutkich kawałów gałązek nazywanych powszechnie “drewniakami”. Pamiętam, że na okonie w zupełności to wystarczyło. Ta żarłoczna, niekiedy stosunkowo mała ryba potrafiła połknąć duży hak z ogromną przynętą.

Niestety, w naszym zawodzie, gdy praktycznie w każdy weekend coś się dzieje w polonijnym środowisku i trzeba imprezę obsłużyć, trudno znaleźć wolną sobotę czy niedzielę, żeby wybrać się nad wodę i porybaczyć. Nie wiem, czy w ciągu 16 lat pobytu na ziemi Waszyngtona udało mi się to z dziesięć razy, włącznie z ubiegłorocznymi czterema wyjazdami na karpia do St. Charles. Prawdę mówiąc, to właśnie październikowolistopadowe wypady na karpia z Rysiem Wanatem obudziły we mnie wędkarskie ciągoty. Podczas jednego z listopadowych dni udało mi się bowiem wytaszczyć na brzeg 44 dorodne karpie, nie wspominając o kilku, które nie pozwoliły się do brzegu doholować. Emocji było co niemiara. Pełen relaks.

Do wyjazdu, który zaplanowaliśmy na niedzielny wieczór 20 maja przygotowywałem się z namaszczeniem. Wizyta w specjalistycznym sklepie pozbawiła mnie co prawda 400 dolarów, ale stałem się posiadaczem niezliczonej ilości ciężarków, haczyków, paru wędek, kołowrotków, żyłki, uniformu odpornego na deszcz, takiegoż obuwia i solidnej skrzynki, która służy nie tylko jako skarbonka na sprzęt, ale także zupełnie funkcjonalne siedzisko.
W teczce znalazła się marszruta w postaci szczegółowych mapek dojazdowych i mogliśmy wyruszyć na blisko 600 milową trasę w kierunku północnym.

Zmieniając się co trzy godziny za kierownicą, po 10 godzinach nocnej jazdy, podczas której przez większość czasu padał deszcz dotarliśmy na miejsce – do miasteczka Ely na granicy z Kanadą. W jednym z ośrodków czekali, a właściwie jeszcze spali nasi partnerzy, czterech Amerykanów, którzy znają te tereny jak własną kieszeń. Dave Schwabe, Gregg Belter, Nicholas Bobel i Michal Betka okazali się wspaniałymi znawcami tematu i kumplami nie tylko na wędkarskie eskapady, o czym miałem okazję przekonać się później.

Niestety, pierwszy dzień trzeba było sobie odpuścić, gdyż po porannym kapuśniaczku rozpadało się na dobre. Pozostały więc rozmowy o tym co? gdzie? i jak? należy łowić oraz wycieczka do miasteczka, w którym nawet na stacji benzynowej można kupić “żywca” różnej wielkości. Za tuzin rybek trzeba zapłacić od 2.5 do 12 dolarów. Wizyta w miejscowym barze pozwoliła nie tylko ugasić pragnienie, ale również zorientować się gdzie najlepiej wybrać się na wędkowanie. Sympatycznym gospodarzom zależy na zadowoleniu przyjezdnych i chętnie (jak się okazało niebezinteresownie) udzielają wszelkich informacji. Także tych, gdzie i kiedy można spotkać strażników wodnych.

W praktyce ta ostatnia informacja okazuje się jednak nie potrzebna, bo nikt nie odważa się przekraczać wyznaczonych przez prawo limitów połowów. Zbyt srogie kary, włącznie z konfiskatą auta. Dave się śmieje, że nie przyjechaliśmy tutaj po ryby, tylko na ryby i ma rację, chociaż mnie wizja wypuszczania na powrót do wody dorodnych okazów nie bardzo się podoba. Każdy właściciel wędkarskiego zezwolenia na połowy w tym stanie może złowić i mieć jednocześnie w domu nie więcej niż sześć okoni, trzy szczupaki i trzy sandacze. Sandacze nie wchodzą obecnie w rachubę, bo zaczynają dobrze “pociągać” dopiero w lipcu. Ze szczupakami sprawa wygląda bardziej skomplikowanie. Można zatrzymać mniejsze sztuki o długości do 24 cali.

Jedna ryba może mieć powyżej 36 cali. Pod zupełną ochroną są osobniki o długości pomiędzy 2436 cali. Nie można jednak mieć więcej szczupaków niż trzy.

We wtorek rano budzi nas słoneczko. Jest powyżej 65 stopni F. Po zaopatrzeniu się w przynęty wyruszamy z miejsca biwakowania na łowisko. Po przejechaniu blisko 20 mil znajdujemy się w ośrodku, gdzie wypożyczamy łodzie (70 dolarów za dzień). Wyposażeni w dwa zbiorniki benzyny – do przepłynięcia mamy około 30 mil w obydwie strony – wyruszamy do okoniowego raju. Zanim dopłynęliśmy do celu odbyliśmy jeszcze krótką przejażdżkę łodzią po suchym lądzie – na samochodowej lawecie. Jako pierwsi do okoniowego “oczka” dociera na dwóch łodziach czwórka kolegów, o których już wspomniałem.

Gdy nasza łódź spływa na wodę po przebyciu sporego wzniesienia przy wodospadzie, Nicholas złowił już dwie pierwsze sztuki. Spoglądam z podziwem na wyciąganego właśnie przez niego okonia. Tak na oko może ważyć 4 lub 5 funtów. W życiu nie widziałem takiej ryby. Spory okaz. Serce zaczyna coraz szybciej bić. Podpływamy bliżej i rzucam kotwicę. Z wrażenia chyba trochę zbyt nerwowo, bo słychać głośne chlupnięcie. Wszyscy spoglądają na mnie nerwowo. Trudno – rozkładam ręce i zabieram się do rozkladania sprzętu. W pierwszej kolejności uwiązane na lince wiadro z “żywcem” ląduje za burtą. Wolno łowić tylko na jedną wędkę. Myślę sobie – szkoda, bo postawiłbym coś na szczupaka, a na drugą łowił okonie. Ale nie warto ryzykować.

Po chwili pierwszy rzut i widząc co sie dzieje na sąsiednich łódkach w pełnej gotowości czekam na branie. A tu nic. Po 5 minutach zmieniam przynętę na mniejszą. Nadal nic. Mija pierwsza godzina wędkowania, a z zapowiadanego tuzina ryb w naszej siatce nic się nie trzepoce. Przekonuję Andrzeja, żeby podpłynąć jeszcze bliżej kolegów, którzy już praktycznie wykonali limit. Po kilku minutach na nowym miejscu nasze wędki tracą wreszcie “dziewictwo”. Ja wyciągam dorodnego okonia, a mój partner szczupaka. Mierzymy – ma niepełne 24 cale. Można go zabrać.

Niestety są to jedyne ryby, które udaje nam się złowić tego dnia, pomimo że po odpłynięciu partnerów kotwiczymy na ich miejscu. Gdyby nie ich wyniki, to z pewnością potraktowałbym opowiadania Andrzeja o takiej rybie za zwykłe wędkarskie przechwałki. Obiecujemy sobie powetować przegraną następnego dnia. Wracamy do bazy. Patroszymy, co kto ma, i Michał Betka przyrządza smaczną kolację. To była prawdziwa wyżerka. Jemy do woli, bo trzeba zrobić w lodówce jak najwięcej miejsca przed następnym połowem.

Niestety, prognozy przewidują na środę deszcz i silny wiatr. Faktycznie! W środę musimy pozostać w bazie. Postanawiamy zwiedzić znajdujące się w Ely światowe muzeum wilka i niedźwiedzia. Po południu zakupy pamiątek i wieczorne wędkarzy rozmowy. Dave tłumaczy mi, że powinienem zmienić żyłkę na sześciofuntową i podobny numer haka, jeśli chcę coś złowić. Moja faktycznie była grubą rybą… 40 funtów. Wyrysowuje nam trasę i podpowiada jak zgodnie z mapą dopłynąć do łowiska, bo wraz z Greggiem i Nicholasem mają inne plany. Przyholowali swoją łódź i zamierzają spenetrować nowe łowiska wokół bazy.

Czwartek powitał nas deszczem. Konsternacja. Po krótkiej naradzie postanawiamy w czwórkę popłynąć. Jesteśmy na miejscu krótko przed południem. Rady Dave okazały się bezcenne. Po godzinie w siatce trzepocze się sześć dorodnych okoni. Łowię następne. Jeżeli wyciągam dorodniejszy okaz, zamieniam na mniejszego lokatora w siatce. Deszcz ze zmiennym natężeniem pada. Robi się coraz zimniej. Nawet olbrzymie orły z białymi głowami nie krążą nad nami, tak jak to było poprzedniego dnia. Po trzech godzinach zarządzamy odwrót do bazy. Michał z kolegą filetują zdobycz. Po obliczeniu zapasów okazuje się, że jeżeli będzie nam sprzyjał apetyt i sporo zjemy, to nazajutrz będziemy mogli złowić taką samą ilość. Udało się zmniejszyć zapasy o 12 sztuk.

W piątek z rana trochę kropi. Wyruszamy w trójkę przed południem, jedną łodzią. Najpierw na łowisko okoni, a po 2 godzinach planujemy przemieścić się kilkanaście mil dalej na szczupaki. Po południu niebo nabiera rumieńców. Pojawia się słońce. Okonie szaleją. Praktycznie po godzinie moglibyśmy się zwijać, ale trudno zrezygnować z kolejnych udanych rzutów. Na szczupaki pozostaje niewiele czasu. Powoli trzeba wracać do domu. Może za rok.
Tekst i zdjęcia: Andrzej Baraniak/NEWSRP

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*