Od Tarnowa poprzez Kraków i Wrocław do Warszawy – Refleksje na marginesie Światowego Forum Mediów Polonijnych

(Korespondencja specjalna o Polsce)
Szalenie niewdzięczne jest zadanie opisania Polski po kilkutygodniowym pobycie. Takie właśnie otrzymałem od naczelnego „Dziennika” i – co tu dużo mówić: choć próbowałem się migać – w końcu, tak jak wszyscy przede mną, a i pewnie po mnie, uległem perswazji Wojciecha Białasiewicza.

Latam do Starego Kraju rokrocznie, dlatego nie spodziewajcie się Państwo odkrywczych doznań polonusa, który po iluś tam latach rozłąki poznaje Polskę na nowo. Z drugiej strony dzięki w miarę częstym odwiedzinom ojczystych stron widzę zmiany na bieżąco i polecam gorąco moim kolegom po fachu, by zamiast opowiadać dyrdymały w swoich periodykach i programach wracali od czasu do czasu na ojczyzny łono. Żadne bowiem korespondencje, internet czy telewizja satelitarna nie zastąpią bezpośredniego kontaktu z polską rzeczywistością. To trzeba samemu zobaczyć, poczuć, przeżyć, a i tak będzie to dalej odczucie subiektywne – w zależności od otoczenia w jakim się znajdziemy.

Tegoroczny wrzesień był chłodny i deszczowy w Polsce, co na pewno odebrało mojej wyprawie sporo czysto estetycznych doznań. Trochę ponad trzy tygodnie to natomiast wystarczający okres, by spokojnie przyjrzeć się Rzeczypospolitej Anno Domini 2008. Czy wnioski przeze mnie wyciągnięte są słuszne i czy zasługują na uwagę? To już ocenicie sami, drodzy Czytelnicy.

W czasie mojego pobytu cena dolara wahała się między 2,20 a 2,30 złotego. Oznaczało to, iż za jednego „zielonego” mogłem odwiedzić jednokrotnie toaletę w miejskim szalecie lub w lokalu publicznym, jeśli nie byłem jego klientem. By przejechać się niewielki doprawdy odcinek tramwajem lub autobusem musiałem dorzucić już trochę centów, bo np. we Wrocławiu bilet MPK kosztował 2,40 złotego. Mam nadzieję, że już choćby po tych informacjach nie żałujecie Państwo dolca wydanego na „Dziennik Związkowy”. Ceny w Polsce w pierwszych zwłaszcza dniach pobytu zaiste szokują. Są one zresztą bardzo już zróżnicowane, szczególnie w sferze handlu i usług. Pierwszy kilometr jazdy taksówką, tzw. trzaśnięcie drzwiami, to w Tarnowie wydatek rzędu 5 złotych, we Wrocławiu 6, Krakowie 7, a jeszcze drożej jest w Warszawie. Stolica oczywiście przoduje jeśli chodzi o drożyznę, ale nie zdziwcie się Kochani, gdy kelner w dużym mieście przyniesie wam szklankę piwa nawet i za 20 złotych, jeśli to będzie np. Guiness. Sky is the limit! Ma się takie wrażenie płacąc 12 złotych za butelkę wody mineralnej w przeciętnym hotelu w Tarnowie czy niemal 60 złotych za kilogram dobrej bo dobrej, ale w końcu tylko wieprzowej kiełbasy „kindziuk”, co zdarzyło mi się w Mrągowie.

Oczywiście im bliżej centrum czy rynku tym drożej, a lokalni mieszkańcy wiedzą jak omijać rafy na oceanie drożyzny. Ale co robić gdy przyjeżdża się w charakterze turysty? Nic – płacz i płać. Tyle że chyba „przegła się pałka” – jak mawia mieszkaniec kamienicy przy Ćwiartki ¾ we Wrocławiu, niejaki Ferdek Kiepski. Turyści to nie debile i do krajów zdzierających z nich skórę drugi raz już nie przybywają. Od tego roku rozpocznie się spory kryzys turystyczny, fachowcy oceniają, że tylko w 2008 roku przyjedzie do Polski od 15 do 20% turystów z zagranicy mniej niż rok wcześniej. A kryzys finansowy dopiero do ojczyzny Lecha (na marginesie, czy Wałęsy też?) nadchodzi.

O kryzysie sporo się podczas mojego pobytu nad Wisłą mówiło. Mówiło – ale tylko w kontekście upadku giełdy na Wall Street, ewentualnie kłopotów w Azji, może w Ameryce Południowej. Wszystkie stacje telewizyjne emitowały setki reklamowych spotów banków i instytucji finansowych, jakby Polska była wyspą spokoju na rozszalałym morzu giełdowych spadków i kolejnych zatapianych lub popadających w ruinę towarzystw ubezpieczeniowych oraz funduszy inwestycyjnych.

To samo w prasie oraz radiu. Dziś już wiemy, że świat finansiery kupił sobie w polskich mediach kilka tygodni spokoju, a warszawska giełda, która miała być tak mocna spada jak Leszek Blanik w Pekinie. Nasz gimnastyk ustał na nogach, co będzie z WIGiem?

Na Światowym Forum Mediów Polonijnych temat krachu na giełdach podniosła zresztą tylko jedna dziennikarka. Anetta Chlebica z katowickiej rozgłośni PR pytała się nas, gości z Ameryki i Europy Zachodniej, o problemy ze spłatami pożyczek hipotecznych oraz o nieprawidłowości w systemie ich udzielania. Może była osamotniona, bo tegoroczne spotkanie żurnalistów odbyło się w cieniu dużo ważniejszego Forum Ekonomicznego, które miało miejsce w tym samym czasie w Krynicy? Nie wiem natomiast dlaczego nikt, literalnie nikt z kolegów chodzących po podpisy na listach mających ratować ich programy radiowe w Niemczech nie poprosił nas o pomoc. Kto jak kto, ale Zofia Boris czy Zbyszek Banaś wiedzą „cokolwiek” na ten temat. Walka o sponsora, kłopoty z utrzymaniem radia to codzienność w USA i to nie tylko na rynku etnicznym.
Ale nie tylko nasi koledzy z polonijnych ośrodków nie zadawali pytań. Zdumiewające, ale przez cały tydzień pobytu na Forum nie byliśmy jako reprezentanci amerykańskiej diaspory obiektem żadnego zainteresowania wśród dziennikarzy polskich. W roku wyborczym i w momencie ogromnego zagrożenia recesją w Ameryce nikogo w Polsce to nie obchodziło! Pewnie już wszystko wiedzą!

Myślę, że także brak konstruktywnej dyskusji na tematy ważne dla Polonii i Polski spowodował, iż znów zabrakło na dziennikarskim Forum młodej generacji żurnalistów oraz przedstawicieli redakcji z Melbourne, Cordoby, Londynu, Dublina, Glasgow i gdzie tam jeszcze zaniosło naszych za chlebem, a może bardziej za szynką. Inna sprawa to jakość pracy dziennikarzy polonijnych mediów. Ale nie mnie to oceniać!

Wracając do aktualnego obrazu Polski to – rzecz lapidarnie ujmując – jest kryzysowo i drogo. A jacy są ludzie? Niestety, w rozmowach dominują kwestie finansowe. Nie polityka, zdrowie czy sport, dyżurne tematy polonusów w Chicago, a właśnie pieniądz, szmal, diengi, dudki, money – jakkolwiek nazwać ten aktualny cel nadrzędny życia współczesnego Polaka. „Przewał” i „złoty strzał” to obiekt westchnień zwłaszcza męskiej części społeczeństwa. Będzie „siano”, będą wakacje na Karaibach i panienki z nogami do samej szyi! Że w Ameryce do fortuny dochodzi się po wielu dekadach ciężkiej pracy? No i dlatego macie kryzys! Centra polskich miast jeszcze nie wyszły z kryzysu po półwiecznych rządach komuny? Co tam, mamy handlowe galerie, a za chwilę staną drapacze chmur!

No to co, że w Polsce prawie nic się nie produkuje? Wam też wszystko robi Chińczyk! Polacy trzeciego tysiąclecia to już nie jest naród najweselszego baraku w obozie komunistycznym. Pewność siebie młodych przypomina butę amerykańskich nastolatków. Absolwenci niezłych czasem uczelni chcą walczyć o najlepsze posady w londyńskim City i na nowojorskiej Wall Street. Od tego roku do życiorysów, czyli CV, nie wpisuje się już znajomości angielskiego. To jest oczywiste, teraz liczą się dyplomy MBA, najlepiej uniwersytetu w Angli lub USA.

Na drugim biegunie kilka milionów ogłuszonych codziennie przeróżnymi wynalazkami i tanim winem obywateli trzeciej kategorii. Najczęściej mieszkają w Polsce B, na ścianie wschodniej, na prawo od Wisły. Ofiary transformacji, z którymi nie wiedzą co zrobić kolejne rządy po 89. roku. Na czele oczywiście oligarchia, która powoli zwija interes w Polsce i wynosi się do małych krajów, gdzie najczęściej jest ciepło, a urząd podatkowy nie zadaje zbyt wielu kłopotliwych pytań. Tam też ci właśnie panowie płacą niestety podatki, przez co budżetowa kołdra kurczy się w Polsce coraz bardziej. No i jeszcze klasa średnia, która powoli powstaje. To właśnie coraz le
piej zarabiający rzemieślnicy, przedsiębiorcy, urzędnicy i przedstawiciele wolnych zawodów są lokomotywą przemian w kraju, gdzie na zarejestrowanie firmy trzeba czekać miesiąc, a pani za ladą (prawie nie ma już okienek) obsługuje komputer, by ważność dokumentu podbić kilka razy wielką pieczęcią pamiętającą czasy jeśli nie samego Bieruta to na pewno Gomułki. Gdybyż żył Stanisław Bareja! Jakże piękne dzieła oglądalibyśmy na ekranie. Bo taka właśnie jest Polska pierwszej dekady nowego tysiąclecia. Konglomerat niebywałej energii oddolnej z fatalną reprezentacją na Wiejskiej. Kraj najpiękniejszych kobiet na świecie i najgorszych dróg w Europie. Kraina, w której już trzeci minister sportu poległ w walce z prezesem PZPN. I aż strach pomyśleć co się z p. Drzewieckim stanie, biorąc pod uwagę fakt, iż z dwójki jego poprzedników jednego zastrzelono a drugi siedzi w areszcie.

Można by tak długo i namiętnie wymieniać paradoksy życia w kraju Chopina i Karola Wojtyły. Tylko po co? I jednego, i drugiego słuchają nieliczni. Zresztą jakkolwiek w Polsce będzie – i tak będziemy tam wracać, przy okazji narzekając na drożyznę i smród w toaletach. Ale to nasz smród i wara obcym od tego. Chyba, że chcemy by był to nowoczesny kraj środka Europy, w którym jak zapłacimy 150 złotych za przejazd pociągiem z Warszawy do Wrocławia to w toalecie będzie woda i mydło. Na razie nie jest to sprawa taka oczywista, czego doświadczyłem na własnej skórze.

Ale też nie ma na świecie – dla nas przynajmniej – tak wspaniałych ludzi jak nasi przyjaciele i bliscy. I nasze jeziora na Mazurach. Są piękne rzeki Wisła i Odra, cudowne rynki w Krakowie i Wrocławiu. A polska kuchnia? Gdzie jeszcze podają taką jajecznicę na kurkach jak w „Mazurskiej Zagrodzie” w Nowym Probarku? A sieja, sielawa, węgorz? Pani Zosiu! Ratunku! To samo tutaj to nie to samo!

Dziś tj. 21 października dolar kosztuje 2.76 złotego. Bardzo się cieszę z tego powodu, jak pewnie wszyscy Polacy pracujący w Stanach Zjednoczonych. Może „Lufthansa” przeżyje ciężką zimę, mnie uda się spłacić długi po podróży (najtańsza płyta 30 złotych, książki są równie drogie) i zapał do odwiedzin Starego Kraju się nie wyczerpie. Bo dopóki serce bije to pompuje przecież krew stamtąd. W moim przypadku mieszankę niskooktanową rodem z Podlasia i Wielkopolski. A tego nic nie zmieni!
Tekst i zdjęcia:
Sławek Sobczak

Categories: Reportaże

Write a Comment

Your e-mail address will not be published.
Required fields are marked*